Lepsi naukowcy, gorsi politycy?

narutowicz.jpg
Przy okazji minionych wyborów prezydenckich zwracano uwagę na dotychczasowe polityczne i państwowe doświadczenie poszczególnych kandydatów. I rzeczywiście, jeżeli prześledzimy drogę życiową poprzednich prezydentów III RP, to na tym tle wypadali całkiem dobrze. Przywódca „Solidarności”, ministrowie, liderzy partii politycznych…

Zupełnie inny model przyjęto w czasach II RP. Można odnieść wrażenie, że tam większe zaangażowanie i doświadczenie polityczne stanowiło bardziej balast, aniżeli pomoc przy wyborze. Chyba w całym okresie Dwudziestolecia Międzywojennego w Polsce najwięcej „prezydenckich” punktów można było dostać za doświadczenie naukowe, a najlepiej tytuł profesorski. Dotyczy to zarówno trzech prezydentów, jak też większości najpoważniejszych ich kontrkandydatów. Tylko powstaje pytanie – która z koncepcji była lepsza: tamta, czy obecna? I czy podsumowując dzieje prezydentów II RP nie można przywołać hasła „hundert professoren und das vaterland ist verloren”?

Pamiętać musimy o tym, że realiów II RP nie można bezpośrednio przekładać na realia obecne. Po pierwsze, prezydenci byli wybierani przez Zgromadzenie Narodowe, co siłą rzeczy determinuje wybór trochę innych kandydatów, niż w wyborach powszechnych – właśnie w założeniu bardziej dostojnych i umiarkowanych niż liderzy partyjni. Po drugie, na dzieje II RP główny wpływ wywierały inne osobowości polityczne, które czasem nie mogły, a kiedy indziej nie chciały być łączone z formalnie najwyższym urzędem w państwie. Można wymienić w tym kontekście Piłsudskiego, Dmowskiego, Witosa… Tym niemniej warto prześledzić kim byli, jakie dokonania prezentowali ówcześni kandydaci na prezydenta tuż przed dokonaniem wyboru i jak to się przełożyło na sprawowanie przez nich funkcji.

Gabriel Narutowicz

Najtrudniej pod tym względem ocenić Gabriela Narutowicza – człowieka o największym politycznym doświadczeniu z badanej „prezydenckiej” grupy. Zdaniem niektórych, prezydentura tego polityka mogłaby znacząco zmienić dalsze losy II RP… Czy rzeczywiście tak było? Ten człowiek o niebanalnym, twardym charakterze, dążący zaraz po wyborze do pojednania narodowego niewątpliwie chciałby wywrzeć mocny wpływ na politykę. Czy udałoby mu się przezwyciężyć partiokrację, udobruchać odsuniętego na boczny tor Piłsudskiego i ugruntować w Polsce ustrój demokratyczny?

Niestety dobra wola to zbyt mało – liczą się także polityczne umiejętności. A pod tym względem póki co Narutowicz zbyt wielkich osiągnięć nie miał. Ten uznany profesor Politechniki w Zurychu, znakomity praktyk hydrotechnik, ale również przez pewien czas dziekan jednego z wydziałów, w czasie I wojny światowej włączył się do prac Szwajcarskiego Komitetu Generalnego Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce. Z punktu widzenia Narutowicza była to jednak wciąż działalność apolityczna. Już jednak na tym etapie przyszły prezydent nie ukrywał swojej fascynacji osobowością Józefa Piłsudskiego. Biografowie prezydenta, Janusz Pajewski i Waldemar Łazuga, sugerują, że swoje obowiązki wobec ojczyzny pojmował on wówczas bardzo prosto – chodziło mu o budzenie za granicą zainteresowania dla sprawy polskiej, a także wsparcia personalnie dla Piłsudskiego i jego czynu zbrojnego. Poczynając od roku 1916 Narutowicz coraz bardziej angażował się politycznie. Przemierzał podobną drogę co Paderewski, tylko trochę w innym ideowym kierunku. W opublikowanym 8 stycznia w szwajcarskiej gazecie artykule „Die Stimmung in Polen” zachęcał do orientacji proniemieckiej, krytykując sojusz z państwami Ententy. Niektórzy mu wytykali, że robił to trochę zbyt późno, trochę w oderwaniu od bieżącej kalkulacji politycznej. Z perspektywy czasu, wysuwane przez profesora tezy nie znalazły żadnego oparcia w rzeczywistości, co też jest świadectwem jego braku dobrego wyczucia politycznego.

Nie przeszkodziło mu to bynajmniej w raz obranej politycznej drodze. II RP potrzebowała uznanych osobowości z dużym autorytetem – stąd też wziął się średnio udany eksperyment z premierostwem Paderewskiego. Po wojnie Narutowicz objął tekę ministra robót publicznych. Powołany został zresztą przez premiera Władysława Grabskiego w sposób trochę obcesowy. Właściwie postawiono go przed faktem dokonanym, podpisując dekret nominacji bez uprzedniej z nim konsultacji. Tym niemniej Narutowicz uznał, że musi odsłużyć ojczyźnie i nominację przyjął. W tym przypadku wybór był dobry. Jego resort był bardzo trudny – konieczność odbudowy całej infrastruktury tworzącego się po wyniszczającej wojnie kraju, była wielkim wyzwaniem, nieporównywalnym w żaden sposób do dzisiejszych wyzwań infrastrukturalnych. Jednocześnie kwestie te nie były tak upolitycznione jak dzisiaj – skupiano się na fachowej pracy. Narutowicz sprawdził się tutaj przede wszystkim jako wizjoner potrafiący stworzyć racjonalny program konkretnych działań. Przewidział między innymi konieczność rozbudowy niewielkiej wówczas Gdyni, a także inicjował opracowanie sieci komunikacyjnej żeglugowej.

Jak wspominał jeden z jego współpracowników, tylko w samym roku 1921 w budowie było 127 nowych budynków państwowych oraz odnawiano 274 budynki. Narutowicz konsultował praktycznie każdą ważniejszą inwestycję w kraju. Budowa portów, budynków mieszkalnych, zapór wodnych łączyła się jednak znakomicie z jego wykształceniem i doświadczeniem zawodowym. Wciąż pozostawał bardziej urzędnikiem, praktykiem aniżeli politykiem z krwi i kości. Potrafił jednak wyjednać środki dla swojego resortu od bardzo rygorystycznego pod tym względem ministra skarbu Jerzego Michalskiego.

Narutowicz uczestniczył również w pewnych przedsięwzięciach dyplomatycznych – próbował w Wilnie ustalić jakiś kompromis w sprawie Wileńszczyzny. Problem polegał na tym, że jakikolwiek kompromis był właściwie niemożliwy do osiągnięcia: Litwini chcieli koniecznie Wileńszczyznę przyłączyć do swojego kraju, na co zgodzić się nie mogli Polacy. Tym niemniej Narutowicz bardzo emocjonalnie zaangażował się w swoją misję, a jej fiasko poważnie odchorował. Nadmieńmy, że zbytnia emocjonalność nie jest dobrą cechą polityka. Tym niemniej przyszły prezydent uzyskał już doświadczenie dyplomatyczne, co przesądziło o jego nominacji na ministra spraw zagranicznych (w lipcu 1922 roku). W trakcie sprawowania tej funkcji skupiał się przede wszystkim na łagodzeniu konfliktów terytorialnych z innymi krajami i przeciwdziałaniu negatywnym ocenom ze strony Ligi Narodów. Sukcesem na tym tle było pośrednie usankcjonowanie przynależności do RP Galicji Wschodniej i możliwości przeprowadzenia tam wyborów do parlamentu. Pracownik ministerstwa Juliusz Łukasiewicz wspominał wysoki takt i obycie swojego szefa, które miały doprowadzić do łagodzenia licznych potencjalnych konfliktów.

Dzisiaj, pomijając kurtuazję, możemy stwierdzić, że Narutowicz był lepszym ministrem robót publicznych, niż dyplomatą. Przyjąć więc można było, że gdyby nie tragiczny zamach – pierwszy prezydent II RP działałby podobnie, jak w czasie sprawowania funkcji ministra spraw zagranicznych. Starałby się łagodzić spory, wychodzić ze zróżnicowanymi inicjatywami, zachwycać ogładą i dobrymi manierami, ale raczej nie wpłynąłby na polską scenę polityczną tak mocno, jak Piłsudski, Dmowski, czy Witos. Gdyby natomiast został dłużej ministrem robót publicznych, to kto wie, czy nie byłby wymieniany obok Grabskiego, czy Kwiatkowskiego, jako jeden z kluczowych twórców podstaw gospodarczych i infrastrukturalnych kraju. Tak więc PSL „Wyzwolenie” zgłaszając jego kandydaturę, chyba nie trafiło w dziesiątkę.

