Mieszane uczucia

duda_0.jpg
Wrażenie po wysłuchaniu orędzia nowego prezydenta: retorycznie poprawne, aczkolwiek bez rewelacji i kilku kluczowych zdań, które mogłyby być leitmotivem prezydentury. Zabrakło czegoś w stylu słynnego, lecz prostego: „Moi drodzy obywatele świata, nie pytajcie, co Ameryka może zrobić dla was, ale co możemy wspólnie zrobić dla wolności człowieka”, wygłoszonego na Kapitolu przez Johna F. Kennedy`iego podczas zaprzysiężenia w 1961 roku.

Mimo ogólnie jak najbardziej słusznych uwag o potrzebie budowania wspólnoty, nie doczekaliśmy się ich prostego podsumowania, które chociażby znalazło się w inauguracyjnej mowie prezydenta Jimmiego Cartera z 1977 roku: „Uczmy się razem śmiać, razem pracować i razem się modlić, przekonani, że w końcu razem będziemy świętować tryumf dobra”. W końcu, zabrakło jasnej deklaracji ideowej nowego lokatora Pałacu Prezydenckiego, na wzór dość mocnego komunikatu Francois Mitterranda z przemówienia towarzyszącego zaprzysiężeniu na pierwszą kadencję w 1981 roku: „To naturalne, że wielki naród ma wielkie ambicje. Czy w dzisiejszym świecie może być większe zadanie dla naszego narodu niż zbudowanie nowego sojuszu pomiędzy socjalizmem a wolnością”.

W fakturze przemówienia brakowało trochę odniesień do klasyki literatury polskiej, np. Mickiewicza lub Słowackiego, jako – chciałoby się wierzyć – wciąż podstawowego kodu znaczeniowo-symbolicznego dla polskiej kultury. Usłyszeliśmy tylko nawiązanie do Jana Pawła II („wymagajcie od siebie, nawet gdyby inni już od was nie wymagali”), użyte jednak w niezbyt szczęśliwej formie inwersji. Prezydent tuż po przypomnieniu tego zdania, mimowolnie przyznał bowiem, iż papieskie słowa nie są już dzisiaj tak aktualne, gdyż wyborcy w Polsce wciąż jednak wymagają czegoś od polityków. Zresztą, cytowanie klasyków rodzimej literatury to dość dobra i skuteczna tradycja w światowej polityce.

Wykorzystał ją Michaił Gorbaczow, który podczas przemówienia w ONZ w grudniu 1988 roku sparafrazował fragment poematu Aleksandra Puszkina „Słowo o wyprawie Igora”, przypominając symbol słońca wstającego o świcie i przezwyciężającego mrok nocy, co powszechnie uznano za ogłoszenie końca zimnej wojny.

Odnosząc się do samej warstwy merytorycznej, warto z uznaniem przyjąć wspomnienie o osobach (zwłaszcza dzieciach) znajdujących się w trudnej sytuacji bytowej, choć znowu zabrakło ukonkretnienia tych obserwacji w postaci wprowadzenia do przemówienia pojęcia „sprawiedliwość społeczna”. Nawiązania do pragnień odbudowania wspólnoty z czasów pierwszej „Solidarności” stają się już w naszej tradycji politycznej rytualnymi zaklęciami, ładnie brzmiącymi, ale jednocześnie mocno nadużywanymi, więc można było z nich spokojnie zrezygnować. Przy tak dużym nacisku na kwestie społeczne pokazywanym w czasie kampanii wyborczej, Prezydent mógł o tych problemach powiedzieć znacznie więcej. Zabrakło wzmianek o umowach śmieciowych i lichwie bankowej. Na plus zaś zaliczyć należy dostrzeżenie kulturalnej degradacji „Polski powiatowej” i zapowiedzi wzmocnienia mecenatu państwa nad kulturą.

W kwestii polityki zagranicznej nie usłyszeliśmy żadnego novum poza, być może pierwszy raz wypowiedzianym w czasie prezydenckich expose w III RP słowem „Adriatyk”, wskazującym wprost na chęć budowania koalicji krajów Międzymorza. Trzeba jednak pamiętać, że obecnie polska dyplomacja bardzo niewiele jest w stanie zaproponować krajom leżącym na Półwyspie Bałkańskim. Po wejściu Chorwacji do UE, zasadniczy rdzeń naszej strategii dyplomatycznej polegającej na „wspieraniu integracji europejskiej” stał się już nieco nieaktualny. Pomimo kilku polskich inwestycji w chorwackie porty i stocznie, Zagrzeb zawsze z większą chęcią spoglądał w stronę Berlina, Wiednia i Rzymu niż Warszawy. Serbia z kolei dzisiaj widzi większe korzyści z balansowania pomiędzy Brukselą, Moskwą i Pekinem niż ze współpracy z Polską nie potrafiącą, pomimo niegdysiejszych werbalnych zapowiedzi Lecha Kaczyńskiego, poprzeć Belgradu w kwestii Kosowa.

Podobnie jest z pogrążonymi w kryzysie politycznym Macedonią oraz Bośnią i Hercegowiną. Przy rozwiązywaniu problemów tych krajów dużo bardziej obecna jest teraz dyplomacja czeska i słowacka, niż polska. Gdyby rzeczywiście chcieć dzisiaj budować nasz sojusz z Bałkanami, trzeba byłoby przede wszystkim wrócić do starych, dobrych tradycji księcia Czartoryskiego i Hotelu Lambert, który regularnie wysyłał polskich emisariuszy do Belgradu, Zagrzebia czy Dubrovnika oraz działać na rzecz wyhamowania opinii o polskiej polityce jako skrajnie rusofobicznej. Bardziej perspektywiczne wizje sojuszu rysują się obecne na odcinku rumuńsko-mołdawskim, ale one także wymagają większego zaangażowania analitycznego.

W obecnej sytuacji geopolitycznej podkreślanie konieczności wzmocnienia NATO i tzw. mechanizmu z Newport nie ma większego znaczenia poza retoryką. Ciekawiej i bardziej realnie zabrzmiałoby w tej chwili wyrażenie wprost oczekiwania Warszawy na włączenie jej do pokojowego procesu mińskiego. Błędem, porównywalnym z expose premiera Marcinkiewicza jesienią 2005 roku, był brak wyraźnego wskazania Rosji, Niemiec, Ukrainy, Litwy, Białorusi, Czech i Słowacji wraz z ograniczeniem się do ogólnej formuły „sąsiadów”. Każdorazowe wspominanie tych państw, za wyjątkiem wspomnianego przemówienia premiera Marcinkiewicza, zawsze należało do dobrego tonu polskich przywódców państwowych.

Co do samej Rosji, można było przecież ograniczyć się do formuły Lecha Kaczyńskiego z mowy zaprzysiężeniowej z 23 grudnia 2005 roku, zauważającego: „Istotną kwestią są nasze stosunki z Rosją, która pozostaje od wieków, mimo zmiennych kolei losu naszym wielkim sąsiadem. Patrzymy na nie uwzględniając przede wszystkim historyczną perspektywę zachowując cierpliwość i przekonanie, że nie ma obiektywnych powodów, dla których nie mogłyby być one dobre”.

W końcu, podniesiona kwestia rewitalizacji Grupy Wyszehradzkiej może nastąpić tylko wtedy, gdy Warszawa bardziej racjonalnie i bez emocji spojrzy na dzisiejszą politykę Pragi, Bratysławy i Budapesztu. Jednym słowem, wrażenia niejednoznaczne. Co najważniejsze jednak, od jutra przechodzimy z epoki słów do czynów. Oby pomiędzy nimi istniała zdrowa i inspirująca równowaga.

Łukasz Kobeszko
fot. profil fb Andrzeja Dudy

Dzial: