Kombatanctwo i Ukraina – to pogrążyło Komorowskiego

komor_0.jpg

Bronisław Komorowski już prawie przegrał te wybory – trudno bowiem wskazać elektorat innych kandydatów, z którego mógłby skorzystać w II turze. Na tę porażkę obecny prezydent pracował bardzo usilnie i wytrwale, nie wyciągając żadnych wniosków z analizy prawdziwych nastrojów społecznych. Wolał słuchać kolegów z Unii Wolności niż głosu rozsądku.

Wśród przyczyn porażki Komorowskiego na czoło wysuwają się według mnie dwie – solidarnościowe kombatanctwo i Ukraina. Kombatanctwo solidarnościowe to nie jest przypadłość tylko prezydenta, ale całej postsolidarnościowej „klasy politycznej”. Polega ona na przekonaniu o wyjątkowej roli, jaką ten ruch miał odegrać nie tylko w skali kraju, ale i świata. Ludzie ci uwierzyli, że oni sami „obalili komunę”, że wdzięczność powinno się im okazywać po wsze czasy. Co więcej, tylko ta formacja ma prawo do rządzenia, bo to prawo dała im historia. Mentalność ta, jako żywo przypominająca mentalność działaczy PZPR sprzed 1989 roku, stała się dla dużej części społeczeństwa nie do zniesienia – nikt nie lubi, kiedy praktycznie codziennie przypomina mu się, że musi czcić ludzi, którzy „obalili komunę”. Tym bardziej, kiedy się już tej „komuny” nie pamięta albo kiedy wcale się tak źle im nie kojarzy.

Tymczasem Pan Prezydent mówił o tym praktycznie w każdym swoim przemówieniu, bez względu na okoliczności i kontekst. Słowo „wolność” i „pokolenie Solidarności” powtarzał tysiące razy jak jakieś zaklęcie. Jeden z tygodników nazwał go „prezydentem kombatanckich gawęd”, co uznać należy za nad wyraz trafne. W tym koszmarnym kombatanctwie utwierdzało Komorowskiego otoczenie złożone z ludzi dawnego KOR i Unii Wolności. A ludzie ci żyją przeszłością, są przekonani, że już wszystko się odbyło i jest dobrze. „Rewolucję już zrobiliśmy” – mówił Komorowski, po co więc coś zmieniać?

Z kombatanctwem wiąże się ściśle inna przyczyna porażki obecnego prezydenta. Ta porażka nazywa się Ukraina. Popychany do bezkrytycznego popieranie obecnych władz w Kijowie Komorowski utracił w pewnym momencie umiar i rozsądek. Stał się tak bardzo „proukraiński”, że w opinii wielu ludzi sprzedał interesy polskie na ołtarzu „wspólnej sprawy”, jaką jest dla niego walka z Rosją. Nie zauważył bądź nie chciał zauważyć ważnej ewolucji nastrojów społecznych. Polacy coraz liczniej dystansują się od polityki wschodniej państwa, nie akceptują bezrozumnej rusofobii i nie mają zamiaru narażać swojego kraju w interesie banderowsko-oligarchicznej Ukrainy.

To nie przypadek, że Paweł Kukiz, ostro wypowiadający się przeciwko tej polityce, zyskał takie poparcie. A Komorowski? Pomimo licznych upokorzeń i wpadek kompromitujących go jako Głowę Państwa – brnął do końca w to bagno. Miał w tym wsparcie salonu i mediów, ale nie wyborców. To, że tego nie dostrzegł, jak sprytniejszy sztab Andrzeja Dudy – kosztowało go wiele. Nie może być bowiem bezkarny ktoś, kto prawie codziennie daje do zrozumienia, że interes innego państwa jest dla niego ważniejszy niż interes własnej Ojczyzny. Kto sprawia wrażenie kogoś, kto bardziej nienawidzi Rosję niż kocha Polskę.

W II turze tych wyborów zmierzą się dawaj politycy tego samego obozu ideowego, reprezentanci tego samego establishmentu. Jednak jeden z nich ma większe szansę, bo za przeciwnika ma polityka uznanego za zgranego, polityka, który w przekonaniu wielu zawiódł.
Jan Engelgard