Sedno sporu o Rosję (1) – rozmowa z prof. dr. hab. Anną Raźny

donieck.JPG
Została Pani Profesor usunięta z pracy na Uniwersytecie Jagiellońskim. Proszę przybliżyć przyczyny i okoliczności tej decyzji.

- Muszę sprostować. Nie zostałam usunięta z pracy, ale Rada Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych nie wyraziła zgody na przedłużenie mojej pracy w Uniwersytecie Jagiellońskim na kolejny rok akademickim Mianowicie profesorowie, którzy osiągnęli wiek emerytalny, występują o takie przedłużenie na jeden rok w ramach 1/2 etatu na podstawie Uchwały nr 25/2002 Senatu Uniwersytetu Jagiellońskiego. To przedłużenie ma charakter honorowy i zarazem symboliczny dla środowiska uniwersyteckiego Jest bowiem wyrazem uznania dla odchodzącego z uczelni profesora. Nie zdarzyło się, aby komuś odmówiono tego przywileju. Najpierw wniosek o zatrudnienie mnie na 1/2 etatu w nowym roku akademickim został odrzucony przez Radę Instytutu Rosji i Europy Wschodniej UJ ze względów pozamerytorycznych. Wielu osobom nie podoba się bowiem ta wizja Rosji, którą przedstawiam w swoich pracach na jej temat. Jest to wizja Rosji, której kształt kulturowy i cywilizacyjny określiło i na nowo określa chrześcijaństwo.

Tak postrzegali i postrzegają Rosję wybitni polscy jej badacze – od Mariana Zdziechowskiego, a następnie Wacława Lednickiego – po Ryszarda Łużnego, Andrzeja Walickiego, Lucjana Suchanka, Hannę Kowalską-Stus, Annę Woźniak. Nie wymienię wszystkich, bo jest spora ich lista. Istotne znaczenie w tej sprawie ma jednak nie Rada Instytutu, przedstawiająca swoją na mój temat opinię, lecz Rada Wydziału. Brak jej zgody na owo symboliczne zatrudnienie jest dla mnie forma wyrzucenia z mojej macierzystej uczelni, na której ukończyłam dwa fakultety (filologię polską i rosyjską) oraz studia doktoranckie, przepracowałam 41 lat, pełniłam po 1989 roku funkcje: prodziekana ds. studenckich na Wydziale Filologicznym, przez dwie kadencje dyrektora Instytutu Rosji i Europy Wschodniej, od 2006 roku Kierownika Katedry Rosyjskiej Kultury Nowożytnej. Byłam ponadto członkiem Tajnej Komisji Zakładowej Solidarności UJ od 13 grudnia 1981 roku do końca 1988 roku, tj. do ponownej rejestracji tego związku. Należałam ponadto do ścisłego grona sześciu profesorów belwederskich – kulturoznawców, którzy wraz z profesorami politologii tworzyli w 2000 roku Wydział Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ jako dwubiegunowy, obejmujący dwa ważne dla tych studiów obszary: polityki i kultury. Byłam także sygnatariuszem wniosku o uprawnienia do doktoryzowania na tym wydziale w zakresie kulturoznawstwa.

Głosowanie Rady miało miejsce po ataku „Gazety Wyborczej” (nr 113, 17-18 maja 2014) na moją osobę w związku z podpisaniem przeze mnie Listu otwartego do narodu rosyjskiego i władz Federacji Rosyjskiej. „Gazeta Wyborcza” połączyła ten podpis z moim udziałem w zablokowaniu przez Radę Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ wniosku o nadanie przez tę najstarszą polską uczelnię – z okazji 650. rocznicy jej założenia tytułu doktora h.c. przewodniczącemu Komisji Europejskiej José Manuelowi Barroso. Do ataku „GW.” dołączyły inne polskojęzyczne media, zdziwione, ze ktoś taki jak ja pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tenor nagonki brzmiał następująco: nikt normalny w Polsce nie proponuje Rosji dialogu wobec tzw. kryzysu ukraińskiego, nikt normalny nie uznaje jakichkolwiek jej praw do strefy wpływu na obszarze Ukrainy, a tym bardziej do obrony zamieszkującej go ludności rosyjskiego pochodzenia przed zagrożeniem ze strony banderowców, nikt normalny nie mówi o wartościach chrześcijańskich w Europie i świecie, a tym bardziej o ich wspólnej obronie – przez chrześcijańskie narody słowiańskie, z narodem rosyjskim włącznie.

