Łysiak-Wildstein 1-0

wildstein_0.jpg

Poległ na ukraińskim froncie? Kto? Bronisław Wildstein. Gość nie wytrzymał ciśnienia i opuścił szeregi tygodnika „Do Rzeczy”, który jako jeden z niewielu jednak zdecydował się na publikowanie różnych stanowisk na temat Ukrainy.

Wildstein tego znieść nie mógł – pewnie postawił redakcji ultimatum – ja albo Waldemar Łysiak. Łysiak bowiem musiał irytować go niepomiernie, zwłaszcza ostatnim artykułem, który da się streścić jednym zdaniem: „pieprzyć Ukrainę” (fragmenty drukowaliśmy w poprzednim numerze MP). Widać redakcja „Do rzeczy” analizując sympatie swoich Czytelników wybrała Łysiaka.

Wildstein żegna się z tygodnikiem pełen buty i arogancji. Nie wymieniając z nazwiska Łysiaka tak pisze: „Jak zawsze w momencie konfrontacji z Rosją w Polsce uruchomiony został korpus stronników Moskwy. To niestety norma w historii naszego kraju, a targowica nosiła różne imiona. Większości z owych poputczików nie trzeba nawet opłacać. Wystarczy umiejętna gra na tchórzostwie, urazach i głupocie, a w tej dziedzinie rosyjskim organizatorom nie sposób odmówić zręczności. Wielu z tych, którzy powtarzają antyukraińskie frazesy, może nawet deklarować niechęć do Moskwy. Nie zmienia to faktu, że działają w jej interesie”.

Nikt nie będzie płakał po Wildsteinie. Tygodnik „Do Rzeczy” stanie się od tej chwili jeszcze bardziej strawny, wolny od jego zatrutej nienawiścią nowomowy i sekciarstwa. W sumie to jednak przypadek odosobniony – w Polsce z redakcji można szybko być wyrzuconym za poglądy niezbyt entuzjastyczne wobec „demokratycznej i prozachodniej” Ukrainy niż odwrotnie. Tym większe słowa uznania – Łysiak-Wildstein 1-0.
Scriptor