Trump jeszcze walczy

trump 33.jpg
Uważam, że Andrzej Duda tym razem akurat słusznie powstrzymał się z gratulowaniem „zwycięstwa” Joe Bidenowi, bo też, rzeczywiście, czas na to przyjdzie ewentualnie po ogłoszeniu wyniku głosowania w kolegium elektorskim lub nawet po orzeczeniu Sądu Najwyższego o ważności wyborów. Tweet Dudy wpisuje się, moim zdaniem, sprawnie w działania pozwalające zachować potencjał stosunków zarówno z (rozsypującym się) obozem Trumpa, jak i z obozem Bidena.

Na transfer władzy w USA w ogóle nie należy zresztą patrzeć w kategoriach „demokratycznych wyborów”, tylko walk frakcyjnych w oligarchii rządzącej tym państwem – jako monarchiści i realiści nie wierzymy przecież w kłamstwo demokracji o tym że to „naród wybiera swoich przedstawicieli w uczciwych i przejrzystych wyborach”. Ani odwołująca się do demokratycznych mitów propaganda jankeskiego establishmentu popierającego Bidena, ani odwołująca się do tych samych w gruncie rzeczy demokratycznych mitów propaganda Trumpa, nie powinny nam zaciemniać obrazu sytuacji.

W USA toczy się walka o władzę, w której strony starają się zmobilizować różne, pozostające w ich dyspozycji zasoby. Trump jest dysydentem z establishmentu i obecna kampania o odsunięcie go od władzy jest przedłużeniem walki prowadzonej przez niego z tzw. deep state przez minione cztery lata jego dotychczasowych rządów. Trump jest jednak politykiem słabym, jego decyzje i działania były dotychczas chaotyczne, niespójne, powodowane impulsami, nie zbudował w związku z tym żadnego zaplecza (może poza Sądem Najwyższym) ani nie pozyskał żadnych liczących się sojuszników (bo trudno za takich uznać efemerydy pokroju AltRight i QAnon).

Ministrowie i czołowi urzędnicy podczas jego rządów zmieniali się jak w kalejdoskopie, nie przejął nie tylko „poczt i telegrafów”, ale żadnego liczącego się pionu administracji, żadnego głównego medium, żadnej służby siłowej, nie stworzył, jak Putin, własnej plutokracji, nie podporządkował sobie nawet Partii Republikańskiej, jak zrobili to wcześniej neokonserwatyści. Trump nie zbudował też żadnych „struktur równoległych”, które równoważyły by potencjał establishmentu – w USA nie powstały żadne tamtejsze odpowiedniki CBA, IPN, WOT, nie ma żadnej masowej organizacji społecznej lub młodzieżowej jak w Wenezueli, która mogłaby wyprowadzić dla wsparcia Trumpa na ulice rzesze ludzi.

W efekcie, Trump ma przeciwko sobie wywiad, najważniejsze stacje telewizyjne i tytuły prasowe, większość wielkiego biznesu, większość społeczeństwa z najważniejszymi miastami które są cywilizacyjnymi centrami USA, coraz większą część GOP, a nawet podobno już niektóre osoby ze swego najbliższego otoczenia (Esper, Kushner). Po stronie Trumpa nie opowie się neutralna armia, prawicowe milicje nie zaczną blokować dróg ani okupować centrów miast. Trump może liczyć tylko na SCOTUS, co nie czyni go całkiem bez szans, jego aktywa są jednak bardzo skromne, a czas dodatkowo działa na jego niekorzyść, ponieważ – w odróżnieniu od urzędującego prezydenta – establishment działa metodą faktów dokonanych i niemal z godziny na godzinę buduje legitymizację dla transferu urzędu głowy państwa na ręce Bidena, którą coraz trudniej będzie ewentualnie Trumpowi odwrócić.

Ja od początku pisałem, że – wbrew zachwytom wielu – Trump jest po prostu słabym politykiem. Swoje ostatnie „sukcesy” dyplomatyczne zawdzięcza wyłącznie temu, że miał do dyspozycji przytłaczający glob ziemski ciężar największego światowego molocha politycznego. Porównajmy sobie jednak Trumpa choćby z Erdoganem, który zaczynał z jeszcze słabszej (bo antysystemowej, a nie dysydenckiej) pozycji, sprzymierzył się jednak przejściowo z mocno cuchnącym środowiskiem Gulena i wykorzystał do pozbycia się kemalistowskiego betonu fakt, że zinfiltrowało ono cały aparat państwowy, by potem środowisko to rozbić z pomocą pozyskanych dla siebie policji i pionów armii, a samego Gulena zmusić do ucieczki do kraju, na rzecz interesów którego od początku działał i gdzie przebywa do dziś.

Porównajmy sobie to z Orbanem, który przez lata swoich rządów zbudował dla nich zaplecze medialne, kapitałowe, kadrowe, w postaci (niewidocznych niekiedy) barier chroniących węgierski system polityczny przed ciosami z zewnątrz. Sprawniej działali nawet (reprezentujący tę samą kategorię polityczną pokątnych kacyków na smyczy Waszyngtonu) Aleksander Vucić w Serbii i Jarosław Kaczyński w Polsce. Trump nie zbudował nic i będzie mu teraz bardzo trudno kontynuować walkę, bo jego aktywa topnieją w zastraszającym tempie.

Mimo tego, walka o władzę w USA wciąż się toczy, a Trump, choć zwalony na ziemię, wciąż paruje ciosy i próbuje się podnieść. Dopóki nie zostanie ostatecznie dobity, dopóty roztropność nakazuje ostrożność i pozostawienie sobie otwartych różnych opcji.

Ronald Lasecki
fot. profil fb Donalda J. Trumpa
8.11.2020

Dzial: