Kiosk z tygodnikami (1)

okl wsieci.jpg

Postanowiłem dzielić się z czytelnikami moimi spostrzeżeniami po lekturze kliku tygodników, które stale czytam. Bądź co bądź „Myśl Polska” to nie pępek świata, nie możemy zamykać się getcie, tym bardziej, że na przestrzeni ostatniego roku zachodzą w publicystyce na tzw. prawicy ciekawe zjawiska.

Zacznę od tygodnika, który uważam w tej chwili za najciekawszy – „Do Rzeczy” Pawła Lisickiego.
Tygodnik ten jest propisowski, ale nie pisowski. Pozwala sobie nie raz na krytykę tej partii a nawet samego Jarosława Kaczyńskiego. Jest więc od tej strony naprawdę niezależny. Druga uwaga – podczas tzw. kryzysu ukraińskiego tygodnik ten zdobył się na publikowanie krytycznych artykułów na temat polskiej polityki wschodniej, a nawet opublikował paszkwil antyukraiński autorstwa Waldemara Łysiaka. Oczywiście nie jest to nurt dominujący, ale na tyle widoczny, że zmusił Bronisława Wildsteina do odejścia do konkurencji, czyli do ortodoksyjnego tygodnika „wSieci”.

Drugim pozytywnym zjawiskiem w tygodniku „Do Rzeczy” jest zauważenie przez kilku publicystów, głównie zaś Piotra Semkę, 70. rocznicy powrotu Polski nad Odrę i Nysę. Semka opublikował dwa teksty, w których upomniał się o myśl zachodnią, o przypomnienie tych wielkich wydarzeń jakimi były masowe migracje ze wschodu na zachód. Niejako w tym samym nurcie lokują się artykuły tegoż Semki o zagrożeniach dla Polski wynikających z działalności Ruchu Autonomii Śląska i tzw. ślązakowców. Ten sam temat podejmuje w najnowszym numerze „Do Rzeczy” (nr 39/2015 z 28.09.2015) Andrzej Krzystyniak w tekście „Usuwanie polskości” o ofensywie tzw. śląskiego spojrzenia historię Śląska i faktycznym wyrugowaniu spojrzenia polskiego. Autor pisze w zakończeniu:

„Bezszelestnie minęła w tym roku 70. rocznica powrotu Polski na granicę na Odrze i Nysie – rzecz jasna jako relikt komunistycznej propagandy. Polska zdaje się wstydzić tego, co wydarzyło się po 1945 r. Terror medialny wobec tych, którzy usiłują samotnie polemizować i bronić polskiej racji stanu – bo jak inaczej nazwać obronę polskości? – jest jedną z przyczyn bierności elit. Drugą jest brak opieki ze strony państwa, brak zainteresowania, tworzenia i wspierania instytucji dających oparcie naukowcom. Można przypuszczać, że opuszczoną przestrzeń badawczą zagospodaruje konkurencja. Polskość jest zwijana w coraz szybszym tempie, a ci, którzy usiłują to powstrzymać, działają w sposób spontaniczny i samotnie. Przypomina to trochę powstańców śląskich, którzy we wrześniu 1939 r. nie mogli się pogodzić, iż ich Śląsk, o który walczyli, zajmują Niemcy. Usiłowali więc samorzutnie powstrzymać niemiecką armię zła. Ich historia również obecnie jest zacierana.

Dzisiaj na Śląsku można odnieść wrażenie, że wojna tam rozpoczęła się w 1945 r. od straszliwych represji zadawanych przez Sowietów i... Polaków. Rzecz jasna nie protestuje nikt, to zbyt duże ryzyko. A państwo polskie? Milczy lub wręcz popiera szkodliwe dla Polski tezy. Politycy, nawet ci ze Śląska, już dawno skalkulowali, że w te sprawy nie warto się mieszać. A nuż palnie się coś głupiego, co media zinterpretują na swoją modłę? A zatem zdzieranie polskości trwa nadal, bez większego protestu. Jak długo jeszcze potrwa i ile czasu trzeba, by usunąć ją całkowicie?"

Oczywiście dominuje w tym numerze tematyka imigracyjna, w jednoznacznym naświetleniu. Rafał Ziemkiewicz zastanawia się nad tym, jakie cele przyświecają brukselskiej oligarchii („Europejski zamach stanu”). I konkluduje:

„Nawet jeśli – za wcześnie, by być czegoś pewnym – europejscy oligarchowie stracili niemieckiego sojusznika i operacja przeczołgania wschodniej Europy za pomocą „uchodźców" i pod pozorem „europejskiej solidarności" nie pójdzie zgodnie z założeniami, warto zadać formalnym przywódcom Unii Europejskiej kilka pytań bardzo jasno sformułowanych. Powinni się oni wytłumaczyć z postępowania w tym kryzysie – w świetle tego, co wiemy – niedającego się wyjaśnić racjonalnie i w sposób, który by ich nie dyskredytował. Takich wyjaśnień powinni żądać na europejskim forum przywódcy państw narodowych, i to tak, aby odpowiedź musiała być udzielona publicznie. Wszystko wskazuje bowiem na to, że mamy do czynienia ze swoistym zamachem stanu europejskich elit, dążących do wyemancypowania się spod kontroli i dopuszczających się w tym celu działań niosących skrajne niebezpieczeństwo dla całej Europy, bezpieczeństwa i dobrobytu tworzących ją narodów”.

kiosk.jpg

I tak naturalnie przechodzę do drugiego tygodnika – „wSieci” braci Karnowskich. Przyznam, że lektura tego pisma wymaga nie raz mocnych nerwów – pismo prawie nie różni się od „Gazety Polskiej”, która w powszechnej opinii wielu ludzi na prawicy jest dodatkiem do „Gazety Wyborczej” (co wykazała wspólna linia obu tytułów w sprawie Ukrainy i Rosji). Denerwujący jest histeryczny, tabloidowy styl pisma i szczególny dobór autorów. Tym niemniej i tu można znaleźć coś ciekawego. Okładka najnowszego numeru epatuje wziernikiem Ewy Kopacz w islamskiej burce opasanej laskami dynamitu z podpisem: „Ewa Kopacz urządzi nam Piekło na rozkaz Berlina”. To typowy chwyt dla tego pisma – okładka niczym w „Superexpressie”.

Ale nie to jest w tym numerze najważniejsze. W wywiadzie udzielnym braciom Karnowskim prof. Jan Żaryn próbuje odpowiedzieć na pytanie – jak być endekiem w PiS-ie. Jak wiadomo, Żaryn startuje w wyborach do Senatu RP z okręgi podwarszawskiego z listy PiS-u. Oto co mówi na ww. temat:

„Szkoła[ Romana Dmowskiego] zamykająca się w krótkim pytaniu: co to znaczy, że jestem Polakiem? I w odpowiedzi: „Jestem Polakiem, to znaczy, mam obowiązki polskie". To zdanie ma w sobie zgłoski, które muszą wypełnić treścią zarówno politycy, jak i społecznicy. Mam poczucie, że mogę być dobrym łącznikiem między tymi dwoma światami. Wiem, że nie grozi mi zamknięcie się w szklanej wieży polityki. Chcę, żeby aktywność instytucji państwowych i aktywność obywateli patriotów się wspierały.

Pod tymi zadaniami podpisałoby się zapewne całe PiS.
- W elitach polskich silną tendencją jest kopiowanie propaństwowej wizji piłsudczykowskiej. Ma ona swoje znaczenie, ma swoje osiągnięcia. Jeżeli jednak ta wizja nie jest kontrowana wizją samorządno-obywatelską, to może dojść do różnych wypaczeń, które nie tylko nie będą wspierały narodowego rozwoju, lecz staną się swoistym „antymotorem". Tak, jak to było za sanacji.

Mówiąc nieco żartem, chce pan pilnować pisowskich piłsudczyków z pozycji endeckich?
- Coś w tym jest. Warto politykom pokazywać, że repertuar polskich zachowań politycznych jest szeroki, że nie musimy się odwoływać jedynie do II Rzeczypospolitej z okresu po 1926 r. Możemy i powinniśmy odwoływać się także do II Rzeczypospolitej sprzed zamachu majowego.

Te trumny, Piłsudskiego i Dmowskiego, wciąż są żywe?
Giedroyc, choć już nie żyje, wciąż ma rację. Naród polski jest, podobnie jak Żydzi, narodem historycznym. Mamy duże umiejętności w odwoływaniu się do przeszłości jako do fundamentu wspierającego decyzje współczesne. Historią się wspieramy i za pomocą historii się porozumiewamy. To wielka wartość.

Czy dziś Piłsudski i Dmowski nie byliby razem, w jednym obozie? Po drugiej stronie jest obóz narodowego nihilizmu, którego za ich czasów nie było, na pewno nie w takim nasileniu.
- Tak by mogło być. Obaj mają wielki dorobek, który wówczas rodził się we wzajemnym napięciu, ale który dziś możemy oceniać z punktu widzenia pożytku dla współczesności i przyszłości. Trumny żyją, ale niekoniecznie muszą rywalizować, mogą się wzajemnie wspierać.

Środowiska narodowe rywalizujące z PiS chyba tak nie uważają.
- Prawo i Sprawiedliwość jest dziś największą partią patriotyczną, dziś w opozycji. | za chwilę zapewne u władzy. I nawet jeśli działaczom PiS to się nie podoba, to muszą | pamiętać, że ponoszą odpowiedzialność za wszystkie polskie tradycje myśli ideowej. I jeśli dziś nurt narodowy jest słaby, bywa kompromitowany, to nie znaczy, że i PiS nie jest odpowiedzialne za żywotność tego nurtu. Jest odpowiedzialne”.

Tyle Żaryn. Rzecz jasna to tylko dotknięcie tematu – są w tej sprawie dwie szkoły – jedna uważa, że PiS to zaprzeczenie prawie wszystkiego czym jest tradycja Narodowej Demokracji, reprezentanci drugiej szkoły próbują szukać punktów stycznych. Jeśli już to najwyżej można je znaleźć w konserwatyzmie obyczajowym, który wyznaje PiS. Natomiast takie elementy – jak geopolityka, realizm polityczny, stosunek do Ukrainy i Rosji, do PRL i dekomunizacji – to są zasadnicze różnice. Problem jednak w tym, że część współczesnego obozu narodowego tak naprawdę od PiS-u wcale się nie różni. Np. do niedawna Ruch Narodowy głosił te same postulaty i hasła co PiS, dopiero kwestia ukraińska nieco to zmieniła. Jedno jest pewne – ludzie o poglądach narodowych są PiS-ie obecni, ale wpływu na jego politykę nie mają.

Jeszcze dwa teksty w najnowszym numerze „wSieci” zwróciły moją uwagę – to reportaż Doroty Niedźwieckiej z Rajdu Katyńskiego („Polskość i syberyjskie ostępy) oraz artykuł Witolda Gadowskiego „Islam ma dziś twarz Kalifatu”. W pierwszym rzecz nie do uwierzenia – autorka musiała napisać coś pozytywnego o Rosji (proszę porównać ten reportaż z zamieszczonym w najnowszym numerze MP tekstem Agnieszki Piwar). Niedźwiecka pisze:

„Mocno wryły mi się w pamięć reakcje ludzi napotkanych po drodze na Syberię. Ich szacunek, gdy się dowiadywali, że pokonujemy dziesiątki tysięcy kilometrów po to, by upamiętnić naszych przodków – dodaje Andrzej Niedźwiecki, fotoreporter i fotograf. – Na przykład w Jarosławiu na dalekim wschodzie wzbudziliśmy szczególne zaciekawienie. Eskortowani przez rosyjską policję, z rykiem silników zatrzymaliśmy się przed budynkiem ruiną, by przy ołtarzu polowym wziąć udział we mszy św. Wyglądaliśmy jak wojsko: 70 mężczyzn i kilka kobiet w strojach motocyklistów, z orłami na plecach. „Skąd jesteście?", „Po co przyjechaliście?" – pytali miejscowi, gdy składaliśmy pod budynkiem biało-czerwony wieniec i zapalaliśmy znicze. Nawet najstarsi z naszych rozmówców nie wiedzieli, że w tym domu mieszkał abp Zygmunt Szczęsny-Feliński, zesłany do Jarosławia na 20 lat za to, że odważnie wzywał cara do oddania naszemu narodowi wolności”.

Ani słowa złośliwości i typowego w tym piśmie plucia na Rosję. Ale po prawdzie trudno było napisać co innego po tym, co w Rosji przeżyli nasi motocykliści, jakże inaczej zachowały się władze Rosji w porównaniu z władzami RP.

Ale nie mniejsza niespodzianka czeka nas w tekście drugim. Oto autor ujawnia, że przerzutem na masową skalę islamskich imigrantów do Europy zajmuje się… ukraińsko-gruziński gang. „Uciekinierzy” szmuglowani przez tenże gang są już na Ukrainie. Jak to – można spytać – to Ukraińcy i Gruzini, nasi „strategiczni” przyjaciele szmuglują islamistów przez „demokratyczną” Ukrainę? Ano, jak widać, czasy się zmieniają, nie można zaklinać rzeczywistości.

Tyle „w Sieci”. Przejdźmy do tygodnika „Przegląd”, pisma lewicowego, ale czytanego w kręgach narodowych ze względu na swój ostry antybanderyzm oraz realistyczne podejście do najnowszej historii Polski. W piśmie tym publikuje także najwybitniejszy umysł III RP – prof. Bronisław Łagowski, który do końca tu nie pasuje, ale nie ma dla niego miejsca w pismach mainstreamu, choć powinien znaleźć swój kącik w „Rzeczypospolitej” czy w „Do Rzeczy”. Łagowski jest niepoprawny, bo pisze nieraz teksty odbiegające od lewicowego kursu „Przeglądu”. Tak jest i tym razem – profesor zabiera głos w sprawie dyskusji o imigracji, popierając stanowisko Viktora Orbana, co w prasie lewicowej i liberalnej jest herezją. Ale jego felieton pod wymownym tytułem „Europejskie wartości przeciw Europie” jest poświęcony polemice z Rafałem Grupińskim z PO, który w Sejmie mówił o wielkich i „tolerancyjnych” tradycjach Polski Jagiellońskiej i „strasznej i nietolerancyjnej” Polsce Piastowskiej. Oto co na ten temat pisze prof. Łagowski:

„W debacie sejmowej przedstawiciel Platformy Obywatelskiej Rafał Grupiński mimo swego wykształcenia humanistycznego użył bardzo nietrafnych figur retorycznych. Zdradzają one ignorancję historyczną. Namawiał on do przyjęcia europejskich wartości, twierdząc, że są one zgodne z tradycją Polski jagiellońskiej – tolerancyjnej, gościnnej dla obcych, szanującej odmienne kultury i religie itp. Tej Polsce przeciwstawia się z reguły rzekomo jednoplemienną Polskę piastowską. Polacy w sprawach politycznych porozumiewają się nie za pomocą zdefiniowanych pojęć, lecz odwołując się do tego, co rzekomo zdarzyło się w historii. Może tak zostać, ale żeby takie nawiązania do przeszłości miały jakąś wartość, muszą mniej więcej odpowiadać temu, co się rzeczywiście zdarzyło.

Polska jagiellońska nie była tolerancyjna wobec niekatolickich wyznań, prawosławni byli dyskryminowani, przemocą i nieraz okrutnie nawracani na katolicyzm (w „Pamiątkach Soplicy” Wołodkowicz, postać historyczna, mówi: dwóch schizmatyków nawróciłem na wiarę katolicką, trzeci pod batogiem umarł). Historia Rusi (dziś Ukrainy) to ciąg okrutnych buntów i równie okrutnych akcji odwetowych, a burzenie cerkwi i obóz koncentracyjny dla nacjonalistów ukraińskich w okresie międzywojennym oraz rzezie lat 40. to przedśmiertne paroksyzmy Polski jagiellońskiej. Najbardziej zwięzłą i prawdziwą charakterystykę tej Polski dał von Clausewitz w swoim sławnym dziele: „Czy istotnie można było Polskę uważać za państwo europejskie...? Nie! Było to państwo tatarskie, które zamiast leżeć jak Krymskie, nad Morzem Czarnym, na granicy państw europejskich, leżało między nimi, nad Wisłą. Nie chcemy tu ani mówić z pogardą o narodzie polskim, ani usprawiedliwiać rozbioru kraju, lecz jedynie rozważyć rzeczy takimi, jakimi są. (...) Istotna zmiana tego stanu tatarskiego mogłaby być dziełem połowy czy też całego stulecia, gdyby przywódcy tego narodu tego chcieli. Byli jednak nazbyt Tatarami, aby życzyć sobie takiej zmiany. Ich nikczemne obyczaje państwowe i niezmierzona lekkomyślność szły ręka w rękę i w ten sposób pędzili w przepaść" („O wojnie”).

W Polsce piastowskiej dokonana została olbrzymia praca przyswajania cywilizacji zachodniej – od chrześcijaństwa do narzędzi wytwórczych, budownictwa i uniwersytetu. Nie zawsze była niepodległa, znajdowała się w niemieckiej strefie wpływów, a w pewnych okresach należała do Rzeszy – historycy w tej kwestii nie są zbyt wymowni, ale wiedzą, jak było. Polska jagiellońska uległa wpływom wschodnim. Dzisiejsza Polska jest piastowska w sensie terytorialnym, ale także gospodarczym, bo zależy od Niemiec – z pożytkiem dla siebie. Jednakże klasa polityczna, wbrew podstawowym realiom, ma w głowie pełno Krymu i Ukrainy"

Nic dodać, nic ująć. Odnotujemy jeszcze ważny tekst prof. Andrzeja Romanowskiego z Krakowa („Polityka a czytanie historii”) o polskim myśleniu historycznym w kontekście rosyjskim. Autor rozprawia się z polskimi mitami na ten temat i piętnuje współczesna rusofobię. Jak się wydaje prof. Romanowski, które do tej pory publikował w „Gazecie Wyborczej” przeniósł się do „Przeglądu”. Jego poglądy na temat Rosji i polityki polskiej wobec niej wyraźnie nie pasowały do linii wytyczonej przez Adama Michnika.
Tyle na dzisiaj o najnowszych tygodnikach.

Jan Engelgard

Dzial: