Putin, spasi Siriju!

putin_0.jpg
Putinie, ratuj Syrię! Jeżeli rosyjska interwencja w Syrii jest jedyną zdecydowaną reakcją świata na sukcesy islamskich fundamentalistów i terrorystów z Państwa Islamskiego, to powinniśmy mieć nadzieję, że czym prędzej do niej dojdzie. Mowa oczywiście o realnej pomocy wojskowej dla sił rządowych, a nie o symulowanej walce jak ta, prowadzona przez USA – których czteroletnie naloty na pozycje IS nie przynoszą praktycznie żadnych konkretnych rezultatów.

Na razie wydaje się, że Rosja z fazy wsparcia politycznego i pośredniego wsparcia wojskowego (poprzez doradców, techników itp.) przechodzi w fazę bezpośredniej pomocy militarnej i udziału w walkach, jednakże jeszcze nie na masową skalę.

Informacje o przerzucaniu rosyjskiego sprzętu wojskowego i rosyjskich żołnierzy do bazy pod Damaszkiem podały w pierwszych dniach września media izraelskie. Potem powtórzyły je największe dzienniki w USA. Gdy walki pomiędzy tak zwaną umiarkowaną opozycją (wspieraną przez Zachód) i fundamentalistami z IS przeniosły się już do centralnych dzielnic syryjskiej stolicy, Kreml najwyraźniej zdecydował się na bezpośrednie wsparcie syryjskiego prezydenta Baszara al-Asada. Według podawanych informacji, do Syrii (w której wcześniej już byli rosyjscy doradcy, specjaliści i technicy, nie biorący jednak bezpośredniego udziału w walkach) trafić ma kilka tysięcy rosyjskich żołnierzy, oficerów i komandosów z jednostek specjalnych. A także sprzęt wojskowy: obok kilku myśliwców przechwytujących Mig-31, które już były w Syrii, przerzucone mają zostać nowoczesne transportery opancerzone wraz z załogami oraz śmigłowce szturmowe Mi-28 z pilotami, obsługą techniczną, załogami. Co specjalnie nie dziwi, według doniesień izraelsko-amerykańskich rosyjskie jednostki miałyby z powietrza atakować nie tylko terrorystów z Państwa Islamskiego, ale i wspieranych przez USA, Wielką Brytanię, Francję i Izrael „umiarkowaną opozycję”. Operacja na taka skalę oznaczałaby największą rosyjską interwencję zbrojną od wojny w Gruzji w 2008 roku.

Te sensacyjnie brzmiące informacje w ciągu zaledwie dwóch-trzech kolejnych dni zaczęli potwierdzać sami Rosjanie. Na rosyjskich portalach społecznościowych pojawiły się dziesiątki zdjęć rosyjskich żołnierzy, lotników i komandosów, będących najwyraźniej w Syrii. Widać wspólne zdjęcia z syryjskimi żołnierzami, z syryjskimi flagami, czy przy propagandowych transparentach przedstawiających prezydentów obydwu państw w geście przyjacielskiego uścisku dłoni, z napisami po rosyjsku i arabsku. Także syryjska telewizja pokazała nagrania, na których widać rosyjskie transportery opancerzone i żołnierzy, którzy porozumiewają się po rosyjsku.

Warto też zauważyć, że w ostatnim czasie bardzo aktywna na Bliskim Wschodzie była rosyjska dyplomacja. Podczas niedawnego spotkania z prezydentem Egiptu Abdem el-Fatah es-Sisi Władimir Putin stwierdził, że jest za utworzeniem międzynarodowej koalicji antyterrorystycznej, w skład której wchodzić miałyby też prezydenckie siły syryjskie, od lat samotnie walczące zarówno z terrorystami, jak i wspieraną przez Zachód opozycją. (Na marginesie warto podkreślić, że Egipt – po przekonaniu się, do czego prowadzi amerykańska ingerencja i amerykańskie zaprowadzanie „demokracji” – coraz ściślej współpracuje politycznie i gospodarczo z Rosją). Niedawno w Moskwie gościł irański generał Kasim Sulejmani – szef elitarnej brygady Al Kuds Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i człowiek będący odpowiedzialny za irańskie wsparcie wojskowe dla sił prezydenta al-Asada. Kilku dyplomatów państw regionu odwiedziło Moskwę. To wszystko – a także zapowiedź prezydenta Putina, że będzie on wspierał powstanie międzynarodowej koalicji antyterrorystycznej z udziałem Syrii – mogłoby wskazywać na realne kroki Moskwy, mogące zmienić już bardzo krytyczną sytuację sił prezydenta Syrii.

Na syryjskiej szachownicy operuje już kilka, jeśli nie kilkanaście, zagranicznych aktorów. Tak zwaną umiarkowaną, czyli prozachodnią opozycję, wspierają, finansują i dozbrajają USA, Izrael, Wielka Brytania, Francja, Niemcy… Skutkiem tej zachodniej „pomocy” były przede wszystkim sukcesy fundamentalistów i terrorystów islamskich, zresztą do wspierania tych ostatnich w walce z prezydentem Syrii przez Izrael i USA także dochodziło nie raz. Celem nadrzędnym dla Zachodu było i jest jednak obalenie władzy państwowej w Syrii, a nie walka z terroryzmem. Dlatego trwające już kilka lat i pochłaniające miliardy dolarów amerykańskie naloty i bombardowania odnoszą tak skromne, delikatnie rzecz ujmując, rezultaty. Zachód nie chce powstrzymania terroru, mordów, prześladowania chrześcijan, równania z ziemią światowego dziedzictwa kultury. Zachód chce kolejnej „rewolucji” w regionie Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, a w konsekwencji – destabilizacji, chaosu, wojny domowej, jeszcze większego terroru, kolejnych fal uchodźców…

Fakt, że do tego mimo trwającej od czterech lat wojny wewnętrznej nie doszło, nie zawdzięczamy jednak jedynie determinacji prezydenta al-Asada i syryjskich sił zbrojnych. Bez wsparcia technicznego i politycznego z Moskwy, bez irańskiej pomocy wojskowej oraz (podobno) takiej samej pomocy z Chin, siły rządowe nie byłyby w stanie tak długo kontynuować walkę z islamistami i dżihadystami, wspieranymi przez Turcję, Arabię Saudyjską i zasilanymi ochotnikami z co najmniej kilku państw regionu. Można więc w syryjskiej wojnie dopatrywać się kolejnej odsłony rywalizacji Rosji i Zachodu, rozgrywanej oczywiście na terenie neutralnym, na terenie pogranicza wpływów, na którym żadna ze stron nie posiada absolutnej dominacji.

Można, ale ta rywalizacja nie wyczerpuje znaczenia syryjskiej wojny dla świata. Zachód, Stany Zjednoczone igrają z ogniem, dążąc do obalenia prezydenta Syrii i wspierając w tym celu nawet ekstremistów z IS. A nawet jeśli Zachód nie wspiera ich bezpośrednio, to popełnia ciężki grzech zaniechania, nie potrafiąc zdobyć się na realną walkę z islamskim terroryzmem. Obalenie władzy państwowej w Syrii i kolejna „rewolucja” będzie oznaczała to samo, co poprzednie takie wydarzenia w Iraku, Libii czy Egipcie. A więc ryzyko dojścia do władzy właśnie terrorystów i dżihadystów, totalną destabilizację, chaos, prześladowania ze względu na religię, przemoc… Przemoc, która zwrócona będzie (i już jest) także przeciwko zamieszkującą Syrię mniejszość chrześcijańską.

Wobec takiego zagrożenia należałoby czynić wszystko, by tak się nie stało, by do zwycięstwa fanatyzmu i terroryzmu nie dopuścić. Ale USA mają inne cele, dlatego na zdecydowanie i skuteczność z ich strony nie ma co liczyć. Dla USA, Izraela i części Zachodu zagrożeniem nie jest islamski ekstremizm, a prezydent al-Asad – dlatego jedynie, że nie był wobec Zachodu uległy i nie podzielał jego ideologii politycznej. Interwencja rosyjska mogłaby przyczynić się do zmiany coraz bardziej krytycznej sytuacji – jeśli będzie właśnie zdecydowana i konsekwentna. Kilkadziesiąt transporterów i śmigłowców islamistów raczej nie powstrzyma. Doskonale widać, że naloty z powietrza i „chirurgiczne” niszczenie rakietami baz szkoleniowych i magazynów broni Państwa Islamskiego prawie wcale nie osłabiają jego zdolności do walki. Islamiści są siłą dynamiczną, spontaniczną, w niewielkim stopniu sformalizowaną i zhierarchizowaną. O ich sukcesie decyduje ciągły ruch, ciągłe natarcie, ciągła mobilizacja i ciągły napływ ochotników z zewnątrz. Aby ich pokonać, konieczne jest konsekwentne niszczenie oddziałów IS na ziemi, wypieranie ich z zajmowanych pozycji, wyzwalanie kolejnych miast i regionów.

Jeśli Rosja ma być jedyną siła na świecie, zainteresowaną zwalczaniem Państwa Islamskiego – to powinniśmy domagać się jak najszybszej rosyjskiej interwencji w Syrii. Stawka w tej grze jest bardzo wysoka, i w takich okolicznościach absurdalnie będą brzmiały argumenty Zachodu, że Rosja dąży tylko do realizacji własnych celów politycznych (co, tak naprawdę, czynią wszyscy grający na syryjskiej szachownicy), że rosyjskie wsparcie wojskowe dla prezydenta al-Asada doprowadzi tylko do zwiększenia skali przemocy, rozlewu krwi i cierpień ludności cywilnej. Rosyjska interwencja mogłaby właśnie ten terror powstrzymać i pomóc w ponownym zaprowadzaniu porządku i stabilizacji.

Jeśli faktycznie doszłoby do szerszego udziału sił rosyjskich w walkach po stronie syryjskiej, wydaje się niemalże pewne, że USA i niektóre państwa Zachodu nie pozostawią tego bez konsekwencji. A jaka będzie ta reakcja? Nowe embarga, restrykcje polityczne, sankcje ekonomiczne? Najprawdopodobniej właśnie taka. Ale dzięki temu przynajmniej jeszcze raz świat będzie mógł przekonać się o podwójnej moralności i faktycznych celach tych państw, które na próbę ratowania pogrążonej w chaosie i walkach Syrii, ratowania ładu i pokoju zareagują sankcjami czy karami.

Michał Soska

Dzial: