Uniwersytety po stronie rewolucji (1)

razny 2a.jpg
Polskie uniwersytety i inne szkoły wyższe włączyły się oficjalnie do trwającej w Polsce rewolucji kulturalnej po ogłoszeniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej, uznającego ją za niezgodną z naszą konstytucją. Świadectwem tego jest wydane 30 października br. oświadczenie Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich. Rektorzy sprzeciwiają się w nim wyrokowi TK, a jednocześnie solidaryzują ze studentami protestującymi przeciwko niemu na ulicach polskich miast.

„Jesteśmy z Wami i dla Was” – ogłosili, stając po stronie zrewoltowanych tłumów, które do swojego protestu dołączyły żądanie aborcji na życzenie oraz dymisję rządu PiS. Żaden z rektorów nie wycofał się ze stanowiska Konferencji, nawet wówczas, gdy okazało się, że protesty mają charakter nie tylko kulturowo-cywilizacyjny, ale również polityczny i przybrały charakter wojny. Wojnę tę ogłosił Ogólnopolski Strajk Kobiet jako główny organizator protestów oraz przystępujące do nich różne lewicowe stowarzyszenia i fundacje walczące m. in. o „prawa” dla środowisk LGBT+.

Deklaracja poparcia niektórych uniwersytetów i szkół wyższych dla żądań Strajku znalazła swój wyraz w konkretnym działaniu – zwolnieniu studentów z zajęć w celu umożliwienia im udziału w ogłoszonej wojnie. Niektóre uniwersytety postanowiły stanąć w jej awangardzie i wystąpiły z dodatkowymi oświadczeniami, m.in. „niepokoju” z powodu wyroku TK – jak to uczyniło kolegium rektorskie Uniwersytetu Jagiellońskiego – czy z ogłoszoną przez władze Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu deklaracją pomocy prawnej dla studentów, którzy mieliby problemy z powodu udziału w manifestacjach. W żadnym z oświadczeń i deklaracji nie ma próby powstrzymania młodzieży akademickiej od manifestacji ulicznych choćby z powodu pandemii i wzrostu zakażeń Sars-COV-2 oraz zakazu zgromadzeń. Również w tym wymiarze uczelnie zaprzeczyły swym zadaniom wychowawczym, popierając łamanie prawa i antyspołeczne postawy, skutkujące jeszcze większym wzrostem zakażeń.

O wiele ważniejszy jest jednak moralny i związany z nim kulturowo-cywilizacyjny wymiar zaangażowania uniwersytetów w toczącą się w Polsce rewolucję kulturalną - po stronie zła. Protest przeciwko wyrokowi TK ogłaszającemu, iż aborcja eugeniczna jest sprzeczna z polską konstytucją, to nie tylko forsowanie kategorii zła w naszym prawie, ale również lansowanie zła moralnego w życiu zarówno pojedynczego Polaka jak i polskiego społeczeństwa. Wszystkim przecież wiadomo, że aborcja jest zabijaniem dziecka, a ta eugeniczna jest zabijaniem najsłabszego, bo obarczonego wadami.

Protest z powodu wyroku TK jest świadomą manifestacją woli zabijania. Woli tym bardziej odrażającej, że zbudowanej na fałszywym micie „ludzi nauki”. W kwestii życia dzieci nienarodzonych owi ludzie stracili okazję, aby raczej milczeć, niż głosić ich śmierć – czym skompromitowali swoją naukę. Mamy przecież prawo pytać, dlaczego ich nauka nie jest w stanie leczyć wad dziecka poczętego, na które odpowiada wyrokiem jego śmierci. „Ludzie nauki” – przyjmujący dyktat politycznej poprawności – nie są z stanie odpowiedzieć na pytanie, jaki związek mają te wady z antykoncepcją, in vitro, szczepieniami, GMO i innymi tzw. osiągnięciami współczesnej cywilizacji. Tu więc nie ma się czym szczycić, a występowanie pod sztandarami zasłużonych uczelni jest szukaniem alibi dla niemocy naukowej bądź zniewolenia ideologicznego.

Władze uniwersytetów - zamiast stać na straży ich autonomii i wpisanych w ich rodowód uniwersalnych wartości poznawczych i moralnych – zdecydowały się na udział w rewolucji po stronie agresywnych środowisk lewicowo-liberalnych. Zgodnie ze swą rolą w rewolucji – jaką jest od czasów Szkoły Frankfurckiej nadzorowanie dyskursu publicznego – wypowiadają się w języku politycznej poprawności.

I tak: Kolegium rektorskie UJ, bijąc na alarm z powodu wyroku TK, podkreśla, że jego ogłoszenie w czasie pandemii jest „skrajnym dowodem braku odpowiedzialności za losy ludzi". Nie uściśla jednak, o kogo chodzi: dzieci nienarodzone, ludzi przemysłu aborcyjnego czy o rewolucyjny tłum domagający się aborcji na życzenie. Swoje wystąpienie kolegium najstarszej polskiej uczelni uzasadnia odpowiedzialnością za losy jej wspólnoty; jednocześnie zaznacza, iż jest ono reakcją na „zdarzenia, które boleśnie dotknęły – niezależnie od poglądów politycznych i światopoglądowych – nie tylko środowisko akademickie, ale Obywatelki i Obywateli naszego kraju”.

To już klasyczna nowomowa politycznej poprawności. Wyrok TK i jego ogłoszenie nazywa zdarzeniami, Polki i Polaków obywatelami, Polskę naszym ( czyli czyim?) krajem, podkreślając, iż „zdarzenia” boleśnie ich wszystkich dotknęły. O cierpieniu zabijanych dzieci ani słowa, o ich prawie do życia również, podobnie jak o ich prawie do pochówku i grobu. Ta nowomowa jest już świadectwem posthumanizmu, który wyklucza najsłabsze istoty nie tylko z życia, ale również z pola ludzkiej wrażliwości.

Jeśli mamy do czynienia z takim stosunkiem do aborcji, to nie powinna dziwić zgoda środowisk akademickich na dokonywaną przez rewolucyjny tłum profanację kościołów i symboli religijnych oraz patriotycznych, dewastację pomników, wulgarne hasła i knajacki język, ataki na duchownych i ludzi modlących się etc. Parafrazując Fiodora Dostojewskiego – jeśli Boga nie ma, wszystko jest dozwolone – możemy stosunek środowisk akademickich do nihilizmu i anarchizmu rewolucyjnego tłumu skwitować konkluzją: jeśli można zabijać najsłabszych, wszystko jest dozwolone. Niektórzy przedstawiciele tych środowisk – np. historycy sztuki z Uniwersytetu Warszawskiego – tak bardzo utożsamili się z protestującym tłumem, że swój autorytet naukowy rzucili na szalę obrony czerwonej błyskawicy Strajku Kobiet przed tymi, którzy w zgodzie z faktami historycznymi wiążą go z symbolem Hitlerjugend.

Zniewolenie relatywizmem – dyktat politycznej poprawności

W akademickim permisywizmie moralnym mają niemały udział panie, czego przykładem jest list otwarty „kobiet nauki i sztuki”, wyrażający ich sprzeciw wobec wyroku TK, Kościoła Katolickiego i „idei bogoojczyźnianych”, a także żądanie dymisji profesora Przemysława Czarnka ze stanowiska ministra MEiN. List jest bełkotem intelektualnym, w dodatku tak bardzo oddalonym od problemów nauki i sztuki, że może być zakwalifikowany jedynie do zbioru manifestów feministycznych.

Towarzyszące takim oświadczeniom protesty pracowników naukowych przeciwko ministrowi Czarnkowi są także przejawem ich zaangażowania w rewolucję kulturalną i bezpośrednio w bieżącą politykę. Protestujący nie zgadzają się bowiem na bronione przez niego wartości konserwatywne – chrześcijańskie i patriotyczne. Zgadzają się natomiast na cynizm, nihilizm, anarchizm rewolucyjnego tłumu. Reprezentatywny pod tym względem jest skierowany do polskich władz list otwarty pracowników Wydziału Polonistyki UJ, zarzucających profesorowi Czarnkowi niewłaściwe poglądy oraz domagających się jego dymisji. Ten list nie jest niczym więcej jak tylko świadectwem nagonki na ministra o konserwatywnych poglądach i dowodem włączania uniwersytetu do walki politycznej z obecną władzą.

W ramach tej walki poloniści z UJ chcieliby cenzurować wypowiedzi polskich ministrów i odsuwać od władzy tych, którzy odrzucają panujący na uczelniach dyktat relatywizmu i zbudowaną na nim ideologię politycznej poprawności. Ideologia ta, utożsamiana często z utworzonym przez Szkołę Frankfurcką w ubiegłym wieku marksizmem kulturowym, stosuje bowiem legalną cenzurę - narzuca w każdym dyskursie język bezwarunkowej afirmacji wyłącznie dla każdej mniejszości, stosując jednocześnie język negacji wobec swoich przeciwników. Zgodnie z programem kulturowym i politycznym tej Szkoły promuje ataki na chrześcijaństwo, tradycyjną rodzinę, małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny. Jednocześnie promuje na obecnym etapie gender i transgender w formule żądania praw dla środowisk LGBT+, co potwierdzają m.in. protesty przeciwko ministrowi Czarnkowi.

Znamienny jest w tym wypadku protest pracowników Wydziału Filozoficznego UJ jako wyraz tępej wrogości wobec osób negujących polityczną poprawność. Broniąc osób z LGBT+, rzekomo poniżanych przez ministra, filozofowie – nazwijmy tak wszystkich protestujących z tego Wydziału - albo udają, że nic nie wiedzą o ukształtowanym przez te środowiska współczesnym niewolnictwie, albo niewolnictwo to akceptują: Jest nim kupowanie od surogatek dzieci przez pary homoseksualne i skazywanie ich na wychowanie i życie bez matki w związku gejowskim i bez ojca w związku lesbijskim. Targi dzieci…- to kwintesencja świata LGBT+.

To najohydniejsza forma niewolnictwa w dziejach ludzkości i uzurpacja antropologiczna skutkująca ułomną tożsamością kupowanych dzieci. Ale tutaj nie ma żadnego protestu. Czyżby haniebny proceder uprawiany przez promowane środowisko LGBT+ przerastał możliwości intelektualne filozofów? Co to za filozofowie? Na co nam tacy filozofowie, poloniści czy historycy sztuki? Ci pierwsi w dodatku cynicznie twierdzą, że przyświeca im dewiza Plus ratio quam vis, a przecież jawnie ją odrzucają – podobnie jak pozostali – domagając się ukarania ministra za jego poglądy, które arbitralnie uznali za uwłaczające piastowanej przez niego godności.

Tolerancja takich filozofów i całej reszty politycznie poprawnych pracowników naukowych ma bowiem charakter represyjny. Ma wykluczać z ich grona każdego niepoprawnego – zgodnie z założeniami Szkoły Frankfurckiej, a w szczególności jednego z najbardziej aktywnych jej przedstawicieli w rewolucji 1968 roku – Herberta Marcuse, który głosił tolerancję nietolerancyjną (Repressive Tolerance) dla osób o prawicowych poglądach. Taką tolerancję reprezentują wszyscy sygnatariusze akademickich listów protestacyjnych. Taka jest bowiem zakodowana w politycznej poprawności.

Na jej fundamencie nie da się stworzyć dobra wspólnego, które winno obejmować wszystkich w danej wspólnocie, nie zaś tylko wybrane mniejszości narodowe czy seksualne. Politycznie poprawni nauczyciele akademiccy – w dodatku włączający się w rewolucję kulturalną – nie są i nie będą dla swoich studentów mistrzami. Wypracowana w średniowiecznych uniwersytetach relacja nauczyciel-uczeń kształtuje się bowiem na gruncie najwyższych wartości duchowych, moralnych i kulturowych, symbolizowanych przez prawdę, dobro i piękno.

Te wartości, ugruntowane przez średniowieczne uniwersytety jako transcendentalia, przez wieki wyznaczały kierunek rozwoju nauki i wychowania młodych pokoleń. Nie zdołał wykorzenić ich z przestrzeni universitas ani antymetafizyczny racjonalizm oświecenia, ani przyrodniczo-ewolucyjny materializm pozytywizmu, ani ateistyczny marksizm-leninizm. Nie unicestwiła ich rewolucja francuska, a po niej rewolucja bolszewicka. W walce z nimi skuteczna, niestety, okazała się rewolucja kulturalna, której przewodziły i przewodzą uniwersytety. Skuteczny okazał się marksizm kulturowy oraz inspirujący tę rewolucję w ostatnich jej fazach – gender, transgender, LBGT+ - postmodernizm ukierunkowany antymetafizycznie, antyaksjologiczne i ateistycznie.

Postmodernizm jak żaden inny nurt filozoficzny zaatakował kategorię prawdy, oddzielając od niej myślenie i lansując myśl bez prawdy, co niektórych przedstawicieli tego nurtu – m.in. Michela Foucaulta i Richarda Rorty’ego skłoniło do całkowitego jej odrzucenia. Za przyczyną postmodernizmu uniwersytety przestały być świątynią prawdy, przestrzenią jej poszukiwania przez wspólnotę ludzi o różnych światopoglądach, zgodnie jednak uznających dążenie do niej za cel nauki. Sama filozofia stała się natomiast polityką kulturalną, świadczącą usługi m.in. rewolucji kulturalnej. Odrzucenie kategorii prawdy umocniło dyktat relatywizmu i zrodzoną z marksizmu kulturowego polityczną poprawność.

Od 1968 roku kolejne pokolenia akademickiego świata relatywizują prawdę, dobro i piękno, rozrywając ich jedność, unieważniając ich metafizyczne zakorzenienie. Kolejne pokolenia szydzą z tych wartości, określonych przez Platona w Fajdrosie mianem boskich, wskazujących człowiekowi miarę jego człowieczeństwa. Uzależniają ich sens od swych partykularnych, często politycznych interesów. Od dwóch dekad jest to uzależnienie od interesów różnych mniejszości, sprzecznych z interesami większości. Polityczna poprawność w demoliberalnych systemach Zachodu stała się bowiem dyktaturą, łamiącą wszelkie zasady uwielbianej w jego świecie demokracji. Zdyskredytowała jego tradycyjne wartości, odcięła od chrześcijańskich korzeni i skazała na wegetację w nijakości.

Kontekst społeczny i polityczny

Polska nie doświadczyła bezpośrednio rewolucji 1968 roku. Bezkrytycznie przyjęła jednak po 1989 roku jej konsekwencje w sferze kultury, nauki, polityki. Wstępując do Unii Europejskiej, stała się częścią zdewastowanego przez nią świata. Dzięki Kościołowi oraz konserwatywnym środowiskom – broniącym wartości chrześcijańskich, rodzimej tradycji i niepodległości – nie została jeszcze w tym świecie zatopiona. Kościół i środowiska konserwatywne tworzą bowiem fenomen polskiego katechona, za którym stoi wciąż malejąca milcząca większość. Dlatego w toczącej się obecnie w Polsce rewolucji kulturalnej katechon został bezpardonowo zaatakowany.

Udział uniwersytetów w tym ataku jest bezsprzeczny. Wprawdzie jeszcze nie wystąpiły one jawnie przeciwko Kościołowi, ale popierają rewolucyjny tłum, który profanuje jego świętości, dewastuje jego świątynie, napada na jego kapłanów i wiernych. Te same uniwersytety, które nadawały tytuł honoris causa św. Janowi Pawłowi milczą, gdy jest szargane jego imię, negowany pontyfikat i dorobek kulturowy, wyśmiewany udział w pokonaniu komunizmu, bezpodstawnie zarzucane tuszowanie pedofilii w Kościele.

Chlubny wyjątek stanowią tutaj władze KUL, które wystąpiły w obronie Jana Pawła II wbrew politycznie poprawnej większości. Milczenie tych, którzy wręczali papieżowi dyplomy z tytułem dr h. c., nie jest zwykłym tchórzostwem. Jest zwykłym zaprzaństwem, także wobec pokolenia Solidarności, której duchowy i moralny kształt nadał św. Jan Paweł II. Na szczęście, gdy milczą w tej sprawie uniwersytety, odzywają się wbrew ich stanowisku polscy profesorowie, którzy wystąpili z apelem o powstrzymanie ataków na osobę i spuściznę papieża – Polaka.

Słabe są nadzieje na to, że ich apel otrzeźwi środowiska akademickie i uniwersyteckie władze, a tym bardziej na to, że powstrzyma toczącą się rewolucję i zapobiegnie niesionej przez nią całkowitej destrukcji duchowej i kulturowej Polski. Nie pozwoli jednak umrzeć katechonowi i wzmocni jego siły. Jest bowiem świadectwem tego, że w tym trudnym czasie są wśród ludzi nauki ci uczciwi, którzy dają świadectwo prawdzie. W dodatku to oni są z milczącą większością, potwierdzając słowa Piotra Wysockiego z III części „Dziadów”:

Nasz naród jak lawa
Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa
Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi
Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.

Prof. Anna Raźny
CDN
Myśl Polska, nr 49-50 (6-13.12.2020)