Dudabusem do Pałacu Prezydenckiego

duda 3_0.jpg
Nie pomogło straszenie PiS-em, nie przekonało hasło „bezpieczeństwo i zgoda”, na nic zdały się manipulacje reżimowych dziennikarzy w mediach publicznych i większości prywatnych, niewielu przejęło się obietnicą referendum i projektem „reformy” emerytalnej, rzadko kto przypomniał sobie „grozę” rządów z lat 2005 – 2007, nie przemówiły w czasie debat wyciągane „haki”.

Urzędujący prezydent – Bronisław Komorowski poniósł klęskę w walce z Andrzejem Dudą. Nie różnica wyników obu kandydatów, stosunkowo mała, ale fakt, że nieznany dotąd szerzej Polakom kandydat PiS potrafił pokonać znanego powszechnie polityka stanowi o skali zwycięstwa Dudy i klęsce Komorowskiego. Groza ogarnęła Platformę Obywatelską, radość i nadzieja na wygrane wybory parlamentarne zapanowała w Prawie i Sprawiedliwości. Andrzej Duda swoim „Dudabusem” dojechał do Pałacu Prezydenckiego.

Rozkład decyzji wyborców.

Głosami ludzi młodych, wyborców wiejskich, Polaków zza granicy, zwolennikom Pawła Kukiza, Duda stał się szóstym prezydentem III Rzeczypospolitej. Dokładnie zaś rozkład głosów opisuję poniżej. Jak podała Państwowa Komisja Wyborcza, w II turze Duda otrzymał 51,55 proc. głosów, a Komorowski - 48,45 proc. Różnica wynosiła więc 3,1 proc. Frekwencja osiągnęła 55,34 procent. Różnica głosów między kandydatami wyniosła ponad pół miliona. Na Dudę zagłosowało 8,6 mln wyborców, a na Komorowskiego – 8,1.

Rozkład geograficzny zwolenników obu rywali pozostał bez zmian w porównaniu z I turą. Za granicą zwycięstwo odniósł Duda, stosunkiem 55,93: 44,07 proc. Przypomnę, że I turę również wygrał Duda, otrzymując 34,76 proc., podczas gdy Komorowski - 33,77 proc. Tyle PKW.

Według danych exit poll mieszkańcy wsi i rolnicy zdecydowanie poparli kandydata PiS – odpowiednio 63,1 i 66,4 proc. Wyborcy najmłodsi (18-29 lat) dali Dudzie 60,8 proc. Nieznacznie opowiedzieli się za nim ludzie w wieku 40-49 lat – 50.8 proc., oraz wyraźnie w przedziale wieku 50 – 59 i ponad 60 lat – odpowiednio 53,8 i 52 proc. W miastach zwyciężył Komorowski. Mężczyźni woleli Dudę – 56,3 proc. Elektorat z wykształceniem licencjackim i wyższym opowiedział się za kandydatem PO – 54,9 proc., w pozostałych kategoriach wyukształcenia zdecydowaną przewagę osiągnął Duda. Właściciele firm i osoby na stanowiskach kierowniczych zagłosowali w większości na Komorowskiego – 66,8 oraz 61,6 proc., pozostałe profesje wolały Dudę: urzędnicy – 50,2, robotnicy – 66,4, studenci i uczniowie – 63,8, bezrobotni – 62,4, emeryci i renciści – 52,9, inne zawody - 54,3 proc.

Sprzed czterech lat elektorat PSL zagłosował na Dudę w 54,3 proc., a SLD – 32 proc. Głosy rywali obu głównych kandydatów rozłożyły się następująco: zwolennicy Kukiza prawie w 60 proc. Andrzeja Jarubasa – w 59,4 proc., Janusza Korwin-Mikkego – 70 proc. oddali głosy na Dudę, natomiast wyborcy Magdaleny Ogórek – opowiedzieli się w 60,6 proc. za Komorowskim. Z powyższych danych wynika, że protestujący przeciw establishmentowi, wobec przegranej ich faworytów, postawili na Dudę. Ciekawostkę stanowi fakt, że wyborcy PSL oraz (teoretyczny już) elektorat ludowców ze wsi nie został przekonany do Komorowskiego, o co apelowało kierownictwo Stronnictwa. Tu poważne pytanie – jak wypadnie Stronnictwo jesienią?

Trudno z kolei określić, który z głównych kandydatów wygrał debaty – jedną w TV publicznej, drugą w TVN. Mogę tylko przedstawić swoją ocenę. Obie wypadły remisowo ze wskazaniem: w pierwszej - na Komorowskiego, drugiej – na Dudę. Natomiast debata wszystkich kandydatów(bez urzędującego prezydenta), jeszcze przed I turą zdecydowanie należała do kandydata PiS.

Wola zwycięstwa

Większość Polaków nie miała pojęcia, że w ogóle istnieje taki polityk, jak 43-letni europoseł Andrzej Duda. Jego rozpoznawalność wynosiła na początku kampanii zaledwie 12 proc., a przecież nie tylko zwyciężył, ale zyskał uznanie zarówno rywali, jak i polityków, których można zaliczyć do przeciwników czy wręcz wrogów formacji, z której się wywodzi. Młodych kandydatów wystawili: PSL – Jarubasa, SLD – Ogórek, Ruch Narodowy – Mariana Kowalskiego. Cała trójka otrzymała wyniki, by rzec oględnie, słabiutkie. O ile RN nie dysponował środkami finansowymi, ani zapleczem medialnym, to ludowcy i Sojusz, choć w różnym stopniu je posiadali.

U Dudy zadecydowała – według mnie – wola zwycięstwa. Najwyraźniej nie grał on na wynik przyzwoity czy dobry, ale postawił na wygraną. Chciał wziąć całą pulę i wziął. Pomogła mu w tym znakomita kondycja psychiczna i fizyczna. Tysiące kilometrów „Dudabusem”, niezliczone spotkania na wiecach i te najtrudniejsze – rozmowy ze zwykłymi Polakami, na ulicach, przystankach, bazarach, dworacach itp. Uśmiech, serdeczność, niekłamane zainteresowanie rozmówcą.
Strategia i taktyka kampanii miała kilka cech zasadniczych. Pierwsza – na wiecach i w debatach Duda nie stosował argumentów ad personam, ale stawiał konkretne problemy, które chce jako prezydent rozwiązać. Po drugie - unikał, jak mógł, agresji wobec przeciwnika, pokonywał argumentami merytorycznymi. Po trzecie – od razu ustawił się – nie tylko werbalnie – jako „prezydent wszystkich Polaków”, toteż partia macierzysta nie funkcjonowała w jego wystąpieniach. Po czwarte – w kampanii nie uczestniczyli w ogóle Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz. Obaj mają duży elektorat negatywny oraz „doprawioną gębę” przez media mainstreamu. Na ile na to zasłużyli, na ile nie, to inna sprawa. Po piąte – pozostawał otwarty na postulaty jego rywali, nawet, jeżeli nie był do nich przekonany lub wręcz przeciwny, np. sztandarowa koncepcja Kukiza JOW-y czy projekt ustawy o in vitro.

Nie wszystko stanowi jednak jego zasługę. „Zwycięstwo ma wielu ojców” - głosi przysłowie. W tym przypadku trzeba podkreślić rolę „matki zwycięstwa” – Beaty Szydło, która stała na czele komitetu wyborczego. Po jej kierownictwem komitet pracował jak w zegarku, a o żadnych sporach, kłótniach czy zadrażnieniach kompetencyjnych nie było mowy. Gdyby tak się działo, wrogie media wyciągnęłyby takie fakty natychmiast. Kampania została zorganizowana w iście amerykańskim stylu i tempie. Nie może więc dziwić, że Szydło stała się obiektem zabiegów tak prezydenta-elekta, jak i przywódcy PiS, co przyznała w rozmowie z TVN24. „Rozmawialiśmy z Andrzejem Dudą na temat tego, czy będziemy dalej współpracować, ale rozmawiałam też z prezesem Kaczyńskim na temat zbliżających się wyborów parlamentarnych i też są pewne rzeczy do zrobienia i do rozwiązania. Nie podjęłam jeszcze żadnej decyzji, tzn. czy będę współpracować z Andrzejem w Kancelarii Prezydenta, czy będę dalej kontynuować swoją karierę parlamentarną, brać udział w wyborach parlamentarnych” - powiedziała. Wyjaśniła, że praca w Kancelarii Prezydenta wiąże się z rezygnacją z mandatu poselskiego. „…praca w okręgu i moja praca poselska jest dla mnie bardzo istotna i zawsze bardziej chyba pozycjonowałam się na to, żeby być takim właśnie posłem, mocno związanym z okręgiem, nawet jeżeli byłam tutaj już mocno zaangażowana w Warszawie” – dzieliła się swoimi dylematami. „Te decyzje przede mną, muszę z rodziną, z mężem, z synami porozmawiać. Poważne propozycje należy poważnie rozpatrywać” - zauważyła.

Jakby nie oceniać J. Kaczyńskiego, wybór Dudy stanowił przysłowiowy „strzał w dziesiątkę”. Lider PiS, prawdopodobnie z ciężkim sercem, usunął się w cień na ten czas. Ani Kaczyński nie gratulował publicznie Dudzie, ani Duda nie dziękował po sukcesie Kaczyńskiemu. Czy mamy do czynienia z ustawiona grą, czy też Kaczyński przeznaczył Dudzie rolę „mięsa armatniego” – by osiągnął dobry wynik zwiększający szanse PiS w wyborach parlamentarnych. Tego nie wiemy i chyba się nie dowiemy. Tylko częściowo lider PiS poruszył tę kwestię podczas wywiadu dla TV Republika. Powiedział, że decyzja o wyznaczeniu kandydata na prezydenta była decyzją zbiorową, a jej akceptacja była wspólna". Zapytany, jak podczas kampanii wyborczej oceniał szanse ówczesnego europarlamentarzysty na wygranie wyborów odparł:

„Początkowo oceniałem jego szansę na zwycięstwo na 10 procent. Potem myślałem o 20–30 procentach”. Prezes PiS zaznaczył, że przed drugą turą jego szanse w opinii wzrosły powyżej 50 procent. Dodał też: „Największym wyzwaniem tej prezydentury jest to, aby ta dynamika, która doprowadziła do zwycięstwa, przyniosła sytuację, w której będzie można zmieniać Polskę i dotrzymać obietnic. (…)Nie wiem, kto będzie premierem, ale wiem jedno. Każdy premier powinien złożyć Andrzejowi Dudzie dymisję bez daty”. Według rozmówcy TV Republika, dokonanie Dudy, daje mu najmocniejszą legitymację do zmiany w Polsce. „Ja wcale nie muszę być premierem” – oświadczył. Ustosunkował się ponadto do niewątpliwego zjawiska politycznego, jakim jest Kukiz i jego ruch. „Trzeba odsunąć od władzy złą partię. Jednak niektórzy myślą inaczej i chcą odsunąć od władzy wszystkie partie” – mówił, mając na myśli właśnie Kukiza. Kaczyński ma głębokie przeświadczenie, że referendum jest niekonstytucyjne. Chciałby porozmawiać z przedstawicielami ruchu utworzonego przez rockmana polityka. Według ex-premiera tworzenie systemu demokratycznego bez partii politycznych nie jest możliwe, a historia pokazuje, że często kończyło się to dyktaturami

W porównaniu do ubiegłych wyborów prezydenckich PiS już obrósł w zaplecze medialne. Prócz Radia Maryja, TV Trwam i „Naszego Dziennika” i „Gazety Polskiej” obecnych na rynku już od dawna, jego kampanię wspierały m.in.: TV Republika, tygodniki – „Do rzeczy”, „W sieci” i kilka nowo powstałych periodyków. Finanse nie stanowiły większego problemu, gdyż PiS, dziś opozycyjny, stanowi część establishmentu, a jako partia zasiadająca w Sejmie otrzymuje dotację z budżetu państwa.
Chociaż PiS należy do zdeklarowanych zwolenników banderowskiego reżimu w Kijowie, Duda potępił jednoznacznie ustawy heroizujące OUN i UPA, a już jako prezydent-elekt odłożył spotkanie z Petro Poroszenko na inny termin.

Można to odczytać jako pokazanie właściwego miejsca prezydentowi Ukrainy. Opowiadając się za obecnością Polski w UE silnie podkreślił potrzebę walki w ramach Unii o polski interes narodowy oraz zadeklarował sprzeciw wobec przystąpienia Polski do strefy euro, tak silnie podtrzymywanej przez PO. Ale polityka zagraniczna nie zajmowała wiele miejsca w jego wystąpieniach, podobnie zresztą jak u Komorowskiego. Obaj koncentrowali się na bieżących sprawach krajowych. Do czołowych obietnic Dudy należy przywrócenie wieku emerytalnego – dla kobiet 60 lat, mężczyzn – 65 lat, oraz podniesienie kwoty wolnej od podatku. Z innych spraw, mniej mierzalnych, należy zwrócić uwagę na kilkakrotne wypowiedzi Dudy dotyczące przywrócenia wspólnoty narodowej.

Cena pychy i pogardy

„To cud, że przy tak nieudolnej kampanii Komorowski dostał aż 48 proc. Aż dziw bierze, że prezydent nie dostał dużo mniej, np. ok. 40 proc., a Duda 60” – mówił prof. Radosław Markowski ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w wywiadzie dla „GW”, oczywiście niebędący zwolennikiem Dudy czy PiS. I tu miał rację.

Komorowski do wyborów przystąpił niechętnie, uważając je za wręcz niepotrzebne, przyjmując postawę „to mi się należy”. Tymczasem wyborcy mieli w większości zdanie wręcz odmienne. Początkowo unikał debat. Nie wziął udziału w debacie wszystkich kandydatów, podczas gdy Duda od razu zgłosił swój akces. Na skądinąd oryginalne zaproszenie Kukiza do dyskusji prowadzonej przez niego z miejsca odpowiedział pozytywnie. Urzędujący (jeszcze) prezydent nie podjął wyzwania na spotkanie we dwóch z Dudą. Dopiero gdy przegrał I turę, wyzwał na pojedynek Dudę, choć Duda uczynił to uprzednio. Podzielił wyborców na „radykalnych” (zwolenników jego kontrkandydata) i racjonalnych (swoich zwolenników). W ten sposób okazał pogardę ogromnej części elektoratu, co zresztą powtórzył już po przegranej I turze.

Z uporem maniaka straszył PiS-em, a rządy tej partii w latach 2005 – 2007 wyglądały w jego narracji jak okres terroru. Tyle, że mało kto się tym przejął, a już najmłodsi najmniej. Prezentował się (jak również czyniły to usłużne wobec PO media) jako kombatant „walki o wolność i demokrację”, choć tak wielkiej roli w tamtych czasach nie przypominają sobie nie tylko młodzi, ale i starsi wyborcy. Specjalista ds. kreowania wizerunku i b. rzecznik prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego tak ocenia kampanię i rolę w niej ex-prezydenta: „Przed II turą wyborów Bronisław Komorowski był kompletnie niewiarygodny dla wielu wyborców. Tak w kwestii swego wizerunku, jak i tego, co deklarował. (…), przypominał trochę zdenerwowanego belfra, który irytuje się na niepokornego ucznia. Tak przynajmniej było w obu debatach.

Niespójność wizerunku Bronisława Komorowskiego w I i II turze była widoczna. W I turze jawił się jako mąż stanu, któremu "należy" się reelekcja, w II turze zaś jako polityk, któremu grunt usunął się spod nóg”. Jak wiadomo, Komorowski wystarał się o poparcie Kwaśniewskiego. Styrczula ten fakt skomentował następująco: „Dla Bronisława Komorowskiego był to "pocałunek śmierci". A zwłaszcza słowa Aleksandra Kwaśniewskiego, że Wojciech Jaruzelski w wyborach prezydenckich poparłby Komorowskiego. Autorytet Aleksandra Kwaśniewskiego - jeśli jeszcze jakiś jest - dla wyborców PO nic nie znaczy. Dla wyborców lewicy znaczy coraz mniej, co pokazała klęska projektu Europa Plus". Jeśli chodzi o konsekwencje przegranej Komorowskiego dla SLD to „na porażce Bronisława Komorowskiego najwięcej zyskał SLD; gdyby wynik był inny, to PO wchłonęłaby przed wyborami parlamentarnymi "sieroty" po SLD. Dzięki przegranej Komorowskiego Leszek Miller i jego ugrupowanie mają czas odbudowanie resztek pozycji przed wyborami parlamentarnymi, aby choćby przekroczyć próg 5 procent”.

W przeciwieństwie do swego konkurenta Komorowski nie potrafił rozmawiać z przechodniami. Popełnił wiele gaf. Nawet to, co pokazywała telewizja publiczna budziło niesmak lub zdziwienie. Jego wystąpienia charakteryzowała daleko posunięta agresja. Zapomniał, iż wyborcy nie lubią napastliwości, ale czego spodziewać się po człowieku, który kompletnie oderwał się od rzeczywistości szarych obywateli. Próbował również „załatwić” Dudę wyciągając „haki”, co też nie zrobiło dobrego wrażenia na widzach. Według mediów, tak przyjaznych jak i nieprzyjaznych ustępującemu prezydentowi, w jego sztabie panował chaos i nie bardzo wiadomo było, kto podejmuje decyzje. Nachalna kampania na jego rzecz w reżimowych mediach oraz sztuczki dziennikarzy-propagandzistów - niestety, bardzo wielu - przyniosły, jak się okazało, skutek odwrotny od zamierzonego. (Analiza zachowania mediów wymagałaby odrębnej analizy.)

O poziomie polityków PO świadczy ich zachowanie podczas wieczoru wyborczego po II turze. Przytoczmy fragment opisu z wieczoru wyborczego sztabu w dniu klęski. „Już od ok. godz. 19 z przecieków było jasne: prezydent Komorowski wybory przegrał. Tej porażki … na własne oczy nie chciało oglądać wielu czołowych polityków PO … zabrakło m.in. ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza, szefa resortu administracji Andrzeja Halickiego, czy posła Stefana Niesiołowskiego. Pojawiła się za to premier Ewa Kopacz, którą wspierały koleżanki – szefowa MSW Teresa Piotrowska i prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz. (…)

Dziennikarze pytali o ocenę prezydenckiej kampanii. Czas na to przyjdzie po ogłoszeniu wyników i będzie je przedstawiał szef sztabu, który był odpowiedzialny za wszystkie strategiczne decyzje – odpowiadał Jakub Rutnicki, poseł PO i członek sztabu. Wyraźnie wskazywał, że winnym jest Robert Tyszkiewicz, szef kampanii. (…) Odpowiedzi na pytania dotyczące klęski w kampanii najwyraźniej chciał też uniknąć m.in. minister Michał Kamiński, który na wieczorze wyborczym nie pojawił się, w oczy biła też nieobecność prezydenckiego ministra Tomasza Nałęcza – obaj pojawili się za to w telewizyjnych studiach. (…) Niczym meteor przez salę przeleciał minister skarbu Włodzimierz Karpiński, był też wicepremier Tomasz Siemoniak, ministrowie z KPRM – Marcin Kierwiński i szef doradców pani premier Jacek Rostowski. Miny jednak mieli nietęgie. Minister infrastruktury Maria Wasiak, niczym Pendolino czmychnęła z wieczoru wyborczego, by nie odpowiadać na pytania dziennikarzy”.

Przegrany nie odstawał od swoich komilitonów. Po ogłoszeniu wyników exit poll wprawdzie pogratulował zwycięzcy, ale dodał: „Dziękuję pospolitemu ruszeniu, które ruszyło do urn. Te 47 procent to pospolite rudzenie w imię wolności, w imię powstrzymania nienawiści i agresji, którą tak niedawno przeżywaliśmy. Tę falę nienawiści trzeba powstrzymać. To pospolite ruszenie może ją zatrzymać. Idą następne bitwy i wyzwania, musimy być na nie gotowi”. Komorowski pokazał swoje prawdziwe oblicze - człowieka, który nie potrafi przegrać, który właśnie sieje nienawiść i agresję, przypisując ją wyborcom Andrzeja Dudy. Potwierdził, swoją postawę nie przyszedłszy do Pałacu Wilanowskiego na uroczystość wręczenia przez przewodniczącego PKW aktu wyboru prezydentowi elektowi. A o jego wiarygodności świadczy fakt wycofania projektu ustawy o emeryturze przysługującej po 40 latach pracy.

Stu dni nie będzie

W dojrzałych demokracjach nowemu gabinetowi czy też nowo obranej głowie państwa przegrani i media oferują sto dni spokoju. Na to nie może liczyć Duda. Urząd Prezydenta Rzeczypospolitej obejmie dopiero 6 sierpnia, a do tego czasu koalicja chce przeprowadzić kilka ustaw, aby postawić go przed faktami dokonanymi. Wprawdzie jako urzędujący prezydent może zgłosić do obecnego lub przyszłego Sejmu projekt uchylający te ustawy, ale zawsze trudniej jest coś cofnąć niż uchwalić. Z drugiej strony zgłoszenie przez niego dwóch projektów ustaw – podatkowej oraz emerytalnej - postawi rządzącą koalicję w trudnej sytuacji. Ich odrzucenie obniży szanse wyborcze PO i PSL, ale podważy też skuteczność nowego prezydenta. Musi również zmierzyć się z dylematem – jak zostać de facto, a nie deklaratywnie „prezydentem wszystkich Polaków”, a jednocześnie nie utracić własnego zaplecza politycznego, jakim jest partia Kaczyńskiego.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że stanie się wkrótce obiektem niewybrednych ataków przeciwników politycznych i służących im mediów.

Stawić też będzie musiał czoła zmianom politycznym, które bez wątpienia nastąpią po wyborach jesiennych. A kompetencje Głowy Państwa w Polsce są mocno ograniczone, by nie powiedzieć żadne. Również sytuacja międzynarodowa oraz raczej mało przychylne odgłosy w Unii Europejskiej przysporzą mu wielu kłopotów. „Nieszczęsny, będziesz miał to, o czym marzyłeś” – rzekł był jeden z mędrców starożytnych. Miejmy jednak nadzieję, że nowy prezydent poradzi sobie z trudnościami i stanie się rzeczywiście polskim prezydentem.

Zbigniew Lipiński
30 maja 2015 r.
W wersji skróconej artykuł ukaże się w numerze 23-24 Myśli Polskiej
fot. duda.pl

Dzial: