Moje Kielce literackie

Kielce_dawny_rynek.jpg
- Tematem dzisiejszego zebrania jest omówienie zbioru poezji, obecnego wśród nas, Józefa Andrzeja Grochowiny, studenta miejscowej uczelni. O zabranie głosu proszę krytyka literackiego, Bohdana Furnala.
Pan Bohdan Furnal w superlatywach ocenił debiutanckie wiersze. Powoływał się na Przybosia i Peipera, Różewicza i Herberta. Dokonał analizy środków poetyckich, zauważył ciekawą metaforykę i niepokój egzystencjalny młodego poety.

- Właśnie o ten niepokój się rozchodzi – powiedział zagniewany Miernik. – Czytam u naszego młodego poety, że ojczyzna, to jest, uwaga cytuję „pal przypadku wbity w plecy”. Koledzy, tak nie można pisać o ojczyźnie. Czy major „Hubal”, który poświęcił życie w obronie tej ziemi mógłby myśleć o ojczyźnie, że to przypadek? Czy tak mogli myśleć partyzanci od „Ponurego” w zimie, w lesie na Wykusie, kiedy szykowali się na śmiertelny bój? Czy tak mogli odczuwać mieszkańcy wsi Michniów, którzy za pomoc partyzantom zostali rozstrzelani, a ich chałupy spalone? Nie, koledzy, nie mogli. Dlatego uważam, że ten wiersz jest szkodliwy społecznie, budzi defetyzm i kosmopolityzm. Takim wierszom, my mówimy nie, koledzy!
Kategoryczny ton Miernika spowodował, że zapanowała cisza jak makiem zasiał. Pod sufitem słychać było brzęczenie muchy, mecenas Krawczyński wsadził dłoń w kieszeń marynarki i bawił się bilonem, przesiewając monety pomiędzy palcami i pobrzękując nimi z cicha.
Miernik przeczytał kontrowersyjny fragment wiersza:

- tu pozostanę
mimo wycieczek
przewidzianych na lata i złote
bo możliwe nie jest
uciec z tym palem
przypadku w plecach –
o jak skutecznie
przyojczyźnił cię
do ziemi twej
w każdej grudce

- Ale przecież ten wiersz mówi właśnie o tym, że jesteśmy jakby skazani na swoją ojczyznę, że to przeznaczenie… - powiedziałem nieśmiało.
- Poeta mówi metaforycznie o dramacie egzystencji współczesnego człowieka, zagubionego w dobie konsumpcji i upadku wszystkich wartości tradycyjnych – próbował ratować sytuację Stanisław Nyczaj, ale tylko pogorszył sprawę.
- Więc kolega uważa, że patriotyzm się przeżył, że nie już wartością? Choćby patriotyzm pracy i budowy nowoczesnej Polski?

Józek Grochowina, pobladły ze strachu, zaczął się jąkać.
- Ja, ja, ja szanuję patriotyzm, i tych, no jak mu tam, partyzantów, i budownictwo nowoczesne, ja piszę o sobie, że mogłem się urodzić w innym kra, kraju, na, na, na przykład w Paryżu.
- Czyli wszystko jedno, gdzie się urodzisz? – zaperzył się Miernik. – A te wierzby płaczące, a muzyka Chopina, a miłość do stron ojczystych, to co, pies to jebał?
- Ja walczyłam z Niemcami. Byłam w partyzantce u „Garbatego” – wtrąciła się pani Agnieszka. – Byłam łączniczką i życie narażałam. A po wojnie budowałam zręby z towarzyszami i uciekałam przed reakcją aż do Szczecina. Bo dali na mnie wyrok. Wyrok śmierci.

- Ale ja mówię o tym, że ludzie u nas zacofani – powiedział Józek. – Nie ma tolerancji dla innych. Panuje ciemny klerykalizm i zabobon. Ja już chce pisać o czymś innym niż tylko patriotyzm, wojna i cierpiętnictwo. Ludzie w Europie żyją inaczej, nie mają uprzedzeń, dokąd będziemy wspominać tylko wojnę, Niemcy są już dzisiaj innym narodem.
- Koledzy – zakrzyknął rozpaczliwie krytyk Bohdan. – Słów Józka Grochowiny nie można odczytywać tak literalnie, to jest metafora, kontestacja, powołam się tutaj na Herberta Marcuse’a, który powiedział…
- A co nas obchodzi jakiś burżuazyjny filozof – odezwał się młody aktywista w czerwonym krawacie. – Trzeba cytować filozofów radzieckich.

Krytyk Furnal zamilkł zmieszany, stracił bowiem wątek. Ale Miernik uznał temat za wyczerpany i przeszedł do omówienia spraw bieżących, składek członkowskich, książek czekających na druk itp.
- W sumie Miernik, to złote serce – powiedział mi konfidencjonalnie pan Bohdan, który zbliżył się do mnie i usiadł na sąsiednim krześle. – Lubi podyskutować, to jego żywioł, nienawidzi martwej ciszy. Nie trzeba zbytnio brać jego słów do serca, to taki teatrzyk dyskusyjny, chodzi o to, żeby dyskutanci się rozgrzali, wymienili swoje argumenty.

Józek łapał powietrze szeroko otworzywszy usta. – Ale wieśniacy – powiedział, - A ch..j mnie obchodzą partyzanci i cała ta zasrana ojczyzna. Chciałbym się stąd wyrwać, z tego grajdoła, gdzieś w świat. Potrzebuję wolności, jak powietrza. Niedługo dostanę odpowiedź z Warszawy, w sprawie etatu dla mnie w piśmie studenckim. Tam w Warszawie odetchnę, tam ludzie są nowocześni, wolni, bez uprzedzeń.
- Ja w komunizm przestałem wierzyć w pięćdziesiątym szóstym, na zlocie młodzieży w Warszawie. Józek ma rację, że u nas jest grajdoł, przy okazji pożyczę koledze, powiedział krytyk Bohdan, zwracając się do mnie – kilka numerów paryskiej „Kultury”. Naprawdę ciekawa lektura. Odtrutka na te farmazony, jakie pieprzy nasza propaganda.

- A kolega, co pisze, wiersze? – zainteresował się pan Krawczyński moją osobą. – Ja też próbuję pisać poezję. Fascynuje mnie postać ojca Stefan Żeromskiego, chcę o nim napisać, to był zupełnie niezwykły człowiek, a tak mało o nim wiemy.
- Poezja potrzebuje nowej perspektywy – powiedział Henryk Jachimowski. – A Warszawa, cóż stolica, to także grajdoł, taki ściek, największy ściek w kraju. Wszyscy chcą mieszkać w Warszawie, bo tam blisko do wydawnictw, do redakcji czasopism, blisko władzy. Ale czy w Warszawie można napisać coś nowego, niezależnego? Tylko na prowincji można jeszcze znaleźć niszę wolności.
- Proszę koleżeństwa, zapraszam wszystkich do teatralnej Dziurki, na herbatę, kawę a może na coś mocniejszego – zahuczał tubalnie i wesoło Miernik.

Wspięliśmy się niebezpiecznie stromymi schodami na świat, który oślepił nas swoim słonecznym blaskiem i poszliśmy do Dziurki przez Rynek, na którym tryskała w górę fontanna. Szliśmy małą wąską uliczką, na końcu której widać było masywną bryłę katedralnej dzwonnicy, do głównej ulicy zwanej Sienkiewką, może trochę mniej zaplutą i brudną niż inne. Wszystkie drogi prowadziły wówczas do Dziurki, jak do świętego miasta, do Rzymu. Po zamknięciu Klubu Dziennikarza, to był nasz drugi dom, a nawet chyba, nie – na pewno, coś ważniejszego niż dom.
Cicho tam było i przyjemnie. Przyćmione światło, winiak klubowy i kawa. Za bufetem stanowcza pani Jasia z piękną córką do pomocy. W sąsiedniej sali stołówka, gdzie kucharzem był mąż pani Jasi, który kiedyś zmarł na zawał, na posterunku kuchennym.

Po jakimś czasie Józek rzeczywiście wyjechał do Warszawy, jak mi zapowiadał. Skończył Uniwersytet Warszawski, przyjęto go do ZLP, stał się znany jako tekściarz, kilka jego piosenek stało się przebojami puszczanymi często w radiu i telewizji, zarabiał w ZAiKS-ie, choć w tym względzie nigdy nie zyskał sławy i popularności Wojtka Bellona z Buska. Ale tęsknił za Kielcami. Przyjeżdżał nad Silnicę prawie co miesiąc. Był już znanym autorem piosenek, miał na koncie kilka szlagierów. Pomagał mu tam Staszek Stanik, który w Kielcach pracował jako redaktor w gazecie popołudniowej „Echa Dnia”, a potem również przeniósł się do stolicy.

Przyjaciele, pod przewodem Reny Marciniak, poetki, zmusili Józka niemal, żeby zakupił meble i urządził jakoś po ludzku swoje mieszkanie, bo pieniądze przepływały mu przez palce. Podczas wizyt w Kielcach nocował często u mnie. A tymczasem w Kielcach plotkowano o jego związku ze znaną aktorką, Anną Chodakowską, z którą się przyjaźnił i która śpiewała jego piosenki.

Potem miałem ciężki okres w życiu, rozwód, poszukiwanie pracy. Poznałem Marię, moją nową dziewczynę, planowaliśmy wspólne życie. Józek znów mnie odwiedził, cieszył się, że jakoś powoli mi się układa. W czasie szczerej rozmowy powiedział mi, że jest zakochany w pewnym młodym chłopcu. Cóż miałem powiedzieć? Domyślałem się tego, ale nigdy nie byłem pewien.
Józek nadal był bardzo chudy. Lekki jak piórko. Narzekał, że Warszawa to grajdoł i zadupie. Ciemnota i zabobon Chciał wyjechać za granicę. Nocował u nas.

Potem był Okrągły Stół i przemiany demokratyczne w Polsce i w naszej części Europy. Upadły państwowe wydawnictwa i można było drukować wiersze prywatnie, za własne pieniądze. Józek w ten sposób wydał kilka zbiorów, ale dystrybucja kulała, przyjeżdżał osobiście do Kielc i rozdawał tomiki znajomym. Zmieniłem wtedy mieszkanie i Józek nie mógł mnie odnaleźć. Bardzo tego żałuję, że podczas ostatniego jego pobytu w Kielcach, nie mogliśmy się spotkać.

Zmarł nagle, samobójczo, podobno z powodu alkoholu i narkotyków, wiadomość do Kielc przyszła z dużym opóźnieniem. Pomyślałem wtedy, że dopadł go ten „pal przypadku” z jego wiersza i wbił mu się w plecy. A więc, przypadek czy przeznaczenie?
Początek kariery poetyckiej Józka przeszedł do lokalnej anegdoty, a opowiadał ją z upodobaniem dobroduszny redaktor gazety o literackim nazwisku – Szwej. Otóż w pewien targowy dzień do sekretarza redakcji dziennika „Słowo Ludu”, weszła wiejska kobieta okutana w chustkę, a za nią krył się drobny, nieśmiały, niepozorny młodzieniec. Kobieta położyła na biurku zdumionego redaktora gruby kajet zapełniony wierszami i powiedziała;

- Kochany panie redaktorze, niech pan coś z tym zrobi, bo mój syn nie daje mi spokoju, tylko żeby jechać z jego wierszami do miasta, do gazety. W polu i w obejściu nic nie robi, nic go na wsi nie ciekawi, tylko cięgiem pisze i pisze… Niech już będzie wóz albo przewóz, albo to jest coś warte, to go drukujcie, albo niech się bierze do roboty w polu.

Zdzisław Antolski
Myśl Literacka, nr 87, wrzesień 2015