Fatalizm i infantyzlim

beck.jpg
„W ciągu lat 30. XX wieku Polska przez swoją politykę wielokrotnie blokowała zbudowanie koalicji przeciwko Niemcom hitlerowskim” – powiedział Siergiej Andriejew, a ambasador Rosji w Polsce. I co niby w tym zdaniu jest nieprawdziwego? Na jego prawdziwość można wskazać co najmniej trzy przykłady” – pisze Konrad Rękas.

Jako znany przeciwnik zdrowego stylu życia miałem kiedyś internetową scysję z pewnymi cyklistami. – Hahaha! Jakim cudem to rowerzysta może stanowić zagrożenie w ruchu drogowym, skoro to on ucierpi w wypadku?! – pytali triumfująco. A ja zrozumiałem po raz kolejny jak ciężko jest Polakowi i po polsku wytłumaczyć skomplikowaną sieć powiązań sprowadzających się do tak trudnych pojęć jak „odpowiedzialność”, „wina”, „przyczyna”, „skutek”, „wpływ”, „ciąg przyczynowy”.

Taką samą refleksję miałem zresztą oglądając przeprawdziwy i całkiem zabawny skecz Kabaretu Hrabil, w którym bohaterka najpierw krzyczy do stojących nieopodal byczków „cwele, cwele!”, a na końcu scenki zanosi się płaczem do pobitego towarzysza „Daaaaaarek, ty tu sobie leżysz, a mnie biiiijąąąą!”. Tą kobietą i tymi rowerzystami są wszyscy oburzający się ostatnią wypowiedzią rosyjskiego ambasadora Siergieja Andriejewa.

Wiara, wina, odpowiedzialność

Ze zdania „Polityka Polski doprowadziła do tej katastrofy we wrześniu 1939 roku, bo w ciągu lat 30. XX wieku Polska przez swoja politykę wielokrotnie blokowała zbudowanie koalicji przeciwko Niemcom hitlerowskim. Częściowo Polska była więc odpowiedzialna za tę katastrofę, do której doszło we wrześniu” zrozumiano i podano Polakom do wierzenia celowo bulwersujące „Polska winna wybuchu II wojny światowej”.

I zrobiono to bezkarnie, bo Polaków lata grafomanii dziennikarskiej, politycznej, historycznej oduczyły rozróżnienia co to „wina” (czyli pojęcie moralne, z natury apolityczne, acz używane w propagandzie – np. w procesie norymberskim), a co „odpowiedzialność” (czyli rozumienie następstw własnych działań). Naszym rodakom wszystko to wydaje się austriackim gadaniem, zaciemniającym tylko jasne i świetliste pojęcia. „Jak my możemy być za cokolwiek odpowiedzialni, przecież to nas napadli!” - powtarzamy. Właśnie jak ta spoliczkowana pannica ze skeczu.

Tak jak Andriejewa – tak w swoim czasie zupełnie nie zrozumiano w Polsce Pata Buchanana, który mówił przecież bardzo podobnie – że nie może dojrzały europejski naród nie widzieć swego wpływu na wypadki międzynarodowe, w których uczestniczy. Tymczasem w Polsce wykształciła się cała szkoła historyczna, w myśl, której a to nas ktoś rozbierał, a to najeżdżał, a to okupował – a my z tym wszystkim nie mieliśmy nic wspólnego – oczywiście poza byciem niewinnymi ofiarami. To już coś więcej nawet niż fatalizm dziejów – to jest historyczny infantylizm skutecznie imprintowany Polakom.

Naprawdę nie chcieliśmy

Zamiast histeryzować (bo przecież o to chodzi tym, którzy doprowadzili do kolejnej eskalacji, rozpoczętej zniszczeniem pomnika gen. Czerniachowskiego) – zastanówmy się co konkretnie powiedział rosyjski dyplomata. „W ciągu lat 30. XX wieku Polska przez swoja politykę wielokrotnie blokowała zbudowanie koalicji przeciwko Niemcom hitlerowskim” – powiedział Andriejew. I co niby w tym zdaniu jest nieprawdziwego? Na jego prawdziwość można wskazać co najmniej trzy przykłady: odrzucenie przez Piłsudskiego zgłoszonej przez Ludwika Barthou koncepcji Paktu Wschodniego wiosną 1934 r. (co ułatwiło Hitlerowi rozpoczęcie polityki ekspansji), zablokowanie przez Becka uruchomienia międzynarodowej sowiecko-francuskiej pomocy dla Czechosłowacji w 1938 r. (to co miałoby wymiar odstraszający wobec III Rzeszy przy symbolicznym tylko zaangażowaniu wszystkich zainteresowanych), wreszcie odrzucenie możliwości zawarcia w 1939 r. czwórporozumienia brytyjsko-francusko-sowiecko-polskiego blokującego Hitlera, co otworzyło bezpośrednio drogę do Paktu Ribbentrop-Mołotow.

To są fakty – konkretne propozycje i możliwości podjęcia próby powstrzymania Hitlera i przynajmniej odwleczenia wojny, odsunięcia jej od Polski. Co więcej, nawet na poziomie średniej znajomości historii nikt przecież nie zaprzeczał tym polskim wyborom – co najwyżej uzasadniając, czy usprawiedliwiając podejmowane przez sanacyjnych prominentów decyzje. Ich obrońcy mają zresztą w zanadrzu tylko jedną opowieść, w dodatku mityczną, o rzekomym pomyśle wojny prewencyjnej, zrodzonym w głowie Piłsudskiego, a odrzuconym przez Zachód. Sęk w tym, że nie ma żadnych dowodów, by projekt taki w ogóle istniał – w przeciwieństwie do tych planów, które świadomie udaremniliśmy, potwierdzając niestety zarzut Andriejewa.

Sytuacja Polski 17. września 1939 r.

Dalej – kwestia szczególnie drażliwa, czyli 17 września. Polacy widzą go tylko jako skutek tajnego protokołu Paktu, natomiast nie zawracają sobie głowy stawieniem pytania po co on w ogóle był Stalinowi potrzebny. „Ot, widać gensek miał taki zaborczy charakter”... Tymczasem analizując rzecz na zimno, z sowieckiego punktu widzenia tak to właśnie wyglądało – wydłużano Wehrmachtowi drogę do Moskwy, a przede wszystkim zyskiwano czas – czyli zrobiono to, czego na swoją i naszą zgubę nie uczyniły władze II RP. Martyrologia Kresów, moralny wymiar, tragiczne następstwa z Katyniem włącznie – niczego nie zmieniają w politycznym i militarnym opisie całego tego manewru.

Takim właśnie, jak zaprezentował ambasador Andriejew. On mówi o polityce, jego krytyce – zaś szczerze lub cynicznie doszukują się jej „wymiaru moralnego”, czyli dziewictwa w burdelu. I znowu zresztą – te wszystkie dramatyczne wydarzenia i kolejne polskie ofiary jakoś spływają po naszej refleksji historycznej – oczywiście, ich popełnienia winni są sprawcy. Ale kto ponosi odpowiedzialność, że takich do zagrożeń dla Polski polskości w ogóle doszło? Czy także nie my sami, nie rządzący nami i ich błędy? I czy to nie może się znów powtórzyć, a raczej czy już się nie powtarza na naszych oczach?

Dalej – czy „17 września 1939 roku los wojny między Niemcami a Polską był już przesądzony”? Przykro jest w Polsce pisać prawdę – ale tak, tak właśnie było. Militarnie byliśmy pobici, Wojsko Polskie nie działało jako zorganizowana siła, Naczelny Wódz utracił zdolność kierowania jego pozostałościami, rząd i administracja nie sprawowały kontroli nad większością kraju. To nie jest, niestety ani sowiecka, ani niemiecka propaganda – ale smutne fakty. Ani obrona Warszawy, ani bitwa pod Kockiem, ani nieszczęsny „Hubal” nie zmieniają faktu, że nie tylko nie wytrzymaliśmy deklarowanych aliantom sześciu miesięcy, ale upadliśmy już po dwóch tygodniach, nie dając szans na rozwinięcie francuskiej ofensywy, która – również wbrew polskim mitom, rzeczywiście była szykowana.

Tu bowiem jest słaby punkt całego wywodu dyplomaty, zresztą bez znaczenia dla całości i nie budzący w Polsce kontrowersji – zgodny bowiem z żywym i u nas mitem „zdrady Zachodu”. Zdanie „Przedtem było już jasne, że Wielka Brytania i Francja nie przyjdą na pomoc Polsce” to cokolwiek nadużycie, wbrew bowiem opowieściom o „dziwnej wojnie” – alianci działania, do których się zobowiązali na polu militarnym – rzeczywiście prowadzili, a że miały one ograniczoną tylko uciążliwość dla niemieckiego agresora, to również pochodna zbyt szybkiej klęski Polski w kampanii wrześniowej. Przyznać zresztą trzeba, że ten akurat mit jest propagandowo całkiem użyteczny – uczy bowiem i dziś nieufności do wszelkich sojuszy, choć lepiej może by było, gdyby był odczytywany dosłownie, jako nauczka by mierzyć siły na zamiary, unikać sojuszy – ale tych egzotycznych i jak zwykle – zastanawiać się nad ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ za własne działania.

Śpiący musi się obudzić

Cała ta awantura o parę zdań prawdy historycznej, z wzywaniem ambasadora do znanego speca od prostowania dziejów, ministra Schetyny włącznie - wyraźnie ma służyć przykryciu głównej, jeszcze bardziej cierpkiej i prawdziwej konstatacji Andriejewa – że „stosunki polsko-rosyjskie są najgorsze od 1945 roku”. To prawda, ani po zajęciu Polski przez Sowiety, ani po 1989 r. poziom agresji, jej nachalne upowszechnianie, wywoływanie kolejnych punktów zapalnych nie sięgnęły obecnego stanu. Zburzenie pomnika Czerniachowskiego miało przynieść określone efekty dyplomatyczne – i przyniosło, awantura toczy się własnym rytmem, zgodnie z dyplomatycznymi procedurami. Wiele na to nie poradzimy, w końcu III RP wciąż idzie w forpoczcie III wojny światowej. Ważne jednak, że wśród propagandowego bełkotu można usłyszeć zdania, które przynajmniej niektórych co bardziej świadomych Polaków w ten czy w inny sposób może w końcu wybudzą z fatalistyczno-infantylnego snu o historii i polityce.

Konrad Rękas