Świata nie obchodziło powstanie w Warszawie

okl richie 3.jpg
Tego samego dnia [29 lipca 1944 r.] zastępca szefa Sztabu Naczelnego Wodza, generał Stanisław Tatar, wysłał depeszę do Warszawy, informując „Bora”, że jego prośba z 25 lipca o pomoc ze strony Brytyjczyków została przekazana „najwyższym władzom” w Londynie. Odpowiedź była co najmniej zniechęcająca.

Istniała jedynie „nieznaczna możliwość”, by Brytyjczycy zbombardowali jakieś cele w Warszawie, i „mała szansa", by dywizjon myśliwskich mustangów został przeznaczony do tego celu. Następnego dnia Jan Nowak-Jeziorański, specjalny emisariusz, kilkakrotnie w czasie wojny podróżujący między Londynem i Warszawą, zameldował się w Kwaterze Głównej AK z najnowszymi wiadomościami z Londynu. Nowak-Jeziorański wyraźnie oświadczył, że Polacy nie mogą liczyć na żadną poważną pomoc brytyjską ani na przysłanie polskiej Brygady Spadochronowej. Powiedział też, że powstanie będzie miało zupełnie nieistotny wpływ na rządy państw sprzymierzonych i na opinię publiczną na Zachodzie.

Podczas tej odprawy Nowak-Jeziorański zrozumiał, że nikt nie zwraca uwagi na to, co on mówi. Jego wypowiedź stale przerywali przybywający kurierzy i posłańcy i czuł, że jego ostrzeżenia co do braku pomocy z Zachodu zostały całkowicie zignorowane. Powiedział bez ogródek dowództwu AK w Warszawie, że skoro nie otrzymają żadnej pomocy z zewnątrz, nie powinni rozpoczynać walki. Później, kiedy powstanie zaczęło wyraźnie chylić się ku upadkowi, o tym ostrzeżeniu zazwyczaj zapominano, a AK gorzko oskarżała Zachód o brak wystarczającej pomocy dla cierpiących i umierających warszawiaków.

Przytaczano wiele argumentów, żeby usprawiedliwić rozkaz o wybuchu powstania 1 sierpnia 1944 roku. Jednym z najczęściej wymienianych było to, że w końcu lipca sowiecka rozgłośnia radiowa zachęcała ludność Warszawy do podjęcia walki. Nocą 29 lipca na przykład Radio Moskwa ogłosiło, że „oczekiwanie” już się skończyło. „Ci, którzy nigdy nie ugięli się przed hitlerowską przemocą, przyłączą się znowu, tak jak w roku 1939, do walki przeciwko Niemcom, tym razem do działania decydującego... godzina czynu wybiła”.

Jednak tego typu propaganda była na porządku dziennym i nigdy nie było żadnej bezpośredniej instrukcji dla Armii Krajowej, że ma zacząć powstanie. Ponadto dlaczego dowództwo Armii Krajowej miałoby traktować poważnie sowieckie rozgłośnie propagandowe, skoro już dawno postanowiło nie nawiązywać kontaktu z Sowietami? 26 lipca pułkownik Kazimierz Pluta-Czachowski wyraził zaniepokojenie brakiem oficerów łącznikowych przy Armii Czerwonej, co może spowodować poważne komplikacje, ale Rzepecki odparł, że ustanowienie bezpośredniego kontaktu między AK i dowództwem sowieckim jest niemożliwe.

W rzeczywistości AK nie zdecydowała się nawet na próbę nawiązania takiego kontaktu, pokładając wszystkie nadzieje co do współpracy sowiecko-polskiej w niefortunnej wizycie Mikołajczyka w Moskwie, a ostatecznie w dobrej woli Stalina. Zdanie się na dyktatora, który wielokrotnie okazywał niechęć wobec AK, było nielogiczne i świadczyło o tym, w jak rozpaczliwej sytuacji znalazła się AK pod koniec lipca 1944 roku.

O godzinie 10.00 rano 31 lipca odbyła się normalna odprawa AK przy ulicy Pańskiej. Iranek-Osmecki został poproszony o złożenie szczegółowego raportu o sytuacji na froncie niemiecko-sowieckim. Jego wnioski były proste: „Natarcie [Sowietów] na Warszawę nie rozpocznie się przed upływem czterech do pięciu dni, wobec czego rozpoczęcie Powstania teraz byłoby całkowicie bezcelowe”. Opuszczając spotkanie, Osmecki miał wrażenie, że udało mu się wszystkich o tym przekonać. „Bór” jasno oświadczył: „W tych warunkach walki nie rozpoczną się ani 1 sierpnia, ani też niewątpliwie 2”.

Polacy w sierpniu 1944 roku byli w sytuacji bez wyjścia, znaleźli się w szponach dwóch najbardziej brutalnych i krwiożerczych reżimów w historii. Pomimo że od początku wojny byli lojalnymi sojusznikami mocarstw zachodnich, zostali zmarginalizowani i potraktowani jak bardzo kłopotliwy partner, bo stawali w obronie podstawowych wolności, tych samych, które miały pchnąć Zachód do walki z Hitlerem.

Zostali wykluczeni z udziału w konferencji w Teheranie i nie poinformowano ich, że Polska miała de facto znaleźć się po wojnie w strefie wpływów ZSRR. Roosevelt nie zrobił nic, co mogłoby zagrozić jego „specjalnym stosunkom" ze Stalinem, Churchill zaś był zbyt słaby, by wpłynąć na rezultat konferencji, chociaż miał wyrzuty sumienia wobec wiernego sojusznika Brytyjczyków. I w ten sposób – ze względu na geografię, układ sił i politykę – ten kochający wolność i niepodległy naród został wydany na łaskę Hitlera i Stalina.

Pisarka Maria Dąbrowska obserwowała z mieszanymi uczuciami, jak Niemcy atakują Armię Czerwoną w sierpniu 1944 roku: „Wojsko i armaty szły... znów jak w 1941 roku – na wschód. Podobno Niemcy pchnęli na front warszawski nowe 10 dywizji. O losie nasz tragiczny, że musimy to słyszeć z ulgą – i raczej się z tego cieszyć. Myśl o inwazji bolszewickiej jest najzupełniejszym koszmarem” [„Dzienniki”, zapis z 27 lipca 1944 - ZK].

Oddaje to dokładnie beznadziejność sytuacji, która sprawiła, że decyzja o wybuchu powstania wywołuje takie kontrowersje. Heroizm walczących i ludności cywilnej nie budzi wątpliwości, ale jest jasne, że popełniono wiele poważnych błędów.

Najważniejszy problem polegał na tym, że była to przede wszystkim operacja o charakterze politycznym, a nie militarnym. Generał „Bór" twierdził, że wezwał do powstania, ponieważ istniało ryzyko, że Warszawa stanie się „polem bitwy między Niemcami i Moskalami, która miasto obróci w gruzy”. Nie jest to jednak poparte żadnym dowodem. Od czasu Stalingradu w trakcie operacji „Bagration” w każdym przypadku bitwy o miasto, na przykład o Witebsk, Orszę, Mińsk, Kijów czy Lwów, Sowieci nie atakowali bezpośrednio, lecz okrążali je, zamykając Niemców w olbrzymich „workach”, a potem ich likwidując. Czasem dochodziło do ciężkich walk ulicznych, jak w Witebsku, ale większość mieszkańców i zabudowy ocalała. Nie ma powodów, by sądzić, że z „twierdzą Warszawa" byłoby inaczej, zwłaszcza że jej obrona była słaba.

Ponadto AK błędnie przewidziała sowiecki plan ataku, wierząc, że Rosjanie zajmą Pragę położoną na wschodnim brzegu rzeki i przypuszczą frontalny atak przez mosty na centrum miasta, co jednak nigdy nie leżało w zamiarach Stawki. Zatem zamiast martwić się, kiedy Sowieci wkroczą na Pragę i zaczną forsować Wisłę, AK powinna była czekać na moment, gdy posuwające się od północy i od południa sowieckie kleszcze zaczną zatrzaskiwać się na zachód od miasta, odcinając zamkniętych wewnątrz nich Niemców.

AK nie mogła jednak zweryfikować sowieckich planów, bo nie miała kontaktu z Sowietami. „Musieliśmy podjąć wielkie ryzyko przeprowadzenia otwartej akcji bez koordynacji z dowództwem Armii Czerwonej” – stwierdził „Bór”. Wszelkie dotychczasowe współdziałanie AK z Sowietami kończyło się wymordowaniem lub uwięzieniem Polaków. Stało się jasne po zdradzie Sowietów w Wilnie, Lwowie i Lublinie, że Stalin pragnie wyłącznie zlikwidowania AK i zainstalowania własnego marionetkowego rządu, więc zniszczy każdego, kto stanąłby mu na drodze.

Miarą rozpaczliwego położenia AK była opinia generała Okulickiego, który w lipcu 1944 roku oświadczył, że jeśli Polacy zajmą Warszawę, zanim do miasta wkroczą Sowieci, Stalin nie będzie miał wyboru, tylko albo uznać władzę AK w wyzwolonej stolicy, albo zlikwidować ją siłą. Okulicki uważał, że Sowieci rzeczywiście mogą wymordować akowców, ale Stalin nie będzie mógł ukryć tej zbrodni przed społecznością międzynarodową. Powiedział, że takie działanie wstrząsnęłoby sumieniem świata. Wygląda na to, że żaden z dowódców AK nie zdawał sobie sprawy, że świata po prostu to nie obchodziło.

Alexandra Richie, "Warszawa 1944. Tragiczne powstanie”, Warszawa 2014, ss. 765.