Koszmary ze snów rusofobów

the american 1.jpg
Słyszymy często, że były przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Senatu Joe Biden jest dobrze przygotowany w sferze spraw międzynarodowych, co odpowiada urzędowi prezydenta. Faktycznie, został nominowany przez Demokratów na wiceprezydenta u boku Baracka Obamy właśnie z uwagi na swoje doświadczenie w sferze międzynarodowej.

Jednak wiedza to coś innego niż przekonania. Niestety, umysł Bidena wydaje się wciąż tkwić w czasach zimnej wojny, która zakończyła się przed trzema dekadami. W jednym z wywiadów kilka tygodni temu dla programu „60 Minut” stwierdził on: „Tak, myślę, że największym zagrożeniem dla Ameryki, dla naszego bezpieczeństwa i sojuszy, jest obecnie Rosja”. To wyjątkowo prymitywne twierdzenie. Nic dziwnego, że Rosja wstrzymała się od komentarzy po jego zwycięstwie. Jedyna sensowna odpowiedź mogłaby brzmieć obraźliwie.

Rosja jest podmiotem mało sympatycznym i autorytarnym. Władimir Putin jest nacjonalistycznym strongmanem, zdeterminowanym do obrony interesów swoich, swoich zwolenników i swojego kraju. Choć Rosjanie postrzegają się jako część zachodniej i chrześcijańskiej cywilizacji, wielu z nich nie identyfikuje się z liberalnym konsensusem Zachodu. Liberalizm stracił tam wszelkie wpływy już wiele lat temu; opiewany na Zachodzie opozycjonista Aleksiej Nawalnyj jest raczej zdeklarowanym nacjonalistą, który nie zgadza się z Putinem bardziej w sprawie tego, kto powinien rządzić, niż jak rządzić.

Moskwa stanowi wyzwanie raczej praktyczne niż ideologiczne. Komunizm już dawno umarł i został pogrzebany, nikt nie rości sobie pretensji do formułowania „konsensusu moskiewskiego” czy „konsensusu pekińskiego” jako alternatywy wobec „konsensusu waszyngtońskiego”. W polityce wewnętrznej Putin twardo rozprawia się z opozycją, jednak niczym nie różni się tu od wielu innych dyktatorów przyjmowanych z otwartymi ramionami w Waszyngtonie.

Na przykład, władze amerykańskie i rządy europejskie, które nałożyły sankcje na Rosję, jednocześnie zbroją o wiele bardziej krwawą i zbrodniczą dyktaturę saudyjską, która porywała opozycjonistów zagranicą, przerobiła konsulat na salę tortur, w której poćwiartowano dysydenta; siała śmierć i zniszczenie w sąsiednim Jemenie, jednym z najuboższych krajów świata. Do niedawna ci sami zachodni politycy z chęcią inwestowali i handlowali z Chińską Republiką Ludową, która idzie w kierunku duszącego totalitaryzmu, zamyka w obozach reedukacyjnych tysiące ludzi i popełnia zbrodnie przeciwko kulturze. Co na tym tle Waszyngton i Bruksela mają jeszcze do powiedzenia o Rosji?

A co z polityką zagraniczną Moskwy?

Rosja powróciła do polityki wielkich mocarstw a la rok 1914, domagając się uwzględniania własnych interesów, zagwarantowania nienaruszalności granic i poszanowania statusu. Stąd bierze się jej wrażliwość na sponsorowane przez Zachód zmiany reżimów i na ekspansję NATO w pobliżu jej granic. Choć Rosja bywała czynnikiem destabilizującym, wykazywała niewielkie zainteresowanie ekspansją geopolityczną. Mimo, że sam dźwięk nazwiska Putina wywołuje histeryczne reakcje, nie jest on nowym wcieleniem Adolfa Hitlera czy Josifa Stalina. Odrodzone imperium rosyjskie pozostaje wyłącznie koszmarem ze snów rusofobów.

Moskwa poparła secesję Abchazji i Osetii Południowej, których tożsamości historyczne nie miały nic wspólnego z Gruzją. Robiąc to, Putin po prostu osłabiał wrogie państwo sąsiednie i odpowiadał w ten sposób na bezprawne rozczłonkowanie Serbii przez NATO. Tak naprawdę, wykorzystał bezprawność amerykańskich działań jako precedens; jednostronnie wsparł prawo do samostanowienia poprzez operacje humanitarne bez akceptacji Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Krym był historyczną częścią Rosji, przekazaną w ramach jednego państwa Ukrainie w czasach walk o władzę po śmierci Stalina. Jego mieszkańcy najwyraźniej poparli zmianę, motywowaną tak naprawdę koniecznością zabezpieczenia bazy marynarki wojennej w Sewastopolu przed nowymi, wspieranymi przez Stany Zjednoczone władzami ukraińskimi. Destabilizacja sytuacji w Donbasie bez jego aneksji była racjonalnym, choć brutalnym środkiem zapobieżenia integracji euratlantyckiej Ukrainy.

Nasi jastrzębie do znudzenia histerycznie powtarzają, że wszystkie te działania zagrażają bezpieczeństwu Europy, ale już nie wyjaśniają w jaki sposób. Moskwa stwarzała trudności i w innych regionach, choćby w krajach bałtyckich, jednak nigdy nie przejawiała zainteresowania konfrontacją czy, tym bardziej, wojną z Europą i Stanami Zjednoczonymi. Co miałby na niej zyskać Putin? Kontrolę nad trzema zrujnowanymi republikami z wrogą większością nierosyjską? Wzmacnianie takich lęków wygląda na skalkulowaną i cyniczną operację uzasadniania dalszego trwania NATO.

Co gorsze, zachodnie prowokacje zostały wyrzucone na śmietnik niepamięci. Putin rozpoczął prezydenturę nie mając żadnych negatywnych uczuć pod adresem Stanów Zjednoczonych i Zachodu. Jako były oficer KGB, wyglądał raczej na pragmatycznego nacjonalistę niż na komunistę. Zachód jednak dał mu do zrozumienia, że musi podchodzić do niego z rezerwą.

Odtajnione dokumenty pokazują wyraźnie, jak amerykańscy i europejscy urzędnicy systematycznie oszukiwali Michaiła Gorbaczowa i Borysa Jelcyna w kwestii ekspansji NATO. Administracja Billa Clintona w ogóle nie brała pod uwagę zdania Moskwy, używając największego na świecie bloku militarnego do wojny przeciwko Jugosławii, która nie zaatakowała ani nie zagrażała żadnemu z jego członków. Historyczna część Serbii, zamieszkała przez liczną serbską populację, została poddana okupacji i odebrana jej wbrew prawu międzynarodowemu.

Następnie Stany Zjednoczone i Europa wsparły „kolorowe rewolucje” w Gruzji i na Ukrainie, czyli w krajach, które były historycznie częścią imperium rosyjskiego i Związku Radzieckiego. W 2008 roku obu tym krajom obiecano członkostwo w NATO. Sześć lat później Europa zdecydowała się przeorientować handel zagraniczny Ukrainy na zachód, a Bruksela i Waszyngton wsparły uliczny przewrót przeciwko skorumpowanemu, lecz jednak wybranemu demokratycznie prezydentowi, który był zasadniczo przyjazny wobec Moskwy. Ta operacja wywołała rosyjską interwencję na Ukrainie.

Rosyjska brutalna ingerencja wobec Ukraińców nie była uzasadniona, jednak zachodni politycy nie byli niewiniątkami upowszechniającymi po prostu cudowną liberalną demokrację. Przecież Stany Zjednoczone nigdy nie zgodziłyby się na podobną akcję ze strony Rosji na półkuli zachodniej. Trudno sobie nawet wyobrazić masową histerię i zbiorową psychozę, gorączkę wojenną, która pojawiłaby się w Waszyngtonie, gdyby to Moskwa zorganizowała obalenie rządów Kanady i Meksyku, a następnie zaoferowała ich nowym władzom sojusze.

Karkołomne są utyskiwania na rosyjskie wsparcie dla Syrii. Kraje te były sojusznikami od lat 1950. Zaangażowanie Rosji w pomoc dla Kuby i Wenezueli wygląda raczej na symboliczny rewanż za działania Ameryki w kierunku okrążenia jej sojusznikami, bazami i wojskami. W rzeczywistości Stany Zjednoczone odrzuciły ideę podziału świata na strefy wpływów i przeszły do stosowania doktryny Jamesa Monroe w skali globalnej; według Waszyngtonu, cały świat jest strefą interesów amerykańskich, w której tylko i wyłącznie Stany Zjednoczone mają wyłączne prawo do interwencji.

Moskwa była oskarżana także o bardziej bezpośrednie ataki przeciwko Stanom Zjednoczonym. Jednak twierdzenia, że Rosja wypłacała nagrody za skalpy amerykańskich żołnierzy w Afganistanie nigdy nie wyglądały zbyt wiarygodnie, choćby dlatego, że w tym samym czasie talibowie negocjowali z administracją Donalda Trumpa. I Waszyngton, i Moskwa nierzadko wspierały śmiertelnych wrogów przeciwnika, zazwyczaj przekazując im pieniądze i broń. To Ameryka odpowiada za tysiące zabitych radzieckich żołnierzy w Afganistanie (pamiętacie słynne przenośne zestawy Stinger?). Przeciwpancerne pociski Javelin dostarczone w ubiegłym roku na Ukrainę miały służyć do zabijania Rosjan i ukraińskich separatystów. Jakże szybko Amerykanie o takich sprawach zapominają!

Najpoważniejszym spośród zarzutów wysuwanych przeciwko Rosji jest jej ingerencja w amerykańskie wybory. Jest to niebezpieczne, lecz przecież sam Waszyngton ingerował w dziesiątki wyborów na całym świecie, włącznie z rosyjskimi wyborami w 1996 roku, gdy administracja Clintona zrobiła wszystko, by zapewnić reelekcję Jelcynowi. Amerykańskie winy nie czynią Moskwy niewinną, jednak Stany Zjednoczone powinny w tych sprawach wykazywać mniej świętoszkowatości i więcej pokory. Waszyngton powinien raczej zaproponować zawieszenie broni zakładające również zakaz ingerencji politycznych w sprawy drugiej strony.

Zachowanie Moskwy nie odbiega od norm międzynarodowych ani nie zagraża podstawowym interesom amerykańskim. Niezwykle potrzebna jest gotowość Waszyngtonu i Brukseli do poważnych negocjacji, które uwzględniałyby również interesy Moskwy. Tocząca się dziś mała zimna wojna korzystna jest wyłącznie dla Chin, pchając Rosję w ich objęcia. Biorąc pod uwagę wzrost potęgi Pekinu, Zachód powinien raczej dążyć do tego, by Rosja była przynajmniej neutralna.

Możemy sobie wyobrazić szerokie porozumienie uznające istnienie różnic geopolitycznych w sprawach takich, jak Syria, Iran i Korea Północna, w ramach którego Moskwa mogłaby zmniejszyć wsparcie dla Kuby i Wenezueli, a Stany Zjednoczone zrezygnować z poruszania kwestii Abchazji i Osetii Południowej. Władze obu krajów mogłyby zgodzić się na porzucenie ingerencji w sprawy polityczne, łącznie z tzw. wspieraniem demokracji, którym zajmowały się zagraniczne struktury hodowane przez Stany Zjednoczone. Waszyngton mógłby uzgodnić z Moskwą sprawy współpracy na rzecz pokoju i stabilności w Afganistanie, z którego amerykańskie wojska mogłyby się wycofać. Dialog NATO z Rosją doprowadzić powinien do wzrostu przejrzystości, regularnej komunikacji, wspólnych działań na pograniczach i środków budowy zaufania, które zmniejszyłyby ryzyko nieprzewidzianego konfliktu.

Wreszcie Stany Zjednoczone i Europa powinny porzucić plany ekspansji NATO i sankcje związane z Ukrainą. Rosja zaś powinna zaprzestać wspierania separatystów. Kijów powinien zgodzić się na przyznanie im większej autonomii, zgodnie z porozumienia mińskimi. Sprawa Krymu mogłaby zostać pozostawiona na dalszym planie; Zachód mógłby nadal odmawiać uznania jego aneksji i zakazywać współpracy gospodarczej z nim, ale jednocześnie odwołać sankcje przeciwko Rosji w związku z tą kwestią. Waszyngton powinien zaproponować przeprowadzenie międzynarodowego referendum decydującego o jego przyszłości, które pozwoliłoby zdecydować samym mieszkańcom, w którym kraju chcą żyć.

Grupa ekspertów z praktycznym doświadczeniem w sferze polityki zagranicznej wezwała niedawno do takiego rzeczowego dialogu z Moskwą. Zaapelowali oni o „zrównoważone działania na rzecz wzajemnego odstraszania i odprężenia. Powinniśmy, zachowując nasze zdolności obronne, zaprosić Rosję do trwałego dialogu strategicznego będącego odpowiedzią na głębokie przyczyny braku zaufania i wrogości, a jednocześnie koncentrującego się na ogromnych i pilnych wyzwaniach w sferze bezpieczeństwa, które dotyczą obu krajów”.

Czy Joe Biden byłby w stanie odrzucić zimnowojenny sposób myślenia?

Nawet, jeśli tak, to mogłoby się to okazać niewystarczające. Dziwaczny, ponadpartyjny lęk przed Rosją ma głębsze źródła. Ma to niewiele wspólnego ze sprawami obrony Ameryki, a bardziej wiąże się z zaangażowaniem w globalny proces inżynierii społecznej. Rosja nie stanowi rzeczywistego zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych, a jej arsenały nuklearne stają się niebezpieczne wyłącznie w sytuacji pogorszenia stosunków dwustronnych. I to jest właśnie kolejny powód, dla którego warto te relacje poprawić.

Niegdyś antykomunista Richard Nixon wybrał się z wizytą do Pekinu. Czy rusofob Joe Biden nie mógłby wybrać się do Moskwy? Jego zwolennicy przedstawiali go jako naturalnie pragmatycznego centrystę. Mógłby zatem stać się tym prezydentem, który przyzna, że Rosja ma swoje uprawnione interesy i nie można od niej oczekiwać, by podporządkowała swoje bezpieczeństwo ambicjom globalnej hegemonii Waszyngtonu. Tak naprawdę, najlepszym sposobem ochrony bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych byłoby porzucenie rozbudowanych i przekraczających realne możliwości ambicji geopolitycznych Ameryki, które prowadzą do niepotrzebnych konfliktów na całym świecie z innymi mocarstwami, łącznie z Rosją.

Doug Bandow

Przedruk za: „The American Conservative” (theamericanconservative.com). Tytuł i śródtytuły od redakcji „Myśli Polskiej”.

Doug Bandow (ur. 1957 w Waszyngtonie) – amerykański prawnik i ekonomista, współpracownik Instytutu Katona (Cato Institute), autor szeregu książek i publicysta, w przeszłości doradca prezydenta Ronalda Reagana.

Tłum. MP
Myśl Polska, nr 47-48 (22-29.11.2020)

Dzial: