Upadek

wprost.jpg
Roman Giertych znów wzbudza emocje. I po raz kolejny są to emocje negatywne. Ex-narodowiec i były lider Ligi Polskich Rodzin stał się tym razem jednym z bohaterów przetaczającego się przez Polskę gigantycznego skandalu. Afery obnażającej prymitywizm i degenerację, ale też nieudolność obecnej władzy.

Najnowsze taśmy budzą zrozumiałe emocje. Ich treść, wywołuje zimne dreszcze – odsłania mechanizmy tak nieetyczne i odrażające, że wręcz nieprawdopodobne. Bardziej jednak niż same taśmy szokuje przemiana Giertycha. Niegdyś lider i ideolog Młodzieży Wszechpolskiej, dziś pupil salonu i nadworny adwokat Donalda Tuska. Jutro? – kto wie. W dojrzałych demokracjach publikacja „Wprost” oznaczałaby dla jej bohatera zakończenie mrzonek o powrocie do polityki a nawet medialny i towarzyski ostracyzm. Żyjemy jednak w Polsce, a tu czasami dzieją się cuda, o których nie śniło się filozofom.

Gdy lata temu Roman Giertych zaczynał swą polityczną przygodę nikt – zapewne i on sam, nie spodziewał się, że w dość krótkim czasie stanie się brylującym w prorządowych mediach celebrytą. Przeciwnie – powszechnie oczekiwano, że junior rodu pójdzie rychło w ślady dziadka i ojca.
„Kontrrewolucja młodych”, którą napisał na początku lat dziewięćdziesiątych, choć daleka od arcydzieła myśli politycznej, była dla mojego pokolenia ważną pozycją programową. Warto dodać na marginesie, że było to pokolenie jednoznacznie ideowe. Wykrzykiwane na ulicach czy noszone na koszulkach hasła nie były dla nas jedynie efektownymi sloganami. Wszyscy święcie wierzyliśmy, że po naszej stronie jest słuszność. Nawet dziś gdy politycznie, zawodowo a nawet towarzysko rozeszliśmy się w bardzo różnych kierunkach, większość z nas wciąż poczuwa się do obowiązków polskich. Wtedy wierzyliśmy, że Roman Giertych myśli podobnie. Ba, wierzyliśmy, że przede wszystkim on.

Potem przyszła LPR i wielka polityka. Pogubieni w wyścigu szczurów zapomnieliśmy w dużej mierze co jest celem a co środkiem. Dlatego po kliku latach partia, która miała i mogła być nadzieją dla Polski zeszła w niesławie ze sceny politycznej.
Dziś przypomina groteskowy cień samej siebie, wzbudzając politowanie swoimi odezwami, ostatnio utrzymanymi w tonie wiernopoddańczym wobec partii rządzącej.
To właśnie w tym okresie przepadł Roman Giertych jakiego znałem kiedyś – niepozbawiony wad, lecz charyzmatyczny i wiarygodny. Jego miejsce zajął mecenas-celebryta, którego znamy dziś z reżimowych mediów. Trudno wychwycić moment, kiedy młody ideowiec zmienił się w cynicznego polityka. Zresztą to zadanie raczej dla psychologa. Lub spowiednika.

Dziś Roman Giertych odcina się od swoich dawnych poglądów. „Do tego LPR sprzed lat bym chyba nie pasował” - mówi w wywiadzie dla Newsweeka. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Szkoda tylko, że nie doszedł do podobnej konkluzji choćby w roku 2006 czy 2007. Narobiłby mniej szkody.

Przemysław Piasta