Ryż z jabłkami

jablko_gala.jpg
Rodzima klasa polityczna uraczyła nas kolejną odsłoną dramatu pod tytułem „Za niezawisłą i upowską Ukrainę”. Mało brakowało, abyśmy usłyszeli, że tragiczna ofiara Warszawy sprzed 70 lat poniesiona była również w imię tego, aby nie tylko Polska, ale i Banderlandia była dziś wolna.

Wyświechtany frazes o wolności był bowiem odmieniany w rocznicę Powstania do znudzenia. Abstrakcyjnie pojmowana wolność urasta po raz enty do rangi dziejowego sensu istnienia Polski. Szkoda tylko, że rzadko kiedy w naszej historii walczymy o własny interes, nie zaś tylko o wolność swoją (przeważnie specyficznie pojętą) i nie swoją. Tym razem nie chodzi jednak o strzeliste mowy, mające przykryć szkodliwą dla Polski decyzję o wybuchu walk przed siedemdziesięciu laty (czym powinniśmy się rzekomo szczycić przed całym światem, utwierdzając jeszcze bardziej opinię o Polakach jako o narodzie... delikatnie ujmując, niezbyt mądrym politycznie).

Tym razem chodzi o nasz produkt eksportowy numer jeden, naszą kluczową markę na świecie – polskie jabłka. Jak wiadomo Rosja jest ich głównym odbiorcą. Nie tylko zresztą jabłek, ale i innych owoców oraz warzyw, a także nabiału i mięsa. Logicznie rzecz biorąc winien być to partner, o którego względy każdy kolejny rząd polski, bez względu na zabarwienie partyjne, zabiega, na którego, mówiąc obrazowo, chucha i dmucha. We własnym dobrze zrozumianym interesie. Tymczasem, co możemy zaobserwować niemal od początku przemian ustrojowych (wyłączając w pewnym sensie erę prezydentury Lecha Wałęsy)? Ciągłe podłączanie się naszego kraju do kolejnych euroatlantyckich koalicji wymierzonych w Rosję.

Bez względu, czy są to Bałkany, Białoruś, Gruzja czy Libia, Polska jest w szpicy akcji zmierzającej do pomniejszenia bądź całkowitego wyrugowania wpływów rosyjskich z danego terenu. Przeważnie ponosimy też z tego powodu wymierne koszty. W latach 90. była to utrata rosyjskich rynków zbytu dla polskiego przemysłu, co miało przemożny związek z jego upadkiem. Kolejna dekada przynosiła głównie straty na polu zbytu produkcji rolnej.

Rosja stosuje nieprzerwanie od lat ten sam sprawdzony chwyt, po udziale Polski w kolejnej wymierzonej w jej interesy awanturze, nakłada na towary z Polski embargo. Zadziwiający jest fakt, że polska klasa polityczna, niebaczna na wieloletnie doświadczenia, za każdym razem daje, poza niezadowoleniem, dowód swojego całkowitego zaskoczenia i nieprzygotowania. Jeżeli podejmujemy ryzyko utraty rynku rosyjskiego, to zapewnijmy sobie przynajmniej zawczasu innego odbiorcę. Sprawy nie załatwią bowiem błagalne spojrzenia w stronę Brukseli ministra Sawickiego, słusznie skądinąd podkreślającego, że to nie PSL jeździł na Majdan.

Sawicki, podobnie jak swego czasu śp. Andrzej Lepper, może mieć jednak pretensję tylko i wyłącznie do swojego współkoalicjanta, który na ołtarzu nieśmiertelnej giedroyciowskiej idei kładzie po raz kolejny interes Polski i polskich rolników. Wszak według słów ministra Sienkiewicza „lepiej płacić jabłkami niż krwią”. No tak, przecież Polska mogłaby ramię w ramię w sojusz m.in. ze szwedzkimi neonazistami walczyć orężnie o „białą Ukrainę”. A tak, minister Sawicki, robiąc dobrą minę do złej gry, musi jedynie na chybcika przekonywać coraz to bardziej egzotycznych potencjalnych odbiorców polskich jabłek, jak np. Japonię i Chiny, o dobrodziejstwach jedzenia ryżu z jabłkami...

Maciej Motas