Wielu członków Rady, zwłaszcza tych, którzy ulegają politycznej poprawności, nie wytrzymało tej presji mediów. Są też tacy, którzy jej nie ulegli – politolodzy i kulturoznawcy, rzetelni uczeni, mądrzy i odważni, skromni i uczciwi – i poparli mnie w głosowaniu. Niestety, było ich mniej od tych pierwszych. Przy czym pragnę podkreślić, że nie idzie tutaj o moją osobę, lecz o pewne procesy kulturowe, społeczne i polityczne, które się nasiliły w Polsce, a mój przypadek jedynie jest ich świadectwem. Są to negatywne procesy, mające na celu przekształcenie w ramach globalizacji polskiego narodu i polskiego społeczeństwa w zbiorowisko przypadkowych ludzi – bez tożsamości nie tylko narodowej, kulturowej i religijnej, ale również osobowej. Przekształcona została również rola uniwersytetu we współczesnym społeczeństwie. Utracił bowiem swoją autonomię i opiniotwórcze znaczenie – został podporządkowany w sferze dydaktycznej, administracyjnej i ekonomicznej odgórnym dyrektywom – unijnym, ministerialnym i ustawowym.

Czy od tej decyzji odwoływała się Pani Profesor?
- Tak, bowiem ostateczna decyzja należy do Rektora Uniwersytetu i do niego właśnie się odwołałam. Nie mam jeszcze odpowiedzi. Mam nadzieję, ze będzie ona pozytywna i przywróci wiarę – nie tylko moją, ale również sporej części Polaków – w to, że Uniwersytet Jagielloński jest miejscem poszukiwania prawdy przez wszystkie pragnące jej osoby, niezależnie od ich przekonań i światopoglądów, że nikt nie jest i nie będzie z ich powodu wykluczany ze wspólnoty tej uczelni, która jest naszym wspólnym dobrem.

Jest jednak dla mnie jedna rzecz niejasna. Przecież nie kryła Pani swoich poglądów, w tym „niepoprawnych politycznie”, przeciwnie głosiła je Pani w publikacjach prasowych, internetowych, swoich pracach. Więc dlaczego dopiero teraz, przy tej okazji, spotkały Panią sankcje?
- Tym razem idzie jednak o Rosję, która przyspiesza przekształcenie świata z jednobiegunowego – kontrolowanego przez Stany Zjednoczone i przekształcanego dla ich interesów na drodze prewencyjnych wojen, kolorowych rewolucji i finansowania wojen domowych w jedno światowe imperium – w świat dwu- lub wielobiegunowy. Co więcej, Rosja ośmieliła się nie tylko podważyć, ale odrzucić ideowy fundament tego imperium – ideologię politycznej poprawności i związany z nią genderyzm. Wystąpiła przeciwko ich ateizmowi i triumfalnie powróciła do chrześcijaństwa. Jakakolwiek próba wskazania na Rosję w roli katechona – czyli tego, kto powstrzymuje szatańskie działania we współczesnym świecie – jest co najmniej herezją polityczną i cywilizacyjną, szaleństwem, które należy opanować.

Dla tych, którzy ulegli politycznej poprawności, normą – również w obszarze nauki i dydaktyki – jest myślenie w kategoriach jednobiegunowego świata i amerykańskiej – transatlantyckiej – opcji. Nikogo ze zwolenników tej opcji nie zdziwiła więc wypowiedź dyrektora Instytutu Rosji i Europy Wschodniej UJ, nazywającego Władimira Putina potworem i nawołującego do zwiększenia sankcji wobec Federacji Rosyjskiej („Dziennik Polski”, nr 55, 7 marca 2014.). Przeciwnie, takie wypowiedzi przynoszą w przekonaniu środowiska poprawnego politycznie chwałę nie tylko uniwersytetom, ale również polskiej nauce.

Gdyby polityczna poprawność dawała o sobie znać tylko w takich wypowiedziach, szkoda nie byłaby zbyt wielka. Tymczasem ideologia ta wniknęła w badania i dydaktykę uniwersytecką, nadając naukom – zwłaszcza społecznym i humanistycznym – polityczne oblicze. Wystarczy w tym miejscu zwrócić uwagę na prace poświęcone Unii Europejskiej, tzw. bezpieczeństwu energetycznemu w Europie, sojuszowi NATO czy te, które dotyczą kultury współczesnej i sposobów komunikowania, a nie mówią nic o manipulacji i propagandzie. Polityczna poprawność daje o sobie również znać w mechanizmie grantowym. Są bowiem tematy dobrze widziane przez grono decydujące o przyznaniu publicznych pieniędzy – niekiedy bajecznych kwot – na ich realizację i tematy skazane na odrzucenie. Do tych ostatnich należą z reguły te, które dotyczą chrześcijaństwa we współczesnej Rosji. Profesor Hanna Kowalska-Stus – wybitny badacz kultury prawosławnej, kierownik Katedry Kultury Bizantyńsko-Prawosławnej w Instytucie Rosji i Europy Wschodniej UJ bezskutecznie stara się od kilku lat o grant na badania z tej dziedziny. Jej doktoranci również. Ja dwukrotnie starałam się o grant na temat chrześcijańskich aspektów kultury rosyjskiej XX wieku.

Ten system finansowania jest chory nie tylko z powodu ideologicznego obciążenia polskiej nauki, ale również systemowego. Mechanizm przyznawanie pieniędzy jest zamknięty – nie podlega ocenie publicznej, której podlega procedura awansowania pracownika naukowego.. Nazwiska recenzentów opiniujących wnioski grantowe są bowiem utajnione.

Równie poważny jest problem wnikania politycznej poprawności do prac naukowych o Rosji. W sferze historii czy idei i ideologii coraz częściej pojawiają się takie, które pisane są w ramach opcji amerykańskiej (transatlantyckiej) z ewentualny dodatkiem koncepcji Jerzego Giedroycia. Ich autorzy, cierpiący na brak obiektywizmu, zdobywają jednak uznanie i mieszają skutecznie w głowach nie tylko studentów, ale również polityków. Podam jeden przykład – książkę Joachima Dieca „Konserwatywny nacjonalizm. Studium doktryny w świetle myśli politycznej Igora Szafarewicza”. Książka w 3/4 poświęcona teorii konserwatywnego nacjonalizmu i jego historii w Rosji nic nie mówi o mesjanistyczno-narodowej idei Moskwy –Trzeciego Rzymu. Nie daje pełnej informacji o stosunku konserwatywnych nacjonalistów rosyjskich do Polski (rozbiory, powstania, problem polonizmu, koncepcja Polski jako „Judasza Słowiańszczyzny”). Przykładem ich nacjonalistycznego odniesienia do innych narodów i mniejszości narodowych w Rosji jest okres Czarnej Sotni i problem Żydów w Imperium Rosyjskim. Takie prace, przedstawiające quasi-syntezę istotnego przecież problemu mogą nawet zyskać zwolenników – krótkodystansowców naukowych ewentualnie tych, którzy uprawiają w nauce politykę historyczną.
Nie zastąpią jednak monumentalnej pracy o konserwatywnym nacjonalizmie rosyjskim Andrzeja Walickiego: „W kręgu konserwatywnej utopii. Struktura i przemiany konserwatywnego słowianofilstwa”. Praca została napisana w połowie lat 60. XX wieku i jest świadectwem tego, że nawet w PRL można było pisać o Rosji bez obciążenia ideologią (komunistyczną), z perspektywy ponadczasowej. W tym miejscu chciałabym wymienić inną wielką pracę napisaną w tym samym okresie, wolną od wpływu ideologii – monografię Ryszarda Łużnego o kulturowych i religijnych powiązaniach polsko-wschodniosłowiańskich (również rosyjskich) w XVII-XVIII wieku: „Pisarze kręgu Akademii Kijowsko-Mohylańskiej a literatura polska”. Książka prezentuje tych wychowanków założonej na obszarze Rzeczpospolitej Akademii, którzy po jej wejściu – na mocy Ugody Perejasławskiej – wraz z Ukrainą Naddnieprzańską w obręb Rosji dokonali pierwszej fazy jej europeizacji.

Przyswoili Moskwie osiągnięcia kultury polskiej (za czasów Zofii regentki dwór carski mówił po polsku). Podobnie jak rosyjska myśl konserwatywna, również wpływy polskie na kulturę rosyjską nie należały do tematów mile widzianych w okresie komunizmu. A jednak znaleźli się niepokorni badacze, którzy je podjęli, co powinno być zachętą dla młodych naukowców, poddanych obecnie dużej presji ideologicznej i politycznej. Obserwując dzisiejsze badania na temat Rosji stwierdzam bowiem pewne zahamowania badaczy przed wielu problemami – nade wszystko związanymi z jej powrotem do chrześcijaństwa.

Niewątpliwie krwawa rewolta na Ukrainie sprowokowana przez USA i Zachód ma na celu dalsze okrążenie Rosji. Proszę przypomnieć naszym Czytelnikom, w jakich krajach sąsiadujących z Federacją Amerykanie i NATO mają swoje bazy wojskowe i posłuszne im reżimy.
- Przede wszystkim wymienię Polskę, która ma bazę amerykańską na swoim terenie i ubiega się o zainstalowanie wymierzonej w Rosję tarczy antyrakietowej. Ostatnio polskie władze i polscy politycy – nade wszystko z PiS – głośno proszą USA o zwiększenie kontyngentu amerykańskiego w Polsce ze względu na rzekome zagrożenie naszego państwa ze strony Rosji. Jednym słowem – na własne życzenie, bez jakiegokolwiek realnego zagrożenia stajemy się państwem frontowym na linii USA – Rosja. Tym samym bierzemy udział w okrążaniu Rosji. Te politykę okrążania Ameryka stosuje od momentu rozpadu Związku Sowieckiego, poszerzając NATO na Wschód wówczas, gdy rozpadł się również Układ Warszawski jako uzasadnienie zaistnienia i rozwoju Sojuszu Północno-Atlantyckiego.

Okrążanie Rosji nasiliło się po 11 września 2001 roku, gdy w ramach tzw. światowej akcji USA napadły na Afganistan, instalując tam swoje i natowskie wojska dla walki z talibami. Wykorzystując pozytywne nastawienie Rosji do tej walki, USA – za jej zgodą – utworzyły wówczas swoje bazy (o charakterze czasowych instalacji) w trzech państwach środkowej Azji, będących członkami Układu o Bezpieczeństwie Zbrojnym – tzw. rosyjskiego NATO – Uzbekistanie, Tadżykistanie i Kirgistanie. Bazy te miały charakter czasowy i ostatnia z nich – w kirgiskim Manas – jest zamykana. W związku z planowanym na 2014 rok wycofaniem wojsk amerykańskich z Afganistanu widocznie jest zaangażowanie USA w sprawę utworzenia bazy w Uzbekistanie, który w ramach „rosyjskiego NATO” prowadzi dosyć samodzielną politykę. Z tej perspektywy obecność USA na Ukrainie i jej zaangażowanie w zamach stanu oraz zorganizowanie rewolucji nabierają dodatkowego znaczenia. Plany były bowiem takie, aby bazę utworzyć na Krymie. Rosja wykazała się jednak lepszą strategią i ubiegła Biały Dom. Powrót Krymu do państwa rosyjskiego ma więc dodatkowe znaczenie

Rosja bez wahania i ku zaskoczeniu Zachodu odebrała Krym. Jak się wydaje fakt ten ośmielił Rosjan i ludność rosyjskojęzyczną na wschodniej Ukrainie do powstania przeciw banderowskiej władzy w Kijowie, domagając się od prezydenta Putina pomocy. Tymczasem Putin wykonał krok wstecz wzywając władze nowo powstałych republik do odłożenia referendum w sprawie niepodległości. Jaka może być przyczyna takiej właśnie postawy prezydenta Rosji. Nacisk Zachodu? Obawa przed wybuchem wojny światowej?
- Odebranie Krymu stanowiło posunięcie stricte strategiczne. Inaczej prędzej czy później założono by tam bazę amerykańską, dzięki której USA kontrolowałoby Morze Czarne i miało dogodny przyczółek do ataku na Iran. To jednak nie udało się. Stąd ta wściekłość, bo przecież nie troska o Tatarów krymskich. Jeśli chodzi o Ukrainę wschodnią i południową możemy snuć tylko przypuszczenia na temat niejasnej polityki Kremla. Putin już jest oskarżany o spokojne przyglądanie się, jak żołnierze ukraińscy wierni Kijowowi oraz najemnicy różnych narodowości przelewają krew Rosjan. Prawdopodobnie o wiele więcej ofiar byłoby w wyniku wejścia wojsk rosyjskich na Ukrainę. Z drugiej strony Putin ma w ręku inny instrument nacisku – kurek gazowy, którego jest pewien. Nikt bowiem nie zapłaci za Ukrainę rachunku za gaz.

Trzeba się także zastanowić, jakie Rosja ma priorytety w polityce zagranicznej. Odbudowując swoją pozycję mocarstwową, stoi przed następującą alternatywą: czy najpierw przyłączyć wschodnią Ukrainę do Federacji bądź zabezpieczyć tam swoje wpływy, czy też prowadzić rozgrywkę ze Stanami Zjednoczonymi na poziomie ogólnoświatowym. Wysoce prawdopodobne jest, że ważniejszą sprawą dla Kremla było podpisanie umowy o dostawie gazu z Chinami, a przy okazji poszerzenie współpracy z tym krajem o inne dziedziny, w tym wojskową. Było to tym ważniejsze, że Rosja nie miała pewności jak zareagują Chiny, gdyby wojska rosyjskie wkroczyły na wschodnią Ukrainę. Równie ważny staje się inny krok rosyjski w tej grze – mianowicie dedolaryzacja transakcji handlowych i przechodzenie w rozliczeniach na juana w Azji, a na euro w transakcjach z Unią Europejską. Tak przedstawia się reakcja Rosji na odcięcie jej firm od kredytów amerykańskich. Operacja antydolarowa ma bowiem znaczenie światowe, a ewentualne zyski terytorialne na Ukrainie znaczenie tylko w Europie. Chodzi tu również o przejście na inną walutę przy transakcjach ropą naftową, co Rosja przypuszczalnie zaproponuje na lipcowej konferencji państw BRICS. (Być może do BRICS dołączy również Iran.) Jednocześnie Rosja przyspieszyła proces wzmocnienia rubla, zamierzając oprzeć swoją walutę na złocie.

Rosja została poniekąd przyparta do muru. Proszę zwrócić uwagę, że Zbigniew Brzeziński przywołany przez polskie media oświadczył jednoznacznie, że Ameryka nie cofnie się przed żadną, nawet najbardziej drastyczną akcją, by zwyciężyć w tym starciu z Rosją. W sumie: Ukraina stanowi tylko przedmiot, a nie przedmiot gry prowadzonej na osi USA – Rosja – Unia Europejska. Rosja bardzo wzmocniła swoją pozycję poprzez układ z Chinami, osiągając w ten sposób już dość silną przeciwwagę dla Stanów. Trzeba pamiętać też o czynniku unijnym. Czy UE nadal będzie starała się zachować otwarcie gospodarcze na Rosję, czy sprzymierzy się z bankrutującymi Stanami Zjednoczonymi – pozostaje kwestią jeszcze nierozstrzygniętą. W Unii najbardziej USA wspierają Polska i Wielka Brytania, inne kraje, szczególnie Niemcy zachowują się powściągliwie. Gdyby UE jako całość wybrała drugie rozwiązanie, stanowiłoby to klęskę wspólnoty brukselskiej.

Czy w takim razie dość popularna opinia, że odpadnięcie Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów uniemożliwi Rosji powrót do pozycji supermocarstwa ma rację bytu? Wówczas planowana i już budowana Unia Euroazjatycka stałaby się papierowym tygrysem.
- Jakakolwiek jednoznaczność przy formułowaniu opinii w tej sprawie stanowiłaby duże ryzyko. Tak naprawdę chodzi o to, aby jednobiegunowość w układzie sił światowych powstałą po upadku Związku Sowieckiego zamienić na układ wielobiegunowy, co już się dzieje. W tej sytuacji dla Rosji ważniejsze staje się umacnianie BRICS i swojej tam obecności niż funkcjonowanie w G7 czy G8. Ewentualne osiągnięcia Rosji na Ukrainie nie przekonałyby światowej opinii publicznej (bez względu na to jak to pojęcie zdefiniujemy), że kończy się dominacja amerykańska na świecie.

Toteż, na ogół minimalizowany w wielkich mediach BRICS posiada znaczenie nie tylko regionalne, ale daje też Rosji atuty w Ameryce Południowej, gdyż do tego ugrupowania należy także Brazylia. I to jest najważniejszy kierunek wzmacniania pozycji Rosji – BRICS plus Chiny. Ponadto Rosja poważnie modernizuje swój arsenał wojskowy. Natomiast Ukraina z punktu widzenia ekonomicznego i militarnego nic Rosji nie daje. Na tym odcinku ważny jest tylko Krym, a ta kwestia została już rozstrzygnięta.

Rozmawiał: Zbigniew Lipiński
Druga część wywiadu w następnym numerze
Myśl Polska, nr 25-26 (22-29.06.2014)