Bezdroża polskiej polityki zagranicznej (1)

Grzegorz_Schetyna.jpg
„Stwierdzam kategorycznie, że nie postrzegamy jako zagrożenia niedawnego przyjęcia przez Radę Najwyższą (Ukrainy – ZL) czterech ustaw o polityce historycznej. Apeluję do klubów i kół parlamentarnych, aby nie wykorzystywać tych kwestii w toczącej się kampanii wyborczej. Nie będzie to zgodne z polską racją stanu” – mówił 23.04.15 szef MSZ, Grzegorz Schetyna otwierając sejmową debatę nt. polskiej polityki zagranicznej.

W dodatku źle (należ sądzić – z premedytacją) nazwał temat tego pakietu, gdyż ustawy te rehabilitują OUN i UPA oraz wprowadzają sankcje karne za negowanie ich roli w odzyskaniu niepodległości Ukrainy. To mówi o ministrze wszystko, a głównie o jego związku z polskością. W ten sposób podeptał (niestety, nie on jeden) pamięć bestialsko pomordowanych przez UPA 150 tys. Polaków na Kresach Wschodnich.
Swoje wystąpienie starannie pozbawił konkretów, które zastępował słowami: „będzie”, „szansa”, „mamy nadzieję”, „pogłębiamy”, „prowadzimy dialog”, „staramy się”, „dążymy do”, „możemy być”, „dążymy”, „przygotowujemy” itp., itd. Tylko wrogość wobec Rosji i przyjaźń dla postbanderowskiego reżimu w Kijowie eksplikował konkretnie. A nade wszystko nie sformułował celów polskiej (nie unijnej) polityki zagranicznej.

Z banderowską Ukrainą przeciw Rosji

Schetyna zaczął ostro. Zrównał on terrorystów islamskich z polityką Rosji wobec Zachodu oskarżając obie strony o nienawiść do tzw. wartości zachodnich, aczkolwiek (tu wykazał czujność) nie określił tychże wartości. Sięgnął też do patetycznej przenośni, mówiąc o wizji powiewającego unijnego błękitnego sztandaru nad Dnieprem, na Bałkanach Zachodnich i nad Bosforem. Sporo miejsca poświęcił wzmacnianiu wschodniej flanki NATO i tzw. Siłom Odpowiedzi NATO, deklarując naszą gotowość do uczestnictwa w siłach szybkiego reagowania oraz wzmocnienia Wielonarodowego Korpusu Północny Wschód w Szczecinie. W ten sposób wpisał Polskę w amerykańską koncepcję przygotowywania wojny z Rosją. Ukraina jest przecież tylko pretekstem.

Opowiedział się też za eksportem systemu politycznego Polski i Zachodu, mówiąc o szansie „by kraje graniczące z Unią przejmowały jej dorobek, by europejskie standardy polityczne, gospodarcze i społeczne stały się udziałem coraz większej liczby społeczeństw. Złożył hołd tzw. Majdanowi twierdząc, że wystąpienie to dało początek europejskiej tożsamości narodu ukraińskiego. W dalszym ciągu jako szef MSZ wsparł sankcje wobec Rosji, w związku z poparciem tego państwa dla tzw. separatystów na wschodzie Ukrainy. W razie ponownych działań zbrojnych w sposób zawoalowany obiecał „mocniejsze wsparcie państwa ukraińskiego, w tym jego obronności”.

Poinformował również o pomocy siłom zbrojnym Ukrainy poprzez pomoc w reformie szkolnictwa wojskowego w tym kraju. Przypomniał o obiecanym kredycie 100 mln euro, atoli nie wspomniał na jakich warunkach ma być udzielony ani kiedy i w jaki sposób spłacony. Słusznie, wiadomo przecież, że tych pieniędzy nigdy nie ujrzymy. Istnieje również bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że kredyt ten zostanie zmarnowany lub przyjęty przez sprawujących realną władzę na Ukrainie oligarchów. Inne formy wsparcia postbanderowskiej Ukrainy to program stypendialny dla młodzieży ukraińskiej, chcącej studiować w Polsce oraz powołanie pełnomocnika rządu RP ds. reform na Ukrainie. „Polska pomoc dla Ukrainy rośnie z roku na rok pod względem finansowym i politycznym” – radośnie głosił Schetyna, traktując tę pomoc jako polską rację stanu. Mówił też o chęci kontynuowania procesu pojednania historycznego „opartego na prawdzie”, ale natychmiast dodał sformułowanie o „niezamykaniu się na wrażliwość sąsiada”. Innymi słowy przyjął historyczną narrację postbanderowską.