Stanisław Wojciechowski

Podobnie ocenić należy kolejnego prezydenta, Stanisława Wojciechowskiego. Nie wdając się w analizy charakterologiczne, chyba model właśnie tej prezydentury najbardziej jest zbliżony do prezydentury Bronisława Komorowskiego. Wojciechowski starał się z jednej strony zachować ponadpartyjny charakter swego urzędu, ale także sam nie działał nadmiernie aktywnie. W historii pozostał przede wszystkim jako uczestnik spotkania z Piłsudskim na Moście Poniatowskiego w maju 1926 roku. Stał się wtedy siłą rzeczy z góry skazanym na przegraną, obrońcą niezawinionych przez siebie grzechów ówczesnych elit politycznych II RP: kłótliwości, partyjniactwa i małostkowości.

Wojciechowski był zgłaszany jako kandydat na prezydenta już w wyborach, w których startował Narutowicz. PSL „Piast” ponowiło swoją kandydaturę również po zamachu. Wojciechowski – specjalista od historii ruchu spółdzielczego – był podówczas jednym z wielu polityków piastujących ważne funkcje publiczne. Uczestniczył też w wielu ważnych historycznych wydarzeniach, w tym zjeździe Polskiej Partii Socjalistycznej w roku 1892 w Paryżu. Prowadził działalność konspiracyjną, redagował „Robotnika”. W roku 1905 wystąpił z PPS z uwagi na jej zdominowanie przez skrajną lewicę. Polityka nie była jego ogromną pasją – chyba znacznie bardziej pochłaniał go ruch spółdzielczy. Tym niemniej, po wojnie, został ministrem spraw wewnętrznych w gabinecie Ignacego Jana Paderewskiego (oraz w kolejnym, Leopolda Skulskiego). Współpracował tam bardzo dobrze ze znanym już z czasów konspiracji Józefem Piłsudskim. To on podjął decyzję o delegalizacji Komunistycznej Partii Polski, a także przygotowywał wybory do Sejmu Ustawodawczego. Odpowiadał za przygotowanie wielu projektów ważnych ustaw, a ponadto pracował nad konstytucją marcową.

Chyba było coś w charakterystyce Wojciechowskiego autorstwa Adama Pragiera: "Był, tak jak było trzeba, postacią centrowo – lewicową, bez powiązań partyjnych i bez zaplecza politycznego. Umysł miał raczej ciasny, był uparty, raczej pedant, w typie nielubianego dyrektora gimnazjum. Wychowując lustratorów spółdzielczych, wierzył, że jest wychowawcą narodu. Był osobiście uczciwy i bezinteresowny, o polityce międzynarodowej nie wiedział nic, a polityką wewnętrzną jako spółdzielca gardził. Przy tym wszystkim był pocichutku łasy na honory. Wszystko zapowiadało, że ten człowiek, wyniesiony przez Piłsudskiego na urząd Prezydenta, będzie się zachowywał jak przygarnięta sierota".
„Przedprezydencki” dorobek Wojciechowskiego nie wyglądał więc imponująco. O ile Narutowicz najlepiej pasował do projektowania prac budowlanych oraz do świata naukowego – Wojciechowski – do wspierania ruchu spółdzielczego.

Ignacy Mościcki

Ostatni prezydent II RP był wybierany w nieco odmiennych okolicznościach. Najpierw Zgromadzenie Narodowe wybrało na prezydenta Piłsudskiego. Piłsudski wyboru nie przyjął i wskazał Mościckiego (wybranego na ten urząd również na kolejną kadencję). Za życia Marszałka, rola Mościckiego była streszczona w słynnym powiedzeniu „tyle znaczy co Ignacy…” – czyli czysto reprezentacyjna. Zauważył to zresztą również Adam Pragier, który głosując nad kandydaturą Mościckiego przekreślił ją, wpisując na kartce w zamian za to znaną artystkę Zulę Pogorzelską. Argumentował, że jego kandydatka takie samo pojęcie o polityce co Mościcki, a przynajmniej byłaby bardziej reprezentacyjna.

Odnośnie reprezentacyjności można oczywiście dyskutować. Mościcki z dostojną postawą, sumiastymi wąsami do dzisiaj stanowi w szerszym odbiorze społecznym symbol elit II RP. Chyba fizycznemu podobieństwu do Mościckiego zawdzięczał częściowo swój sukces wyborczy w roku 2000 Andrzej Olechowski. Warto postawić pytanie, czy była to ocena zasłużona. Mościcki po śmierci Piłsudskiego zaczął forsować swoje wpływy i swoich ludzi, eliminując politycznie Walerego Sławka (który zgodnie z wolą zmarłego Marszałka, miał go zastąpić). Nie był to jednak mąż stanu szukający odpowiedzi na to, jak uratować Polskę; bardziej go pochłaniało to, jak przejąć wpływ nad kolejnym ministerstwem i jak zrobić na złość komuś, kogo nie lubił. Za małymi intrygami nie kryła się więc żadna szersza wizja polityczna. Można też odnieść wrażenie, że wraz z upływem czasu Mościcki coraz bardziej ulegał Rydzowi – Śmigłemu, który najprawdopodobniej gdyby nie wojna – szybko zastąpiłby go na tym stanowisku.

Wszystko to jednak działo się później. W chwili wyboru na najwyższy urząd w państwie, Mościcki nie miał zbyt wielu politycznych epizodów w swoim życiu. W młodości związał się z ruchem socjalistycznym. Zaangażowanie było daleko idące: konstruował bomby, a nawet snuł plany, żeby zostać… zamachowcem – samobójcą. Przez to wszystko musiał też uchodzić z kraju. Podobnie jak Narutowicz, podjął działalność naukową w Szwajcarii, zdobywając dużą renomę naukową z zakresu elektrochemii. Opracował między innymi typ kondensatora, który wytrzymywał napięcia rzędu 50 tys. wolt. Jego baterię kondensatorów umieszczono nawet na szczycie wieży Eiffla. W roku 1912 został profesorem uniwersytetu we Lwowie, a po odzyskaniu niepodległości kierował zakładami chemicznymi w Chorzowie. Zdobył liczne doktoraty honoris causa, był autorem wielu patentów, a w roku 1925 został wybrany na rektora Politechniki Lwowskiej. I znów można zauważyć, że również ten prezydent, znacznie lepiej sprawdzał się w swoim życiu „przedprezydenckim”.

Inni

Dochodzimy więc do wniosku, że z naszymi prezydentami czasu II RP zbyt dobrze nie było. Ale czy był wtedy ktoś lepszy, kto – i chciał i mógł objąć tę zaszczytną funkcję> Oczywiście, przy wyborze każdego z prezydentów rozważane były kandydatury alternatywne. W roku 1922 ochotę na urząd prezydenta miał Wincenty Witos – jednak dokonał trzeźwej analizy, że nie ma dużych szans. Zapewne miał rację, ale niewątpliwie prezydentura Witosa byłaby jak jego premierostwo – z jednej strony symboliczna, z drugiej, pełna intryg zbliżonych do tych z „House of cards”. Zdaje się jednak, że Witos do tego by się nie ograniczał – w różnych krytycznych momentach udowodnił, że czuł i rozumiał, co to znaczy, że „Polska winna trwać wiecznie”…

Kandydatem prawicy był Maurycy Zamoyski, przedostatni ordynat, ale także bliski współpracownik Romana Dmowskiego w Komitecie Narodowym Polskim. Może nie dorównywał pod względem talentów politycznych założycielowi swojej dynastii, ale byłby niezależny, można zaryzykować tezę, że stanowiłby taką prawicową wersję Narutowicza. Poza nim warto zwrócić uwagę na zgłoszoną przez PPS kandydaturę Ignacego Daszyńskiego. Chyba właśnie ten wybitny i doświadczony parlamentarzysta był z całej grupy kandydatów najlepiej przygotowany do pełnienia funkcji głowy państwa. Sprytny polityk, ale nie idący tak szybko na zwarcie jak Witos. Potrafił w imię wyższego interesu powściągnąć emocje i awantury (np. po zamachu na Narutowicza, czy też jako Marszałek Sejmu). Jego kandydatura odpadła jednak bardzo szybko.

