Viktor Orban i Polska

orban_2.jpg
Polska zagrała razem z Węgrami o dużą stawkę. Jedni twierdza, że tę walkę przegraliśmy, inni, że daliśmy się rozegrać Orbanowi, który miał do załatwienia konkretne sprawy i to mu się udało. Chodzi o to, że Orban obawiał się, że powiązanie praworządności z funduszami unijnymi dotyczy przede wszystkim kwestii ich wydawania, a wobec Węgier wysuwa się zarzuty natury korupcyjnej.

Polski to nie dotyczyło, bo uznaje się, że jesteśmy w tej kwestii bardzo skrupulatni. Skoro tak, to nad nami nie wsiał żaden brukselski miecz, wisiał zaś nad Węgrami. Przy okazji tej rozgrywki obie strony, polska i węgierska, powoływały się na sentymenty historyczne, mocno zakorzenione zwłaszcza u nas. Kult Węgier jest u nas bardzo silny i ma długą historię. Przeze wiele dziesiątków lat polski obóz romantyczno-insurekcyjny uznawał Węgrów za najbliższych przyjaciół (wspólna walka w 1848 czy 1863). Po 1918 roku piłsudczycy, nienawidzący Czechów – usilenie dążyli do osłabienia państw czechosłowackiego i wzmocnienia pozycji Węgier. Jednak problem z Węgrami polegał na tym, że były one od połowy XIX wieku coraz bardziej progermańskie, co skończyło się tym, że w obu wojnach światowych walczyły po stronie Niemiec. Z punktu widzenia myśli geopolitycznej Narodowej Demokracji Węgry były więc państwem znajdującym się we wrogim Polsce obozie. Roman Dmowski zawsze wolał Czechów od Węgrów, a tzw. stara endecja do Węgier podchodziła nader ostrożnie. Dopiero w latach 30. radykalny odłam obozu narodowego ulokował Węgry tam, gdzie sanacja.

W propagandzie PiS współczesne Węgry występują w tradycyjnej, neoromantycznej wersji historycznej narracji. Orban przyjmuje to chętnie, choć on sam traktuje te reminiscencje czysto instrumentalnie (jak chcą, niech tak mówią). Przede wszystkim dlatego, że współczesne Węgry Orbana nie mieszczą się w historycznym schemacie, w przeciwieństwie do Polski, która jawi się niczym słomiany anachroniczny chochoł z „Wesela” Wyspiańskiego. O ile w Polsce żyje się historycznymi mitami z mocnym elementem antyrosyjskiej paranoi, to Węgry są od tego całkowicie uwolnione. W Polsce sądzono np., że trauma po rewolucji 1956 i krwawym jej stłumieniu przez wojska ZSRR – na długo utrwali rusofobiczny schemat w mentalności polityków budapesztańskich. Stało się jednak odwrotnie, owszem, przez kilka lat mocno podkreślano tradycję 1956 roku, upamiętniono ofiary, ale na tym koniec.

Orban uznał, że nie można ciągle podsycać napięcia w relacjach ze współczesną Rosją grając ofiarami sprzed lat, uczynił więc coś zupełnie innego, niż robili i robią polscy politycy i kreatorzy tzw. polityki historycznej. Z agendy zeszła nie tylko rewolucja 1956 roku, ale i rok 1848. Orban oczywiście nie wycisza tych rocznic, ale nie nadaje im też jakiejś nadzwyczajnego, wręcz metafizycznego znaczenia, jak to ma miejsce w Polsce. Przemawiając w kolejną rocznicę powstania 1848 roku pozwolił sobie nawet na taką refleksję – owszem, rok 1848 to nasza tradycja, ale jako konserwatysta nie zaleca powtarzania takiej drogi. To tak, jakby np. Prezydent RP powiedział podczas obchodów rocznicy powstania warszawskiego – tak to jest nasze dziedzictwo, ale i wielkie ostrzeżenie, żeby takich rzeczy na drugi raz nie robić. Przyznajmy, że jest to nie do wyobrażenia.

Tak więc Węgry współczesne, Węgry Orbana nie są już w tym sensie tamtymi Węgrami. Orban dokonał czegoś nieprawdopodobnego – przeszedł do porządku dziennego nad polityczną spuścizną historyczną własnego narodu, uznał, że współczesność, i obecne interesy Węgier, są ważniejsze niż historyczne resentymenty. To jest także coś, z czym w Polsce nikt nie może dać sobie rady. Dokonał także innej rzeczy – z państwa letniego religijnie, obojętnego na sprawy tożsamości chrześcijańskiej, dotkniętego przez protestantyzm i ateizm – uczynił państwo jednoznacznie opowiadające się po stronie chrześcijańskiej tożsamości Europy. Może to być rzecz jasna polityczna taktyka, mająca konkretny cel – czyli wyraźne zdystansowania się od liberalnej i laickiej Europy, może to być refleks osobistej wojny Orbana z Sorosem – ale w generalnym rozrachunku nie ma to znaczenia.

Węgry Orbana, mimo że wielu w Polsce uważa, że mają taką samą politykę jak Polska, i są nam we wszystkim bliskie – w rzeczywistości prowadzą politykę bardzo odległą od tego, co robi Polska. Przede wszystkim Węgry nie podzielają naszego konfrontacyjnego nastawienia do Rosji, nie wierzą w mityczne zagrożenie z jej strony, nie podzielają idei budowania w Europie murów, także militarnych. Węgry widzą w Chinach i Rosji państwa równoważące liberalne wpływy ideologiczne i amerykańskie wpływy geopolityczne. Węgry grają na wszystkim możliwych fortepianach, dzięki czemu wywalczyły sobie status państwa znacznie więcej znaczącego na politycznej mapie Europy niż o wiele większa Polska. Pokazały, że nawet w układzie narastającej polaryzacji międzynarodowej można zachowywać się inaczej niż państwa, które wybrały lokajstwo. Z tego też powodu Viktor Orban, przez wielu w Europie znienawidzony, jest jednak postrzegany jako poważny i znaczący gracz, z którym należy się liczyć a nawet szanować. W tej misternej grze Orban utrzymał jeden element starej polityki węgierskiej – dobre relacje z Niemcami. To zapewnia mu parasol ochrony i umożliwia znalezienie wyjścia nawet z najbardziej zawiłych sytuacji. Przykład ostatniego kryzysu wokół budżetu UE jest tego najlepszą ilustracją.

Polska polityka tymczasem jest całkowitą odwrotnością polityki węgierskiej. Orban ma tego świadomość, uznaje polskich polityków za ludzi nieodpowiedzialnych (słynne stwierdzenie po rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim (wedle przecieku): „Spędziłem sześć godzin z szaleńcem”). Jakie ma jednak wyjście? Pewnie chciałby, żeby Polska była krajem rządzonym przez ludzi poważnych, może nawet cały czas na to liczy, na razie musi jednak grać z tymi, którzy są. Widać, że odpowiada mu Mateusz Morawiecki, z którym znalazł wspólny język, który jednak tkwi w zastarzałych koleinach polskich fobii historycznych i politycznych i jest w dodatku na uwięzi partii rządzącej. Na razie odnotował sukces – Polska stanęła obok Węgier w rozgrywce z Brukselą i to się Węgrom opłaciło. Nie były same – udział Polski w grze pomógł Orbanowi w wynegocjowaniu kompromisu, który go satysfakcjonuje.

Jeśli polityka polska ma odnieść jakieś długofalowe korzyści ze współpracy z Orbanem – musiałaby się od niego sporo nauczyć. Na razie jednak w kluczowych kwestiach polska odpowiedź jest taka: Węgry mają inne położenie, nie sąsiadują z Rosją, więc mogą sobie pozwolić na nieco inną politykę, której nie do końca akceptujemy. Całkowity błąd w ocenie sytuacji – to właśnie położenie Polski jako sąsiada Rosji powinno nas zmuszać do przyjęcia filozofii politycznej Orbana jako swojej. Póki co jednak wolimy zastępować takie myślenie wspomnieniami o „tradycyjnej polsko-węgierskiej przyjaźni”.

Jan Engelgard