Brylanty poezji w powstańczej krwi zanurzone

gajcy 3.jpg
Kilka lat temu w jednym z moich esejów pt. „Przeczytać wiersze nienapisane” wyraziłem żal i tęsknotę za słowami wierszy bezpowrotnie utraconymi, zabranymi przez przedwczesną, okrutną śmierć wybitnej poetki, która z bólem wykrzyczała:

"Dla człowieka siedzącego pod szklanym kloszem, znieczulonego na wszystko, zatrzymanego w rozwoju jak embrion w spirytusie, całe życie jest jednym wielkim, złym snem” (Sylvia Plath, „Szklany klosz”). Poetka „zaprosiła” śmierć na własne życzenie, z powodu swojej wewnętrznej walki z ponurym mrokiem bezkresnej depresji.

W 70. rocznicę Powstania Warszawskiego pochylam się nad „rozerwanymi kartkami” z poezją gwałtownie, brutalnie przerwaną wybitnym poetom tamtych czasów, co jest ogromną stratą dla polskiej kultury: Tadeuszowi Gajcemu oraz Krzysztofowi Kamilowi Baczyńskiemu i pytam: czemuż tak wcześnie nas opuściliście, czemu, na Boga?!

Cenną cząstkę odpowiedzi odnajduję w jednym z pozostawionych nam wierszy przez K.K. Baczyńskiego, napisanym tuż przed wybuchem powstania: „Dniem czy nocą idziemy wytrwali, / w bitwach ogień hartuje nam pierś, / myśmy dawno już drogę wybrali, / jeśli nawet powiedzie – przez śmierć. / Więc naprzód, niech broń rozdziera, / niech kula szyje jak nić, / trzeba nam teraz umierać, / by Polska umiała znów żyć [...]” („Pocałunek”, napisany po 16.V.1944 r.).

Poeci urodzeni w latach dwudziestych ubiegłego wieku, w Ojczyźnie, która po 123 latach odzyskała wymarzoną niepodległość, mieli szczęśliwe dzieciństwo, wizję spełnienia i realizacji swoich planów. Widzieli przed sobą jasną, twórczą przyszłość, w której mieli przekazać nam setki, a może i tysiące zapisanych stron poezji. Oni nie „wybrali śmierci”, choć wyczuwali ją w codziennej walce podczas okupacji: „by Polska umiała znów żyć”; to ona wybrała ich, pozostawiając w naszych sercach wiersze nienapisane... Ogromna strata, gdy umiera człowiek, jeszcze większa, gdy wraz z nim – Słowo.

Po wybuchu II wojny światowej Tadeusz Gajcy w jednym ze swoich wierszy napisał o dramatycznej, wymuszonej codzienną walką przemianie: „[...] Nazbyt duszno jest słowom na wargach / ciosanym z łun i żalu o wadze kamienia – / Myślałeś: będzie prościej. / A tu słowa, śpiewne słowa trzeba zamieniać, / by godziły jak oszczep” („Wczorajszemu” z t. „Widma”, 1943). Obydwaj, służąc w strukturach Państwa Podziemnego, nie odkładali pióra niemal do samego końca swoich dróg życia. Cofnijmy się w czasie i prześledźmy je, można powiedzieć, równoległe, które w końcowej fazie złączyły się w jeden, powstańczy szlak. Warto zwrócić uwagę na różnice ideowe struktur społeczno-politycznych, w których działali przed wojną i po jej wybuchu, i co ich połączyło w jej końcowej fazie.

Z Krzysztofa urodzinami jest mały „zawijas”, najpierw była to data 3.III.1921 r., jak wynikało z wpisu do ksiąg urzędowych. Ale w księdze parafialnej, odnalezionej przez Wiesława Budzyńskiego, wybitnego znawcy jego życia i twórczości, autora książek m.in.: „Miłość i śmierć Krzysztofa Kamila”, „Testament Krzysztofa Kamila”, „Dom Baczyńskiego”, wynika, że urodził się 22.I.1921 r. Drugie imię, Kamil, zostało mu nadane ze względu na jego siostrzyczkę, Kamilę, która urodziła się przed nim i wkrótce zmarła. Krzysztof miał ją w swoim sercu i związanym z nią, drugim imieniem.
Jego ojciec, Stanisław Baczyński, był działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej, oficerem WP, żołnierzem Legionów Polskich, pisarzem i krytykiem literackim; jego matka, Stefania z domu Zieleńczyk, była nauczycielką, autorką podręczników szkolnych.

Tadeusz urodził się rok później, 8 lutego 1922 roku, w robotniczej rodzinie warszawskiej. Ojciec pracował jako ślusarz w praskim Taborze Kolejowym, a matka była położną. Przodkowie ze strony ojca sprowadzili się kilka pokoleń wcześniej z Węgier do Polski.

Od 1935 roku uczęszczał do Gimnazjum oo. Marianów na Bielanach w Warszawie. Po wybuchu wojny kontynuował naukę na tajnych kompletach licealnych, zorganizowanych przez tychże zakonników. W 1941 roku zdał maturę i rozpoczął studia polonistyczne na tajnych kompletach Uniwersytetu Warszawskiego.

Krzysztof Kamil uczył się w Państwowym Gimnazjum im. Stefana Batorego, w 1939 otrzymał świadectwo dojrzałości. Jego kolegami ze szkoły byli członkowie Szarych Szeregów: Tadeusz Zawadzki „Zośka”, Jan Bytnar „Rudy” i Maciej Aleksy Dawidowski „Alek”. Był harcerzem w drużynie „Pomarańczarnia”; będąc w gimnazjum należał do Organizacji Młodzieży Socjalistycznej „Spartakus”, zrzeszającej uczniów szkół średnich pod patronatem PPS. Był współredaktorem pisma „Strzały”, wydawanego od lutego 1938; zadebiutował na jego łamach jako poeta wierszem „Wypadek przy pracy”.

Tadeusz bardzo mocno związał się z narodowcami. Podczas studiów, Leon Zdzisław Stroiński, również poeta (autor zbioru m.in. wierszy „Ród Anhellich”), student prawa, zaproponował mu wejście do Konfederacji Narodu, utworzonej w środowisku działaczy Obozu Narodowo-Radykalnego „Falanga”, konspiracyjnej organizacji o charakterze polityczno-wojskowym, działającej w latach 1940-1943. Połączyła ich także przyjaźń oraz dramat, o którym wspomnę w końcowej części niniejszego tekstu.

Wstępując do Konfederacji Narodu współtworzył wydawany w podziemiu miesięcznik literacki Sztuka i Naród, w którym od listopada 1943 został ostatnim redaktorem naczelnym (wcześniej byli nimi, kolejno: Bronisław Onufry Kopczyński, Wacław Bojarski, Andrzej Trzebiński). W miesięczniku publikowane były jego wiersze, artykuły, recenzje pod pseudonimami: Karol Topornicki, Roman Oścień, a część z nich anonimowo. Z poetami okresu międzywojennego, w tym z grupy Skamander i Awangardy Krakowskiej, toczył polemiki zarzucając im bezideowość oraz „ekwilibrystykę intelektualną”.

Zgodnie z linią pisma, był za tzw. poezją tyrtejską, wzywającą naród do boju, patriotyzmu, spartańskiej niezłomności. Przytaczam w tym miejscu fragment elegii Tyrteusza (Tyrtajosa), greckiego poety (VII w. p.n.e.), wzywającej Spartan podczas II wojny meseńskiej do walki w obronie ojczyzny: „Rzecz to piękna zaprawdę, gdy krocząc w pierwszym szeregu / Ginie człowiek odważny, walcząc w obronie ojczyzny... / Walczmy mężnie w obronie naszej ziemi i dzieci, choć byśmy zginąć musieli...” Słowa Tyrteusza poruszają serca od wieków...

Co do sporów i bitew na arenie literackiej, w tym przede wszystkim – poetyckiej, dotyczących naszej Ojczyzny, to odsyłam zawsze do wspaniałej polemiki Juliusza Słowackiego z Adamem Mickiewiczem dotyczącej, często mesjanistycznej, wizji Polski i narodu polskiego. Efekt? Kordian w replice z III częścią Dziadów. Wielkie skarby naszej kultury. Myślę, że Baczyński i Gajcy mogliby stoczyć podobnie wzniosły, poetycki pojedynek. Ale zabrakło czasu, nieodżałowana strata.

„Lewicowy” Krzysztof Kamil po ślubie z Barbarą Drapczyńską w 1942 roku, podjął studia na polonistyce na tajnym Uniwersytecie Warszawskim. Uczył się także w Szkole Sztuk Zdobniczych i Malarstwa. Rok później porzucił studia poświęcając się całkowicie, podobnie jak Tadeusz, konspiracji i poezji. Był w komitecie redakcyjnym wydawanego między grudniem 1943, a kwietniem 1944 miesięcznika literacko-społecznego „Droga”. Działał w socjalistycznej organizacji „Płomienie”. W lecie 1943 wstąpił do Harcerskich Grup Szturmowych AK. Ukończył turnus Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty „Agricola”, ze stopniem starszego strzelca podchorążego rezerwy piechoty. Od 1943 był sekcyjnym w 2 plutonie „Alek” 2 kompanii „Rudy” batalionu „Zośka”, od lipca 1943 został zastępcą dowódcy 3 plutonu 3 kompanii batalionu „Parasol”.

Tadeusz i Krzysztof Kamil pracowali dla utrzymania siebie i rodziny (pierwszy m.in. jako magazynier, drugi dorywczo szklił okna, malował szyldy, pracował u węglarza na Czerniakowie); studiowali, służyli w konspiracji. A jak było z twórczością poetycką? Pochylmy się teraz nad tym tematem, warto.
Tadeusz zaczął pisać wcześnie, w wieku 16. lat, ale tamte „młodzieńcze wiersze” (podobnie jak wielu innych poetów) usunął w cień zapomnienia. Zadebiutował w 1942 roku wierszem „Wczorajszemu”, którego fragment zacytowałem wcześniej, na łamach miesięcznika Sztuka i Naród. Szybko został doceniony, w 1942 roku uzyskał II nagrodę w konkursie „Biuletynu Informacyjnego” na marsz żołnierski, za wiersz „Uderzenie”, w 1943 roku nagrodę „Kultury Jutra” za wiersze: „Śpiew murów” i „Rapsod o Warszawie”. W podziemiu wydane zostały dwa tomy jego wierszy pod pseudonimem Karol Topornicki: „Widma” (Warszawa 1943) oraz „Grom powszedni” (Warszawa 1944).

Rozpoczął tworzyć w duchu liryki tyrtejskiej, jednak dosyć szybko ukształtował własną formę, oryginalną, rozpoznawalną jako „jego i tylko jego”. To świadczyło o wielkim darze talentu.

Jego poezja nie jest łatwa w odbiorze, ale on przyjął żelazną zasadę: „nie piszę pod publiczkę”. Głęboka refleksja nad życiem, jego przemijaniem, katastroficzne wizje opisywane często na pograniczu jawy i snu, gęstniejąca, mroczna atmosfera grozy, apokalipsy, okraszone czasami elementami groteski. Pisał także ballady, bajki, kolędy, piosenki. Pojedynek nienawiści z miłością, Tadeusz sprowadza ostatecznie do zwycięstwa miłości.

Napisał kilka erotyków poświęconych jego dziewczynie, Wandzie Sucheckiej. „Miłość bez jutra”, uznawany jest za jeden z najpiękniejszych w liryce polskiej. Warto przeczytać tę i wiele innych pereł pozostawionych nam, naszej kulturze.

Krzysztof Kamil ogłosił wydanie, kolejno: „Zamknięty echem” (lato 1940), „Dwie miłości” (jesień 1940), „Wiersze wybrane” (maj 1942), „Arkusz poetycki” Nr 1 (1944) i składkę „Śpiew z pożogi” (1944); wiele jego utworów ukazało się w prasie konspiracyjnej, pojawiły się także w antologiach poezji wydawanych w podziemiu: w Pieśni niepodległej (1942) i Słowie prawdziwym (1942).

Podobnie jak u Tadeusza, jego poezja naznaczona jest katastrofizmem, tragedią pokolenia wywodzącego się z czasów wolności i brutalnie wprowadzonego na wojenny szlak; dychotomiczne zestawienie całkiem odmiennych światów, bogactwo metaforyki, refleksja nad losem człowieka w historycznych zakrętach, romantyczny klimat wzorowany na poezji Słowackiego, styl oniryczny – tu też zbieżność z twórczością Gajcego – zanurzenie w senne wizje na pograniczu z jawą. I ten poruszający tragizm, rozpaczliwe wołanie młodego pokolenia w aurze nieuchronnie zbliżającej się śmierci. Dramat pokoleniowy, okrutnie przerwane życie syna i bezgraniczny żal jego matki, w poruszającym wierszu „Elegia… (o chłopcu polskim)” porusza do głębi kolejne pokolenia: „[…] I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc, / i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut – zło. / Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką. / Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?”

Wiersz brzmi teraz także jak liryczna, żałobna przepowiednia dla niego i jego matki, dla pokolenia Kolumbów i Matki-Polki. Zginął czwartego dnia Powstania Warszawskiego na posterunku reduty „Ratusz-Pałac Blanka”, dowodzonym przez ppor. „Leszka” (Lesław Kossowski). W oddziale tym znalazł się przypadkowo, na ochotnika, nie mogąc dostać się po wykonaniu zleconego zadania, do macierzystej jednostki na Woli przy ul. Karolkowej.

Tadeusz walczył na Starym Mieście w grupie szturmowo-wypadowej porucznika Jerzego Bondorowskiego (ps. „Ryszard”). Zginął 16 sierpnia jako żołnierz AK w kamienicy przy ul. Przejazd nr 1/3 (dziś ul. gen. Andersa); wraz z nim wspomniany wcześniej, jego przyjaciel, poeta, Leon Zdzisław Stroiński.

Pochowani na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, a wraz z nimi ich słowa wierszy nienapisanych... To, co pozostawili po sobie, to szacunek dla ich niezłomności, bohaterstwa i pięknych słów poezji spisanych czasem w pośpiechu, w codziennej walce o wolność.

W tytule nazwałem ich – Brylanty poezji... Oparłem to na wypowiedzi Stanisława Pigonia, znanego krytyka literackiego, po uzyskaniu informacji o wstąpieniu Baczyńskiego do oddziału dywersyjnego AK: Cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga brylantami...

Piotr Stanisław Król
Myśl Literacka, nr 75, sierpień
Na zdjęciu: Tadeusz Gajcy

Śpiew murów

Nocą, gdy miasto odpłynie w sen trzeci,
a niebo czarną przewiąże się chmurą,
wstań bezszelestnie, jak czynią to dzieci,
i konchę ucha tak przyłóż do murów.

Zaledwie westchniesz, a już cię doleci
z samego dołu pięter klawiaturą
w szumach i szmerach skłębionej
zamieci minionych istnień bolesny głos chóru.

„Bluszczem głosów spod ruin i zgliszcz
pniemy się nocą na dachy i sen,
tobie, Warszawo, w snach naszych śnisz,
nucąc wrześniami żałobny nasz tren.” -

Biegłam rankiem po chleb do piekarni
(a chleba dotąd czekają tam w domu),
a ja leżę z koszykiem bezradnie,
tuż za rogiem, nie znana nikomu… -

Właśnie ręką chwytałem za granat,
żeby czołgi przywitać nim celnie,
ziemia była spękana, zorana -
nagle świat mi się zaćmił śmiertelnie… -

Myśmy obie wyniosły na noszach,
jeszcze kocem okryły mu nogi,
bo krzyczeli dokoła, że pożar…
Ja na świstku pisałam: „Mój drogi…”

„Bluszczem głosów spod ruin i zgliszcz
pniemy się nocą na dachy i sen,
tobie, Warszawo, w snach naszych śnisz,
nucąc wrześniami żałobny nasz tren.”

Słuchaj tych głosów żałosnych żarliwie,
nim brzask poranny uciszy je w niebie
i nowe miasto w napiętej cięciwie
dni tryumfalnych na nowo pogrzebie.

Słuchaj tych głosów, bo po to szczęśliwie
ocalon został w tragicznej potrzebie,
byś chleb powszedni łamał sprawiedliwiej
i żył za tamtych i za siebie lepiej.

*

Jak nie kochać strzaskanych tych murów,
tego miasta, co nocą odpływa,
kiedy obie z greckiego marmuru -
i umarła Warszawa, i żywa.

Tadeusz Gajcy