Komu potrzebna jest Grupa Wyszehradzka?

orbanviktor.jpg
Po tym, jak w Polsce rozległo się słowo ZDRADA, po tym jak podczas obrad szefów resortów spraw wewnętrznych nasz kraj zagłosował w sprawie imigrantów inaczej niż Czechy, Słowacja i Węgry – w mediach posypały się gromy, ale nie na panią Piotrowską i Kopacz, ale na Orbana. Zemana i Fico.

Senator PO Janusz Sepioł napisał na profilu fb: „Tyle przez lata romantycznych złudzeń w sprawie Grupy Wyszehradzkiej! A jednak teraz widać wyraźnie, że Polsce nie po drodze z byłymi sojusznikami Hitlera… Inne losy, inna wrażliwość, inne interesy!”. Ten „finezyjny” i „dowcipny” tekst senator szybko usunął, ale w internecie nic nie ginie. Z kolei pan Włodzimierz Cimoszewicz, rozsądny w latach 90. polityk lewicy (jako jeden z niewielu sprzeciwił się agresji NATO na Jugosławię!) dzisiaj stoi w czołówce proamerykańskiej wazeliniarskiej kamaryli. Ten z kolei mówi: „A co do zdrady – to kosmiczna brednia. Nasi partnerzy z Grupy od kilkunastu miesięcy zajmowali coraz bardziej kontrowersyjne stanowisko w sprawie rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie. Zaproszenie Putina do Budapesztu i wyjazd Zemana do Moskwy pokazywały, że oni mają w nosie spójność polityczną Grupy Wyszehradzkiej”. Ton wypowiedzi Cimoszewicza wskazuje na to, że traktuje on przywódców Czech. Słowacji i Węgier niczym przestępczą bandę trojga.

Powstaje więc pytanie – skoro tak, skoro Węgry i Słowacja to „sojusznicy Hitlera” (no bo chyba Czech pan senator nie miał na myśli, ale kto wie?), a w dodatku w Budapeszcie rządzi „faszystowski reżim” (prawie oficjalna wykładnia Wielkiego Brata zza Oceanu), wreszcie przywódcy tych trzech państw spotykają się z wrogiem ludzkości i postępowego świata Putinem – to po jakiego licha Ewa Kopacz jechała na szczyt Grupy Wyszehradzkiej, na którym przyjęto wspólne stanowisko ws. uchodźców, które potem Polska nagle porzuciła? To wtedy w naszym rządzie i jego otoczeniu nie widziano, kto to jest Fico i Zeman, nie wiedziano, że Orban to „faszysta” spotykający się z Putinem, i w ogóle, że to państwa kolaborujące z Hitlerem (jakoś Estonia, Łotwa ani Litwa jako kolaborujące z Hitlerem, ani prohitlerowska Ukraina panom z PO nie przeszkadzają)?

Oczywiście to są ponure żarty – poziom tej argumentacji mającej na celu usprawiedliwienie niesmacznego i kompromitującego zachowania polskiej delegacji w Brukseli – jest przeraźliwe niski. Ciekawi mnie jedno – czy w ogóle nasza delegacja w Brukseli w osobie pani Piotrowskiej powiadamiała partnerów z Grupy Wyszehradzkiej, że zmieniamy stanowisko, czy też dowiedzieli się oni o tym podczas głosowania? Dlaczego nie zwołano szybkiego zebrania, żeby uzgodnić stanowiska i przedyskutować nową sytuację?

Pytanie jest także szersze – czy dalej „bawimy” się w Grupę Wyszehradzką? Wypowiedzi z kręgów PO i okolic świadczą o tym, że najchętniej byśmy się od tych krajów odcięli. Już raz „doradcy” pani premier kazali jej świadomie i na oczach mediów podać Viktorowi Orbanowi czarna polewkę, z czego wyszła prawdziwa „wiocha” i kompromitacja. Teraz posunęli się dalej – oskarżyli naszych południowych sąsiadów o kolaborację z Hitlerem i Putinem (nie wiadomo co jest dla nich gorsze). To nie jest poważna polityka, to jest haniebna polityka.

PiS gra teraz rolę „przyjaciela” Grupy Wyszehradzkiej, bo wie, że Polsce wzrosły nastroje prowęgierskie i proczeskie, wie, że ludzie dostrzegli wspólnotę interesów właśnie w tej grupie państw, a nie z krajami bałtyckimi, o Ukrainie nie wspominając. Ale pamiętajmy, że nie tak dawno politycy PiS odżegnywali się od Orbana, a Kazimierz Michał Ujazdowski, przewidywany na szefa MSZ, oznajmił, że z Orbanem Polski nie łączy… nic. Zadam pytanie – a co łączy nas z Ukrainą czy Estonią?

Dlatego stanowisko PiS jest obłudne – atakuje PO, ale sądzi na temat Orbana i Zemana to samo. Zarzucać premierowi Węgier, że nie zerwał kontaktów politycznych z Rosją i Putinem, tak jak tego nie zrobiły Francja, Niemcy czy USA – jest ilustracją wyjątkowego zdziecinnienia polskiej polityki zagranicznej, jej nieprofesjonalizmu i zwyczajnej głupoty. Nie przypadkiem gazety węgierskie uznały, że polska polityka jest dysfunkcyjna. Teraz opinia publiczna w tych krajach ma jeszcze jeden dowód na to, że Polska nie jest poważnym partnerem, że ideologiczna rusofobia i niezdolność do samodzielności sprawiają, że współpraca nie jest możliwa. Tonujące wypowiedzi polityków czeskich i węgierskich świadczą jednak o tym, że w Pradze i Budapeszcie jeszcze nie utracono resztek nadziei. Może liczy się tam na prezydenta Andrzeja Dudę. Być może, choć filozofia polityczna prezentowana np. przez Krzysztofa Szczerskiego nakazywałaby daleko posuniętą ostrożność.

Jan Engelgard