„Przestworza tworzenia” – czyli o lataniu i pisaniu – rozmawia z Ewą Zelenay

Ewa Zelenay.jpg
„O pisarstwie nie myślałam, już bardziej o malarstwie, bo od najmłodszych lat mojego życia uwielbiałam rysować. Niestety, a może na szczęście, los ułożył dla mnie inny scenariusz. Po nieudanych egzaminach na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie, aby przeczekać rok, zgłosiłam się do działu kadr PLL LOT” – mówi Ewa Zelenay.

Jak przebiegała Pani kariera stewardessy?
- Latanie rozpoczęłam na najmniejszych samolotach latających po kraju – czyli AN-24. Potem były średniodystansowe TU-134 , IŁ-y18 , TU 154 …i trasy europejskie. W końcu największe IŁ-y 62 latające na dalekich trasach atlantyckich, do Ameryki Południowej i Azji. Po zmianie floty doszły jeszcze ATR-y i Boeingi 737 i 767. Ciekawym doświadczeniem było także latanie salonką JAK- 40 ze specjalnymi delegacjami i na wynajęte charterowe loty. Generalnie przez te osiemnaście lat zwiedziłam spory kawał świata, od Ameryki Północnej przez Afrykę, Azję aż do Japonii.

Jakie to znajdowało odzwierciedlenie w Pani twórczości?
- Wtedy nie znajdowało , bo pisać zaczęłam dopiero po zakończeniu latania. Ale trudno nie zauważyć w mojej twórczości silnego wpływu pokonywania przestrzeni. Latamy przecież także na skrzydłach poezji… i właśnie takie latanie towarzyszy mi teraz. Przestałam latać fizycznie – zaczęłam mentalnie i literacko.

Czy wychodziła Pani często z samolotu? Jakie Pani kraje zwiedziła?
- Trudno było nie wychodzić z samolotu, no chyba że były to loty europejskie, krótkie , czyli w tę i z powrotem np. Frankfurt czy Wiedeń. Ale i na takich trasach zdarzały się nocowania z powodu załamania pogody, czy usterki. Loty dalekodystansowe zawsze były pobytowe i tak np. pierwsze loty do Bangkoku trwały 24 dni. Załoga zmieniała się na takich trasach w Dubaju, Bombaju, czy Taszkiencie. Można było na takich lotach i zwiedzać i odpoczywać w luksusowych hotelach. W ten sposób zwiedziłam USA, Kenię, Kanadę, Chiny, Singapur, Tajlandię, czyli Syjam, Indie i wiele innych. W zgrzebnych czasach socjalistycznych był to dla młodej dziewczyny prawdziwy szczyt marzeń.

Oblatywaczem samolotów był Antoine de Saint-Exupéry, który napisał „Małego Księcia”. Czy Pani też pod niebem snuje baśnie, czy tworzy bardziej realistycznie? Czy Pani zainteresowanie lotnictwem znalazło ujście tylko w poezji? Jakie utwory mu Pani poświęciła?
- Z Antoine de Saint-Exupery zawsze łączyła mnie miłość do samolotów i lotnictwa. Oczywiście przeczytałam wszystko co napisał i bardzo mnie te jego filozoficzno-lotnicze opowieści fascynowały. Fascynowały mnie tak bardzo, że kilka lat temu odważyłam się napisać opowiadanie – odpowiedź dla Małego Księcia. Jest to „Historia Róży” – opowieść o miłości kobiety – Róży, którą Mały książę zostawił na swojej planecie. Moja Róża cierpiąc samotnie postanawia wyruszyć na poszukiwanie swojej utraconej miłości i przemierza tę samą drogę, którą przebył Mały Książę – tylko wiele lat później. Exupery spotkał Małego Księcia po lądowaniu awaryjnym na pustyni – ja spotykam Różę na tranzycie lotniska w Emiratach Arabskich podczas oczekiwania na naprawę mojego pasażerskiego Boeinga 767. Jak zakończyło się to nasze spotkanie może kiedyś Państwo przeczytacie, jeśli jakieś wydawnictwo zdecyduje się tę książkę wydać. Na razie spoczywa spokojnie na dnie szuflady mojego biurka.

Jakie przygody w samolocie utkwiły Pani najbardziej w pamięci?
- Nie sposób odpowiedzieć na to pytanie. Przygód miałam wyjątkowo wiele. Trudno było ich nie mieć latając na usterkowym i niebezpiecznym sprzęcie produkcji radzieckiej. Były to historie i straszne i śmieszne. Mam nadzieję, że uda mi się dokończyć książkę, którą właśnie piszę. Tam właśnie będzie opisanych większość historii z katastrofą lotniczą, którą miałam szczęście przeżyć bez większego fizycznego uszczerbku, biorąc pod uwagę, że samolot po zderzeniu z betonową górką na końcu pasa, został kompletnie zniszczony i spalony. Data tej katastrofy to moja nowa data urodzenia. Widać mam coś jeszcze do zrobienia na tej ziemi – jeśli wyszłam z życiem z takiej dramatycznej przygody.

Co krytyka na zjawisko Pani poezji lotniczej?
- To trzeba by się tej krytyki literackiej zapytać. Niewątpliwie sama tematyka lotnicza w poezji jest zjawiskiem niezwykle rzadkim, bo któż poza lotnikami mógłby ją poruszać? Przecież temat trzeba przeżyć, przepuścić przez swoją wrażliwość, oswoić. Ja tego tematu dotykałam codziennie przez wiele lat, czuję się uprawomocniona by go wprowadzać do mojej twórczości. Niedawno Danuta Błaszak redaktor naczelna Miasta Literatów i pasjonatka lotnictwa wydała antologię poezji lotniczej, w której o lataniu piszą nie tylko latający… Są w tej antologii także moje wiersze.

Wydaje Pani teraz nowy tomik utworów lotniczych. Co to za utwory? Z jakich doznań eskapad i tras pochodzą?
- Jeśli chodzi o książki to w zeszłym miesiącu ukazał się mój nowy tom poezji pod tytułem: „Alla Prima”, który został bardzo życzliwie przyjęty przez krytyków i właśnie tłumaczony jest na język węgierski. Natomiast pod koniec roku Dowództwo Sił Powietrznych i Klub Sił Powietrznych obiecało wydanie mojej nowej książki poetyckiej pod tytułem: „W ciszy dalekich lotnisk”. Z lotnikami wojskowymi współpracuję od wielu lat, od czasu kiedy dwukrotnie wygrałam statuetkę Ikara – główną nagrodę na konkursie „Ikarowe Strofy”. Bardzo jestem z tej współpracy zadowolona – ale jedno niestety mnie martwi. Wydane przez Klub Sił Powietrznych książki nie mogą być sprzedawane, nie trafią więc do szerokiego grona odbiorców a zaledwie do wybranych bibliotek. Poza wierszami w tomiku planuję umieścić także fragmenty prozy lotniczej.

Przeszła Pani ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich do Związku Literatury Polskich. Co o tym zadecydowało? Jak się tu Pani zadomowiła?
- Nie wiem skąd ma Pan tę informację? Nigdy nie byłam członkiem SPP, nigdy nie ubiegałam się także o to członkowstwo. Poza sympatią do niektórych jego członków nic mnie z SPP nie łączy. Od 2001 roku jestem członkiem ZLP i mam nadzieję tak pozostanie. A jak o zadomowieniu mówimy, to mój dom jest właśnie w ZLP. Tu mam przyjaciół i życzliwą jak mi się wydaje atmosferę, która pozwala mi spokojnie szybować na poetyckich skrzydłach.

Wielu docenia Pani twórczość za operowanie słowem, prowadzenie linii wywodu myślowego, maestrię rozwiązywania pomysłu. Jakie są oznaki uznania dla Pani, jakie dowody wysokich notowań?
- No cóż, latanie nie oznacza totalnego luzu i braku myślowej dyscypliny – może nawet odwrotnie, w lataniu nie można sobie pozwolić na poetycki bełkot. To odpowiedź na to moje, pozwolę sobie zacytować Pana: „konsekwentne prowadzenie linii wywodu”. Latanie samolotami otwiera na świat i generuje nowe pomysły. Pomaga także patrzeć z dystansu, a patrzenie z dystansu pozwala zobaczyć to co najważniejsze, najistotniejsze. Zawsze twierdzę, że aby powstało doskonałe dzieło w każdej dziedzinie sztuki niezbędne są dwie rzeczy. Pierwsza to autor musi dokładnie wiedzieć, co chce odbiorcy powiedzieć, druga to świetny warsztat. Jeśli którejkolwiek rzeczy brakuje to dzieło nigdy nie będzie doskonałe. Warsztatu, który uważam za równie ważny jak myśl, pomysł i emocje – uczyłam się od mojej guru czyli Wisławy Szymborskiej. Może właśnie stąd precyzja i dyscyplina. A pomysł? – pomysłów mi nigdy nie brakuje, nazbierałam ich całe mnóstwo podczas tych przelatanych na skrzydłach LOT-u lat. Pozwoli Pan jednak , że nie będę chwalić się nieskromnie dowodami uznania jakie mnie spotykają. Niech moja poezja broni się sama, a czytelnik zadecyduje czy ma przed sobą Dreamlinera czy zaledwie starego Antonowa. Pyta Pan jakie są oznaki uznania dla mojej twórczości ? No, cóż jeśli już mam odpowiedzieć na to pytanie to wymiernym jak mi się wydaje wyznacznikiem wartości tego co piszę było na samym początku mojej poetyckiej drogi, czyli w okresie 2000 do 2005 roku , wygranie aż dwudziestu konkursów poetyckich w całym kraju a w 2007 roku prestiżowego konkursu im. Księdza Jana Twardowskiego na najciekawszy tom poezji w danym roku. Jestem z tej nagrody bardzo dumna.

Jest pani prekursorką nowego nurtu w sztuce nazwanego przez panią impulsjonizmem? Proszę nam opowiedzieć coś więcej na temat tego nurtu.
- W naszym postmodernistycznym świecie, wiele pojęć moim zdaniem wymaga nowego zdefiniowania. Twórca współczesny coraz częściej staje się twórcą multiwarsztatowym. Rozwój komunikacji medialnej i najnowszych technologii powoduje że powstają nowe techniki twórcze . Artysta uzupełnia obraz słowem, dźwiękiem, poeta często również maluje, fotografuje, komponuje. W taki sposób powstają multikulturowe dzieła czerpiące z przeszłości i używające nowoczesności do wzmocnienia siły wyrazu i oddziaływania na odbiorcę. Wieczór poezji staję się także wernisażem, wystawa obrazów impulsjonisty poza obrazem przemawia także słowem, muzyką, fotogramem. Takie dzieła zresztą powstawały zawsze , ja je tylko nazwałam. W zeszłym roku ogłosiłam manifest i utworzyłam grupę impulsjonistów. Należą do niej między innymi tacy zdolni multiwarsztatowcy jak: Elżbieta Musiał – poetka i malarka, Ryszard Ulicki poeta- rzeźbiarz, Majka Żywicka poetka – malarka, Krystyna Konecka poetka – fotograf.

Czego Pani życzyć, i pod niebem i na ziemi?
- Na niebie i na ziemi tego samego, czyli czasu na realizację moich pomysłów twórczych. No i bezpieczeństwa materialnego, czyli tego minimum, które pozwala oderwać się od ziemi i bez zamartwiania się codziennymi, przyziemnymi problemami pozwala spokojnie wystartować w twórcze – przestworza… Proszę, nawet samo słowo „prze-stwo-rza” ma w sobie pierwiastek tworzenia. Życzę zatem wszystkim impulsjonistom, poetom i czytelnikom – miłego lotu!

Rozmawiał: Stanisław Stanik
Myśl Literacka, nr 87, wrzesień 2015