Rozszerzyć eurokołchoz

Schetyna pochwalił się też wysiłkami przyciągnięcia do euro-kołchozu takich krajów jak Gruzja, Mołdawia, Armenia, Azerbejdżan. Natomiast za przyczynę - jak to określił eufemistycznie - „ochłodzenia” stosunków z Rosją wymienił nie tylko kwestię ukraińską, lecz także zabójstwo Niemcowa, jak twierdzi – kampanię zastraszania upominających się o respektowanie tzw. praw człowieka, wojnę informacyjną, odmowę wjazdu do Rosji Bogdanowi Borusewiczowi, sprawę zwrotu wraku samolotu TU-154 czy problem z pomnikiem ofiar katastrofy w Smoleńsku. Przemilczał jednak, że to Warszawa była orędownikiem coraz surowszych sankcji wobec Rosji oraz domagała się poszerzenia listy osobistości rosyjskich, którym zakazano wjazdu na teren UE. Sporo miejsca poświecił rozwojowi stosunków z krajami pozaeuropejskimi, co należy uznać z słuszne, choć więcej mówił o zamiarach i staraniach niż konkretach.

Natomiast wręcz śmiesznie zabrzmiało chwalenie się podpisaniem umów o unikaniu podwójnego opodatkowania z… Etiopią i Senegalem. Nie mogło oczywiście zabraknąć mowy o zabiegach handlowych i inwestycyjnych skierowanych do Izraela, „ważnego i bardzo atrakcyjnego partnera politycznego”. Bez tego mógłby paść zarzut antysemityzmu, czego minister chwalebnie uniknął.

Polska ma być aktywnym uczestnikiem dyskusji o reformie Unii. Ale jak widzimy ową reformę, nie sposób doczytać się u Schetyny. Z jednej strony podtrzymał zobowiązanie do wprowadzenia euro, ale z drugiej obiecał, że będzie brał pod uwagę „interes Polaków i przewidywalność tego obszaru”. Wykazał tu elementarny brak logiki: albo euro, albo interes Polaków. Zapowiedział obronę polskich obywateli i przedsiębiorstw przed dyskryminacją i enigmatycznie poinformował o krokach zmierzających do zniesienia przepisów o płacy minimalnej. Dyskretnie nie wymienił kraju, który te praktyki stosuje, bo chodzi przecież o Niemcy, które – stwierdził mówca – „są dzisiaj głównym partnerem Polski”. Mamy z RFN podpisać umowę o współprac policji obu państw. Nie zaistniały w jego przemówieniu takie problemy jak: uzyskanie przez Polaków tam zamieszkałych praw mniejszości narodowej, nieuregulowana do dziś kwestia własności na Ziemiach Odzyskanych, zapis konstytucji RFN mówiący o granicach z 1937 r., czy odszkodowania dla Polski z tytułu zrujnowania naszego kraju. Wprawdzie MSZ prowadzi rozmowy o „uznaniu praw” Polaków w RFN, ale zabrakło tu postulatu właśnie uznania polskiej mniejszości. Bardzo łagodnie potraktował antypolską politykę Litwy ograniczając się do stwierdzenia, że „dalszemu pogłębieniu kontaktów” służyłoby respektowanie układu z 1994 r., w którym zawarto obowiązek respektowania praw zamieszkałych tam Polaków..

Z faktów wymieńmy przeznaczenie dla 144 projektów wspierających Polonię 32 mln zł. Więc porównajmy: 100 mln euro zapomogi dla Ukrainy, a 32 mln zł dla Polonii. Komentować nie trzeba.

Uderzyć w Białoruś

W wojowniczej retoryce wsparł, a nawet przelicytował Schetynę jego kolega klubowy pos. Robert Tyszkiewicz. Mówił on bez ogródek: „Podczas kilku ostatnich szczytów (Unii – ZL) Polska odegrała istotną rolę jako lider projektu mającego na celu powstrzymanie Rosji, utrzymanie twardej polityki w zakresie sankcji, gdy było to niezbędne dla wsparcia suwerenność Ukrainy”. I powtórzył starą bzdurę – „nie ma wolnej Polskie bez wolnej i niepodległej Ukrainy”. Poszedł dalej niż minister domagając się, by idea pełnego członkostwa Ukrainy w Unii pozostała otwarta.

O ile Schetyna nie atakował Białorusi, a nawet ogródkami zapowiadał poszerzenie kontaktów, o tyle Tyszkiewicz walił „na odlew”. Przypomniał zbliżające się wybory prezydenckie w tym kraju i domagał się ich monitorowania przez międzynarodowe komisje. Czemu? Ponieważ został tam uwięziony kandydat na prezydenta sprzed pięciu lat – Mikołaj Statkiewicz. A w ogóle warunkiem normalizacji stosunków Mińskiem powinno być zwolnienie wszystkich więźniów politycznych. Ale to nie wszystko. Pan poseł wymienił także „wspieranie procesu demokratyzacji, budowę społeczeństwa obywatelskiego, tworzenie wolnych mediów i współpracę z tzw. opozycją demokratyczną. Jeśli nie jest to ingerencja w wewnętrzne sprawy suwerennego państwa, to co nią jest? Drugim element mają stanowić ułatwienia wizowe ze strony UE, mające „szerzej otwierać Białoruś na kontakty z Europą”.

„Złoty wiek” Rostowskiego

„Z punktu widzenia pozycji Polski w Europie jest to nasz drugi złoty wiek, najlepszy dla nas czas od ponad 300 lat” – ogłosił wszem i wobec Jan Vincent Rostowski. Jego zdaniem zyskaliśmy najwięcej na obecnym porządku w Europie, albowiem w latach 2008-2014 odnotowaliśmy największy skumulowany wzrost gospodarczy w UE i całym Zachodzie, skróciliśmy dystans do średniego PKB unijnego o 1/3. I … uwaga, uwaga! „Dzisiaj mamy bezrobocie poniżej średniej unijnej, zresztą także poniżej poziomu z 2007 r. według statystyki Eurostatu (…) To Polska ma dzisiaj ponad 16 mln zatrudnionych, czyli więcej niż kiedykolwiek od 25 lat. Ta siła gospodarcza przekłada się stopniowo na lepsze warunki życia Polaków, ale także na rosnące znaczenie polityczne, dyplomatycznie i militarne Polski w Europie”.

Rostowski jakoś „zapomniał”, że ok. 3 mln Polaków, głównie młodych i wykształconych, wyemigrowało z Polski za chlebem. A przecież tę liczbę należy dodać do cyfry bezrobotnych w naszym kraju. Ma natomiast rację, konstatując polepszające się warunkach życia w naszym kraju, tyle że należy uzupełnić nieco jego wypowiedź. Żyje się lepiej i coraz lepiej establishmentowi, do którego należy Rostowski. Dla nich to rzeczywiście złoty wiek.

Według Jana Vincenta jesteśmy nie tylko potęgą gospodarczą, ale i polityczno-militarną, ponieważ „osiągnęliśmy tę pozycję, budując prawdziwą siłę od podstaw, a nie jałowym wymachiwaniem szabelką, nie obrażając naszych partnerów ani nie wchodząc w nieustające konflikty z sojusznikami”. Oczywiście głównie dzięki koalicji PO-PSL.

Wbrew temu, co utrzymywał nieoficjalnie będąc ministrem finansów opowiedział się za wejściem do strefy euro, jednak pod pewnymi warunkami, a mianowicie: gdy będzie tego wymagał nasz interes i zostanie naprawione funkcjonowanie tej strefy. Rzecz jasna Rostowski podkreślił znaczenie sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi oraz pochwalił zwiększenie wydatków na obronę, w tym zakupy sprzętu za dziesiątki miliardów złotych. Pominął fakt, że pieniądze te zasilą zachodnie i międzynarodowe koncerny zbrojeniowe, a nie polski przemysł obronny. Bo czyż prawdziwy Europejczyk zwraca uwagę na takie drobiazgi? „Nigdy w historii Polski nie było takiego programu wzmocnienia naszych możliwości obronnych i – jak wspomniałem – nie byłoby to możliwe bez rekordowego wzrostu gospodarczego Polski” – konkludował ex-minister.
Czyli: „Polska potęgą jest i basta!”. A głównie w rezultacie działań kierowniczej siły naszego państwa – Platformy Obywatelskiej.

CDN
Zbigniew Lipiński
2 maja 2015 r.
Myśl Polska, nr 19-20 (10-17.05.2015)

Dzial: