Ja, agent Putina

piskorski.jpg
„> jest coraz więcej pożytecznych idiotów” – napisała znana na Śląsku działaczka dawnej „Solidarności” i „Solidarności Walczącej”, dziennikarka radiowa, prasowa i telewizyjna, pani Jadwiga Chmielowska, na stronie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (wszystkie cytaty zgodnie z oryginalną pisownią i interpunkcją!).

„Nie brakuje agenturalnych prorosyjskich portali. Trudno określić granicę pomiędzy tak zwanym > a agenturą. Pamiętam, że pewnej dyskusji padła definicja czym się różnią – agent bierze za swoją pracę pieniądze, a > nie”.

Felietonik, króciutki i zwięzły, zawiera kwintesencję PiS-owskiej myśli politycznej na kierunku wschodnim, dlatego zacytujmy jeszcze kilka fragmentów tekstu z 27. stycznia 2016, noszącego wszystko mówiący tytuł (choć logicznie sprzeczny z treścią felietonu jest postawiony na końcu pytajnik): „Polacy w służbie Kremla?”.

„Na rosyjskie zaproszenie pojechała na Krym delegacja, którą władze okupacyjne Krymu nazwały wizytą >. Rosyjska prasa szeroko o tym > donosiła. […] tymi dziennikarzami byli: Mateusz Piskorski, Wojciech Grzymała, Jan Wsuł”. W kilku zdaniach pani Chmielowska podaje podstawowe fakty o powyższych osobach, jakie udało jej się znaleźć w internecie – przynależność do partii „Zmiana” i słowianofilskie poglądy M. Piskorskiego oraz przynależność do Obozu Wielkiej Polski Jana Wsóła (choć tu nie mamy pewności, czy to faktycznie ta sama osoba).

Natomiast W. Grzymała – przynajmniej ten, którego pani Chmielowskiej udało się znaleźć w globalnej sieci – był dyrektorem Banku Polskiego w czasie Powstania Listopadowego oraz przyjacielem Chopina. Możemy jednak przypuszczać, że to nie ten sam Grzymała, który bawił ostatnio na Krymie. Inny członek polskiej delegacji, Paweł Rzemiński, podpadł tym, że stwierdził, że będąc na Ukrainie 4 lata temu widział chaos i bałagan, natomiast na Krymie – „rosyjski porządek”.

„A może się mylę” – pisze Jadwiga Chmielowska – „może to faktycznie byli dziennikarze […]”. Kończy jednak takim oto stwierdzeniem (pisownia i interpunkcja cały czas zgodna z oryginalnym tekstem): „No cóż odnoszę wrażenie, że niektórzy za rosyjskie pieniądze zrobili sobie wycieczkę na Krym. Dlaczego jednak postanowili skompromitować polskich dziennikarzy”. I, na sam koniec, pada już konkretna groźba: „A może nasze służby wywiadu, czy ABW powinny się zająć amatorami takich wycieczek?”.

W tekściku nie chodzi oczywiście o to, czy osoby, o których mowa, są dziennikarzami, działaczami jakichś marginalnych organizacji, czy po prostu nikomu nie znanymi osobami prywatnymi. Chodzi o fakt, że byli na Krymie, i w pewnym sensie – w imieniu swoim, bo na pewno nie w imieniu całego narodu polskiego czy polskiego państwa – legitymizowali w ten sposób przynależność Krymu do Rosji. A taki pogląd, w myśli PiS-owskiej ideologii, jest grzechem śmiertelnym.

Rozumowanie w taki właśnie sposób świadczy nie tylko o dogmatyzmie i zacietrzewieniu, stanowiącym najbardziej rażący słaby punkt polityki zagranicznej partii władzy. Świadczy też o odmawianiu prawa do samostanowienia i negowania zasad demokracji. Jeżeli półwysep w 60% zamieszkują Rosjanie (a w mniej niż 25% - Ukraińcy), którzy w zdecydowanej większości popierają powrót regionu do swojej ojczyzny – to trzeba taką decyzję zaakceptować.

Nie można też negować argumentów historycznych, przemawiających za przynależnością Krymu do Rosji. Można oczywiście być przeciwnikiem przyłączenia Krymu do Rosji i przeciwnikiem Putina. Ale czynienie z antyrosyjskiej ideologii dogmatu politycznego porównywalnego do prawdy objawionej świadczy tylko o politycznym sekciarstwie. Jeżeli się przekonuje, że wszyscy, którzy nie sympatyzują z banderowską Ukrainą i jej elitami władzy, gloryfikującymi zbrodniarzy, ludobójców z SS, OUN-UPA i mniejszych bandyckich formacji – to zdrajcy, agenci czy „pożyteczni idioci” – to nie pozostaje żadne pole do jakiejkolwiek dyskusji i szukania drogi do porozumienia. Sekciarstwo i zacietrzewienie dzielą i skłócają. Tyle, i tylko tyle.

A na koniec: osobiście byłem na Krymie dwa razy: 10 lat temu i w lipcu ostatniego roku. Potem przejechałem przez Cieśninę Kerczeńską do „starej” Rosji, i dalej nad Bajkał. Po raz trzeci. Na Ukrainie bywam od dawna, każdego roku co najmniej ze dwa razy. W Rosji, począwszy od Moskwy i Petersburga, poprzez Syberię i Bajkał, aż po Władywostok – byłem chyba cztery razy po kilka tygodni. Wszystko za własne pieniądze. Postawię więc pytanie: czy jestem agentem Putina, czy raczej „pożytecznym idiotą” – a może jednak pachołkiem junty kijowskiej i neobanderowców? Czyim agentem jestem – Kremla, czy Kijowa? Moim skromnym zdaniem – ani jednym, ani drugim. Ale być może się mylę. Osobiście nie wierzę też, by jakakolwiek organizacja w Polsce finansowana była z Kremla – a już na pewno nie te marginalne, liczące po kilkadziesiąt czy kilkaset aktywnych działaczy. Ale może i pod tym względem się mylę?
Michał Soska

Na zdjęciu: Mateusz Piskorski
http://sdp.pl/felietony/12334,polacy-w-sluzbie-kre..., 28.01.2016.