Głównym konkurentem Wojciechowskiego był Kazimierz Morawski. Również on był wybitnym naukowcem: profesorem filologii klasycznej, członkiem Polskiej Akademii Umiejętności i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. I chyba powinien być wdzięczny opatrzności, że nie został wybrany i do końca życia mógł wieść spokojne naukowe życie. W roku 1926 alternatywą wobec Mościckiego miał być książę Zdzisław Lubomirski. Obiektywnie rzecz ujmując, był to jeden z najlepszych kandydatów na prezydenta: miał duże doświadczenie polityczne, niebanalną osobowość i szerokie kontakty międzynarodowe. Trochę upraszczając można wskazać, że pewne doświadczenie w pełnieniu roli głowy państwa już miał – przed odzyskaniem niepodległości był jednym z członków Rady Regencyjnej (która przekazała władzę Piłsudskiemu).

Zapewne jednak również ten – dla niektórych kontrowersyjny, element jego biografii zaważył na jego rezygnacji z ubiegania się o urząd prezydenta. Tym niemniej został senatorem, który pomimo sympatyzowania z sanacją nie bał się wyrażać swojego, często krytycznego wobec władzy zdania. Przykładem była chociażby jego krytyka aresztowań brzeskich.

Zapewne średnio by się sprawdził na stanowisku prezydenta Walery Sławek – kandydat na następcę Mościckiego. Ten działacz PPS, a następnie przyboczny Piłsudskiego i premier miał odwagę, nie można mu odmówić osobistej uczciwości i prawości, ale nie był osobowością z formatem prezydenckim. Po śmierci swego patrona utracił instynkt polityczny i mimo przewodzenia BBWR- owi dał się wyeliminować Rydzowi – Śmigłemu i Mościckiemu. Zwłaszcza to ostatnie nie stanowi zbyt dobrej rekomendacji politycznej… Gdzież bowiem człowiekowi pokonanemu przez Mościckiego byłoby potykać się z Hitlerem i Stalinem?

Ideał prezydenta…

Można przyjąć, że nasi przodkowie w II RP wyobrażali sobie, że prezydentem powinien być dostojny profesor, który z wyżyn swego majestatu rozsądnie i z umiarem rozsądzałby skłóconych polityków. Tak wyglądała jednak tylko teoria. Przymiarki trzech kandydatów spełniających te kryteria skłaniają jednak do wniosku, że w praktycznym wymiarze te szczytne założenia średnio się sprawdzają. Najbliżej ideału był chyba Narutowicz. Tym niemniej ocena jego wcześniejszych działań na polu publicznym oraz kolejnych wydarzeń z historii II RP skłania do wniosku, że nie był typowym politycznym wyjadaczem (jak np. Daszyński, czy Witos potrafiący się odnaleźć w różnych sytuacjach) i dlatego miałby duże problemy z realizacją swoich politycznych postulatów. Zapewne mniej ambitna była prezydentura Wojciechowskiego – również zakończona w dramatycznych okolicznościach.

Trudno jednak tegoż znawcę spółdzielczości uznać za wybitnego męża stanu, kreującego konkretne wydarzenia. Jeszcze niżej ocenić należy Mościckiego, na początku swojej kadencji skupionego przede wszystkim tylko na reprezentatywności swego urzędu, a po śmierci Piłsudskiego – na drobnych wewnętrznych intrygach.

Tak więc nawet jeżeli nie jesteśmy zadowoleni ze wszystkich prezydentów III RP, nie powinniśmy odwoływać się do Dwudziestolecia Międzywojennego jako do „złotego wieku” w tym zakresie. Może lepiej by było, gdyby polityka została pozostawiona Piłsudskiemu, Dmowskiemu, Witosowi, Korfantemu, czy Daszyńskiemu – a Narutowicz, Wojciechowski, czy Mościcki pozostali wybitnymi autorytetami w sferze tylko i wyłącznie naukowej.

Maciej Nowak
Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2015)

Dzial: