Krok do przodu z obsesją w tle

jan niewinski 2.jpg
Z wielkimi bólami, i nie w terminie, co wynikało z kompromitujących stronę polską ustaleń ze stroną ukraińską (związanych ze szczytem NATO w Warszawie – co ujawnił szef parlamentu Ukrainy Parubij), Sejm RP, idąc w ślady Senatu, przyjął w końcu uchwałę, którą możemy uznać wreszcie za spełnienie oczekiwań pokoleń Polaków – przede wszystkim Kresowian.

Uchwała Sejmu podjęta 22 lipca 2016 r. nazywa nareszcie ludobójstwo ludobójstwem, oddaje hołd pomordowanym, ale także ustanawia 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej. Czekaliśmy na to 27 lat. Nie sposób się z tego nie cieszyć. Trzeba podziękować 432 posłom, którzy głosowali za uchwałą. Byli to posłowie ze wszystkich klubów. Nikt nie był przeciw, a tylko 10 wstrzymało się od głosu w tym m.in. Marcin Święcicki (PO), Katarzyna Lubnauer i Jerzy Meysztowicz (Nowoczesna). Pozostali w liczbie 18 nie głosowali, co oznacza przeważnie nieobecność. Wśród tych byli m.in. Antoni Macierewicz, Witold Waszczykowski (PiS), Stefan Niesiołowski (PO), Michał Kamiński i Jacek Protasiewicz (niezależni).

Podziękowania należą się wszystkim posłom, jednak główną rolę polityczną, przy wszystkich zastrzeżeniach, co do postawy liderów tej partii oraz pełnej świadomości istnienia w niej silnego fanatycznego skrzydła proukraińskiego (w istocie probanderowskiego), klucze do uchwały leżały, jak pisałem wcześniej, w rękach PiS. Po wielu trudnościach i fatalnych wypowiedziach samego prezesa Kaczyńskiego, ministrów Sellina i Macierewicza (do czego jeszcze wrócę), uchwała została przyjęta i to w kształcie, który jest rażącym odejściem od projektu ustawy PiS, za to w wielkim stopniu zbliża się do projektów Kukiz ’15 i PSL oraz postulatów Kresowian. Tak czy inaczej, oddajmy jednak PiS-owi, że bez jego decyzji sprawa by ponownie ugrzęzła.

Należy podkreślić sukces tych wszystkich, którzy od momentu ogłoszenia projektu ustawy PiS, zdecydowanie odrzucali jego konstrukcję i sformułowania, mające zamydlić odpowiedzialność szowinistów ukraińskich i – zgodnie z niedawnym wywodem Sellina – przerzucić odpowiedzialność na ZSRR/Rosję. Dziś możemy powiedzieć głośno – rację mieli ci, którzy twardo walczyli o to, o co zawsze Kresowianom chodziło, a nie ci, którzy chcieli poprawiać ideologiczny wykwit pisany pod określoną tezę. To się udało, nawet jeżeli zdajemy sobie sprawę z niedoskonałości przyjętej uchwały.

Główne jej wady są dwie – ograniczenie czasowe do lat 1943-45, podczas gdy postulatem Kresowian zawsze były lata 1939-47. Ma to istotne znaczenie zwłaszcza jeżeli chodzi o okres powojenny. Pamiętajmy o żywej w PiS tezie o nowej okupacji Polski po 1944 r., o wydawnictwach i publikacjach internetowych IPN uwzględniających straconych banderowców jako ofiary systemu totalitarnego na równi z ofiarami polskimi, również o negatywnej ocenie Operacji „Wisła”. Oby zawężenie dat nie było podyktowane podobnymi przesłankami. Druga wada przyjętej uchwały to zupełnie nie pasujące do reszty nawiązanie do teraźniejszości i to – naturalnie, niestety – w typowym dla PiS propagandowym stylu. Zdanie „Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wyraża solidarność z Ukrainą walczącą z zewnętrzną agresją o zachowanie integralności terytorialnej” nie ma nic wspólnego z tematem uchwały i tak do niej pasuje, jak pięść do nosa.

Wspomnijmy dziś również niektórych spośród tych, którzy nie doczekali tej chwili, począwszy od Jędrzeja Giertycha, faktycznego inicjatora badań zbrodni ukraińskich szowinistów, poprzez pionierów okresu PRL Henryka Cybulskiego, Edwarda Prusa, aż po Aleksandra Kormana, szczególnie zasłużonego – Ukraińca z wyboru – Wiktora Poliszczuka, wreszcie, płk Jana Niewińskiego (na zdjęciu). Wspomnijmy także o zmarłym właśnie Włodzimierzu Odojewskim, który tematykę zbrodni ukraińskich poruszył w kilku swoich powieściach.

Nie możemy tracić z pola widzenia faktu, że uchwała nie jest końcem walki, ale jej kolejnym etapem. Historia i jej upamiętnienie mają ogromne znaczenie, ale najważniejszą sprawą dla nas i dla naszych dzieci jest powstrzymanie odrodzonego nacjonalizmu ukraińskiego na współczesnej Ukrainie. Nie wzywam do gwałtownych ruchów. Polska musi mieć choć elementarne relacje z każdą Ukrainą z trzech zasadniczych powodów: żyjącej tam mniejszości polskiej, miejsc martyrologii oraz ogromnego polskiego dziedzictwa kulturowego.

Ale to nie oznacza, że mamy być bezsilnym obserwatorem banderowskiego odrodzenia. Są metody dyplomatyczne, rachunki zysków i strat, które można przedstawić drugiej stronie, wreszcie, można i należy szukać sojuszników na świecie. Ale do tego wszystkiego warunkiem koniecznym jest całkowita rewizja polityki wschodniej zwłaszcza jeżeli chodzi o miejsce i rolę w niej Ukrainy. Trudno oczekiwać takiej zmiany u ludzi dotkniętych rusofobią, niemniej jednak, PiS odpowiadając pozytywnie na głos milionów swoich wyborców, postawił sam siebie w trudnej sytuacji wobec własnej linii politycznej. Poroszenko, Deszczyca i Komisja SZ parlamentu Ukrainy już zareagowali nerwowo a przecież należy oczekiwać raczej nakręcenia spirali a nie odwrotnie.

Tym, co jest szczególnie groźne, bo znajduje od dawna poklask w Polsce, jest ukraińska narracja o – użyjmy skrótu myślowego – Wołyniu. To narracja, która mówi z jednej strony o polskiej winie i odpowiedzialności a z drugiej przerzuca winę ukraińską na ZSRR, głosząc tezę, tak o inspiracji sowieckiej, jak i o sprawstwie oddziałów NKWD przebranych za UPA. Niestety, w polskich kręgach rusofobicznych teza o inspiracji i winie głównej ZSRR/Rosji jest wysoce popularna. Służy nie tylko zaspokojeniu potrzeby utrzymania permanentnej postawy antyrosyjskiej, ale i umniejszeniu winy ukraińskiej, jako wynikającej z poduszczenia, omamienia, oszukania itd. Niestety, w nurt ten wpisał się minister Antoni Macierewicz, który stwierdził w TVP Info, że „prawdziwym wrogiem, tym, który rozpoczął i który użył część sił nacjonalistycznych do tej straszliwej zbrodni ludobójstwa jest Rosja. Tam jest źródło tego straszliwego nieszczęścia”. Nie miejsce tu na przypominanie oczywistości, że ruch nacjonalistyczny ukraiński to wykwit polityki germańskiej, najpierw austriackiej, a potem niemieckiej.

O wiele bardziej przykre jest to, że w tym samym mniej więcej czasie, kiedy p. minister wypowiadał słowa żywcem wzięte z narracji neobanderowskiej, w Internecie można było obejrzeć film, w którym Ukraińcy z Kijowa „ubolewali” nad przemianowaniem ul. Moskiewskiej na ul. Bandery w Kijowie, gdyż jest to „dolewanie oliwy do ognia. Przez Polskę przetacza się fala antyukraińskiej histerii, umacniają się środowiska radykalne związane z Moskwą”. I dalej, że „otwarty konflikt na Wołyniu rozgorzał po pojawieniu się partyzantki radzieckiej i było to decydującym czynnikiem, który przyczynił się do zbrojnej eskalacji konfliktu”. Nie mówię już, że drugi fragment wpisuje się idealnie w wypowiedź Macierewicza, z tym, że ta ostatnia jest dużo bardziej kategoryczna, ale spójrzmy na fragment pierwszy. Czyż nie rozpoznajemy w nim codziennie nas otaczającej retoryki polskiego frontu wyznawców „wiary ukrainnej”?

Szczególnym wyrazem obsesji filoukraińskiej jest działalność na facebooku niejakiego Marcina Reya, prowadzącego profil V Kolumna Rosyjska w Polsce. Owo indywiduum nie tylko, że w sposób całkowicie dowolny, a nawet – dla niego - lekki, łatwy i przyjemny, ohydnie szkaluje kogo popadnie, posługując się kłamstwem, konfabulacją i nadinterpretacją, tylko dlatego, że szkalowani ośmielają się mieć inne od niego zdanie w sprawie polityki polskiej i nie popadają w delirium na sam dźwięk słowa „Rosja”, to jeszcze jest równocześnie promowany przez środowiska cokolwiek zaskakujące pod względem ideologicznej proweniencji.

Dotychczas znany był m.in. ze współpracy z Frondą i Gazetą Polską, tytułami i środowiskami stanowiącymi w Polsce ideologiczne zaplecze neokonserwatyzmu amerykańskiego, a przypadku Frondy (czy ktoś jeszcze pamięta, że p. Terlikowski był szefem pisma LPR „Racja Polska”?) także religijnego nurtu judeochrześcijańskiego.

Tymczasem tekst Reya „Kto z Przemyśla robi punkt zapalny”, ukazał się na stronie… racjonalista.pl, skupiającej ateistów i wolnomyślicieli, delikatnie mówiąc, dalekiej od Kościoła, a co dopiero od stojącej na pograniczu fanatyzmu Frondy! Szkoda czasu na prostowanie wypocin tego pana. O wiele lepsze byłyby pozwy. Warto jednak wskazać na jeden punkt – nazywa on nieżyjącego płk Jana Niewińskiego „byłym funkcjonariuszem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Bieszczadach”. To zdanie wytycza najlepiej panareyowy horyzont myślowy…

Adam Śmiech
Na zdjęciu: Jan Niewiński w roku 2013 w Sejmie podczas debaty na temat zbrodni UPA na Wołyniu.

Dzial: