Bruksela nie pokryje bułgarskich strat

bulgaria-kerry-12-2014.jpg
Amerykanie bardzo skutecznie naciskali na Bułgarów, jednak główną siłą blokującą projekt była Komisja Europejska – sam prezydent Barroso zagroził blokadą działań, komisarz ds. energii wielokrotnie żądał zaprzestania prac nad rurociągiem. Nacisk narastał wraz zaawansowaniem prac, w sierpniu 2013 roku Komisja dopominała się, by Bułgaria nie stosowała preferencji dla rosyjsko-bułgarskich wykonawców.

Czarę goryczy przepełnił przetarg na budowę, który wygrała rosyjska firma Strojtransgaz w konsorcjum z bułgarskim Gasprojekt Jug. W budowie miało wziąć udział pięć wielkich firm bułgarskich, a prawie sto miało współpracować przy realizacji inwestycji o wartości 3,5 mld Euro. Właścicielem Strojtransgazu jest Giennadij Timczenko, objęty amerykańskimi sankcjami. Dla Komisji przetarg nie był dość przejrzysty, nie zostały zachowane procedury konkurencyjne, dlatego złożyła skargę na naruszenie przez Bułgarię regulacji unijnych.

Bułgaria nawet wtedy, gdy Bruksela przejęła negocjacje z Rosją, podjęła próbę przywrócenia możliwości realizacji rurociągu. W marcu 2014 bułgarski parlament przyjął ustawę, która uznawała rurociąg przez Bułgarię za połączenie z odcinkiem morskim, wyjmując go spod jurysdykcji Brukseli.

Jednak możliwość oporu wobec wspólnych nacisków Brukseli i Waszyngtonu przekraczała siły tak małego i słabego państwa. Z tego powodu upadły wszystkie projekty: gazowy, naftowy i nuklearny. Utrata South Stream niesie potężne i długofalowe straty, oceniane na 600 milionów Euro rocznie. Jeśli powstanie Turkish Stream, obecny przesył rosyjskiego gazu do Turcji przez Bałkany ustanie, a przynosi on Bułgarii 150 mln Euro rocznie.

Ze względów środowiskowych odmówiono zezwolenia na budowę terminalu naftowego w Burgas, dzięki któremu ropa rosyjska i kazachska mogła omijać Bosfor. Rurociąg naftowy Burgas – Aleksandroupolis miał przesyłać 50 mln ton ropy rocznie, umożliwiając przeładunek z niewielkich statków czarnomorskich na supertankowce na Morzu Egejskim. Kontrakt z marca 2007 roku dawał Rosjanom 51%, a Grekom i Bułgarom po 24,5% udziałów. Grecy interweniowali, by Bułgarzy nie blokowali tego przedsięwzięcia, atrakcyjnego dla ich portów i statków, jednak ich starania spełzły na niczym.

Podobnie stało się z projektami nuklearnymi. Zawarte w styczniu 2008 roku kontrakty na budowę dwóch reaktorów o mocy 1000 megawatów o wartości 6 miliardów dolarów zostały anulowane. W to miejsce chce wejść Westinghouse, choć Bułgarii grożą kary umowne za zerwanie kontraktu z Atomstroj Exportem. UE wymogła na Bułgarach zamknięcie starszych reaktorów elektrowni atomowej w Kozłoduju w 2015 roku, Bułgarii grozi więc „katastrofa energetyczna” tj. podwyżka cen energii elektrycznej i utrata pozycji największego na Bałkanach eksportera.

Żaden z planowanych projektów nie został zrealizowany, podczas gdy Bułgaria miała szansę stać się największym energetycznym ośrodkiem tranzytowym na Bałkanach, być producentem i eksporterem taniego prądu z elektrowni jądrowych, który jest sprawą kluczową także politycznie. W sytuacji, gdy ceny energii zmierzają do „europejskich poziomów”, a zarobki pozostają na poziomie 10-krotnie niższym, koszt energii jest ważnym zagadnieniem politycznym – w lutym 2013 roku podwyższone rachunki doprowadziły do wielodniowych walk i manifestacji ulicznych i w efekcie do obalenia rządu.

Po upadku projektu Bułgaria przyznała, że stało się tak z jej, gdyż rząd nie wydał pozwoleń na budowę. Z jednej strony chciał to naprawić, z drugiej prosił Komisję Europejska o rekompensatę za korzyści utracone wskutek jej działań. Gdy premier Borisow zwrócił się z tym do Brukseli, proponując by sfinansowała budowę gazowego węzła na brzegu Morza Czarnego, uzyskał uprzejmą odpowiedź, by złożył szczegółowy projekt, który powinien dostosowany po europejskiej polityki energetycznej wobec Rosji.
Bułgaria przegrała swojego „wielkiego energetycznego szlema”. Przegrali także i Węgrzy, choć ich gra wyglądała zupełnie inaczej.

Andrzej Szczęśniak
szczesniak.pl
Na zdjęciu: premier Bułgarii nie ma tęgiej miny po wizycie Johna Kerry.

Dzial: