Kryzys białoruski jako punkt zwrotny (2)

rt 1.png
Na skalę protestów na Białorusi wpłynęły przemiany społeczne. W kraju pojawiło się kilku oligarchów (Aleksnader Lucenk, Andriej Klamko,Wiktor Kiłsyj), a także grupa milionerów licząca jednak zaledwie 0,1 % populacji, którzy zaczęli identyfikować się z transnarodową elitą biznesu.

Silnikiem protestów białoruskich była jednak nowa klasa kreatywna – specjaliści od technologii informatycznych (IT), których jest około 100-120 tysięcy, głównie mężczyzn. Ten nowoczesny przemysł uruchomiony dzięki prezydentowi generuje 5% wzrostu gospodarczego.

Nowa klasa, żyjąca w nowym, wirtualnym świecie liczb, chociaż dobrze zarabia to chce nowego wzoru państwa i innej estetyki. Tym wyobrażeniom nie odpowiada już Łukaszenka. Można mówić więc o syndromie syna marnotrawnego. Pełzająca rewolucja hipsterów obejmuje ludzi zamerykanizowanych, kosmopolitycznych, pracujących, a więc nie zainteresowanych w istocie polityką. W porównaniu do analogicznych wydarzeń w innych państwach, w których potencjał buntu zazwyczaj rósł ze względu na deprywację ekonomiczną i problemy socjalne, tu pojawił się w odwrotnej sytuacji. To też świadczy os odmienności modelu białoruskiego. Omawiane pokolenie to także efekt przemian cywilizacyjnych takich jak: szybkie filmy, szybkie samochody, pędzące reklamy, dynamika sportu, pogoń za mamoną; stąd: przebodźcowanie i brak umiejętności koncentracji opartej na logice, prawdzie i racjonalnej dyskusji.

Do tej dynamiki psycho-społecznej nie przystaje system polityczny oparty 26 lat na jednej osobie. Taki jest heglowski duch czasu. W systemach zachodnich tym grupom społecznym odpowiada tele-mele-demokracja (Tadeusz Klementewicz), oparta o sztuczne podziały polityczne, marketingowo zorganizowane różnice tożsamościowe, preparowana przez spin doctorów konstruujących narracje dnia, itd. I tutaj rysuje się sprzeczność antagonistyczna: ludzie, którzy uznają dobro własne za najważniejsze (ideologicznym wyrazem jest słowo „wolność”) chcą decydować o kierunku polityki zajmującej się dobrem wspólnym.

Kryzys białoruski sprawił, że w sferze międzynarodowej w pełni ujawniły się sprzeczności rywalizacji pomiędzy obrońcami euratlantyzmu czyli hegemonii USA, a siłami konthegemonicznymi. Gratulacje z okazji zwycięstwa Łukaszence złożyło szereg państw. Jako pierwszy, przywódca ChRL Xi Jinping, a także prezydenci: Rosji – Władimir Putin, Kazachstanu – Kasym-Żomart Tokajew, Azerbejdżanu – Ilham Alijew, Uzbekistanu – Szawkat Mirzijojew, Tadżykistanu – Emomali Rachmon, Kirgistanu – Suronbaj Dżinbekow, premier Armenii Nikol Paszynian, a także prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan. Przedstawiciele Unii Europejskiej oraz USA oświadczyli, że nie uznają wyborów prezydenckich za uczciwe i apelują do białoruskich władz o ponowne przeprowadzenie głosowania.

Poniższa mapa ukazuje w istocie globalny wymiar rywalizacji świata euratlantyckiego i eurazjatyckiego tj. państw sojuszniczych lub stref wpływów tych dwóch mega-przestrzeni opartych na odrębnych ośrodkach potęgi. Pomimo, że Białoruś nie jest państwem liberalnej demokracji to wydaje się, że mobilizacja protestów na taką skalę oznacza sukces opozycji na polu „wojny pozycyjnej” (opisanej w teorii hegemonii Antonio Gramsciego) . System Łukaszenki utracił w znacznym stopniu zdolność uzyskiwania spontanicznego przyzwolenia na rządy jednoosobowe. Pojawił się więc elementy społeczeństwa obywatelskiego. W jego obrony rozpoczęto tzw. wojnę manewrową, w której zwiększono rolę aparatu przemocy, chociaż urzędujący prezydent zdołał także zmobilizować poparcie dużej części społeczeństwa.

Nie przypadkowo tzw. opozycja mobilizowała masy do wystąpień przeciwko prezydentowi ukrywając cele, które chciała realizować po przejęciu władzy w państwie. Są nimi: wejście do NATO i zerwanie z integracją eurazjatycką; nacjonalizm językowy podobny do neobanderowskiego (pomimo, że 80% rozmawia na co dzień po rosyjsku); najważniejsze: likwidację przedsiębiorstw państwowych i zastąpienie ich małym i średnim biznesem, który miałby wchłonąć 300 tys. nowych bezrobotnych. Symbolicznym wyrazem tej postawy stało się używanie flagi biało-czerwono-białej zamiast obowiązującej, która zastąpiła ją w 1994 roku. Możemy więc w istocie mówić o próbach kontrrewolucji burżuazyjnej. Na kontrrewolucyjny wymiar protestów wskazuje również profil biograficzny głównych kandydatów opozycyjnych.

Walerij Cepkało to były ambasador Białorusi w USA znajomy państwa Clintonów, były współpracownik Łukaszenki i administrator białoruskiej doliny krzemowej, którego żona, Waleria Cepkało w 12 krajach postradzieckich reprezentuje amerykańską korporację Microsoft. Z kolei kandydat Wiktor Babariko był wcześniej dyrektorem spółki-córki rosyjskiego Gazpromu co sugeruje, że również ze strony rosyjskiej są oligarchowie zainteresowani zmianą władzy na Białorusi, która sprzyjać będzie interesom rosyjskiej oligarchii. Dlatego tak nerwowa była reakcja, gdy tuż przed wyborami aresztowano 33 członków rosyjskiej prywatnej kompanii wojskowej, a Łukaszenka bezpośrednio obwinił Rosję za ingerencję w wybory.

Okazało się to elementem rozgrywki służb ukraińskich w celu pozbawienia Mińska wsparcia ze strony Moskwy. Główna kontrkandydatka Swietłana Cichanouska w pełni ujawniła cele, którym służy, spotykając się z prawdziwym „aniołem śmierci” Bernardem/Henri Levy – ideologiem neoliberalizmu i promotorem kolorowych rewolucji; obecnym od Serbii przez Gruzję, Arabską Wiosnę aż do Ukrainy po stronie sił prozachodnich. Jego obecność oznacza w najlepszym przypadku kryzys społeczny, a w najgorszym - wojnę domową. O jego „demokratycznych ideałach” świadczy, że w popieraniu mas zrobił tylko jeden wyjątek: proponował siłowo zdławić liczący setki tysięcy ludzi, ruch „żółtych kamizelek” we Francji.

Istotnym novum białoruskiej sytuacji jest niejednoznaczna postawa Stanów Zjednoczonych. Wiele wskazuje, że za kolorowa rewolucją stoją siły tzw. „deep state”, których widzialna manifestacją są fundusze Sorosa i Partia Demokratyczna, ale nie opcja obecnego prezydenta. Trump rzeczywiście w pierwszej chwili nazwał protestujących na Białorusi terrorystami. Ta niejednoznaczność może jednocześnie oznaczać próbę grania z Moskwą w grę „w dobrego i złego policjanta”. Pierwszym jest prezydent USA, który za status quo na Białorusi oferuje Rosji przejście na stronę USA przeciwko Chinom. Chociaż to mrzonka, to nie brakuje jej zwolenników.

W tej sytuacji do roli przejmujących kontrolę nad Białorusią zostali wyznaczeni państwa – klienci Stanów Zjednoczonych w regionie: Polska, Litwa, Ukraina. Na początku na przedzie stanęły Warszawa i Wilno wydając wspólne oświadczenie przeciwko wynikom wyborów. Gdy okazało się, że około 200 puczystów zostało wyszkolonych na Ukrainie, także Kijów otwarcie potępił Łukaszenkę. Litwa uznała nawet Cichanouską za nową prezydent. Wiele wskazuje, że istotną rolę w organizacji protestów odgrywa Wielka Brytania, z którą Polska zawarła „Paktu obronny” pod koniec 2017 roku. Nie przypadkowo propagandową telewizję „Biełsat” finansuje wspólnie polski i brytyjski budżet. Ważną rolę w mobilizacji protestujących odgrywa biełsatowska Nexta (kanał na Telegramie i w YouTube), który nie tylko publikuje instrukcje dla protestujących, ale również prowadzi akcję dezinformacji.

Myśleniem życzeniowym okazał się artykuł chińskiego ambasadora w Polsce L. Guangyuana zamieszczony 7 czerwca w „Rzeczpospolitej”, który pisał, że Warszawa stoi „po właściwej stronie historii”. Kolejny raz okazuje się, że jest na odwrót. Mit realizacji idei prometejskiej na Białorusi jest tym bardziej zwodniczy, że współcześnie Polska stając się awangardą obrony euratlantyzmu, jest w istocie pasem transmisyjnym ekspansji dla prywatnych korporacji transnarodowych. Niesie Białorusi „dobrą nowinę” o konieczności prywatyzacji, plagi bezrobocia, wyższości lumpenkultury komercyjnej oraz rewolucji seksualnej spod znaku LGBT, (w Polsce wspieranej przez amerykańską i brytyjską ambasadę).

Oprócz statusu państwa, które bezprawnie ingeruje w sprawy innego wykonując wolę mocarstw anglosaskich (podobnie jak zajęcie Zaolzia w 1938 wpisało się w ekspansję Hitlera kosztem Czech) Polska nie ma szans uzyskać zbyt wiele także na polu gospodarki, nie ma przecież wielkich korporacji. Będzie podobnie jak na Ukrainie gdzie tysiące polskich firm straciło rynek. Co najwyżej pojawi się więcej taniej, białoruskiej siły roboczej, która zagwarantuje kolejną falę emigracji młodych Polaków nie chcących pracować we własnym kraju za niskie stawki.

Dlatego jest jasnym, ze zjednoczony skład frontu euroatlantyckiego świadczy o ahistoryczności dotychczasowej elity. W jednym szeregu stanęli przecież Rafał Trzaskowski i Mateusz Morawiecki, Adrian Zandberg i Beata Mazurek, Robert Biedroń i Michał Szczerba, którzy de facto nawołują do obalenia urzędującego prezydenta sąsiedniego kraju, co stanowi oczywistą ingerencję w sprawy drugiego państwa. Bardzo groźne jest oświadczenie premiera Morawieckiego, który obwiniając Rosję o wszelkie zło: od Gruzji do rzekomego otrucia Aleksieja Nawalnego jednoznacznie pozycjonuje Polskę jako wroga narażając kraj na różne konsekwencje. Wiara, że pozostanie to bez odpowiedzi idealnie wpisuje się zaczadzony prometeizmem umysł polskiej klasy politycznej.

Tymczasem rozpoczęto już walkę przeciwko rusofobicznej Polsce. Od początku 2020 roku stała się ona przedmiotem intensywnej rosyjskiej aktywności informacyjno -propagandowej, czego ukoronowaniem był artykuł prezydenta Putina w amerykańskiej gazecie "National Interest" (w której kiedyś ukazał się artykuł "koniec historii" Fukuyamy), gdzie została ukazana jako państwo sprzyjające Hitlerowi i wybuchowi II wojny światowej. Jakby z zakodowanej kulturowo przekory obecne zaangażowanie Polski na Białorusi ma udowodnić aktualność tej tezy. Jako realizator poleceń zza Atlantyku Polska jest postrzegana jako niebezpieczny kraj nie tylko przez Wschód, ale coraz częściej również w Zachodniej Europie. Rosyjski specjalista od wojen informacyjnych, prof. Igor Panarin stworzył już nawet geopolityczny scenariusz IV Rozbioru Polski i stworzenia Słowiańskiej Konfederacji, do której mają wejść oddzielnie, cztery regiony Polski.

Białoruś broni swojej suwerenności. Na obecnym etapem powstrzymano scenariusz „kolorowej rewolucji”. Prawdziwym sojusznikiem okazała się Rosja. Prezydent Władimir Putin ostrzegł skutecznie USA i europejskich liderów: kanclerz Angelę Merkel i prezydenta Emmanuela Macrona, aby nie ingerować w wewnętrzne sprawy Białorusi, także prezydenta Litwy Gitanasem Nausedą, a Warszawę wezwano, by wróciła do ogólnie przyjętych norm prawa międzynarodowego, zrezygnowała z polityki osłabiania suwerenności sąsiedniego państwa i używania środków niedopuszczalnych w relacjach międzynarodowych. Zmobilizowano różne formy pomocy (specjaliści od wojen informacyjnych, dobrowolne oddziały), także na forum Organizacji o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Wymownym dopełnieniem polityki staje się dyplomacja wojskowa. Efektem spotkaniu prezydenta Łukaszenki i Putina w Soczi było nie tylko wsparcie Mińska sumą 1,5 mld dolarów kredytu, ale również wspólne manewry wojskowe o wymownej nazwie „słowiańskie braterstwo”.

Jednak to nie wszystko. Pod koniec września w ćwiczeniach Kaukaz-2020 na zaproszenie Moskwy obok Białorusi wezmą udział: Chiny, Indie, Pakistan, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Uzbekistan, Mongolia, Syria, Iran, Egipt, Turcja, Armenia, Azerbejdżan, Turkmenistan oraz nieuznawane separatystyczne republiki Południowej Osetii oraz Abchazji. Na naszych oczach krystalizuje się świat wielobiegunowy i nowy paradygmat stosunków międzynarodowych, którego sensem jest dążenia do zgody wśród przeciwników (Indie-Chiny, Turcja-Egipt, Azerbejdżan-Armenia) i promowania pokoju (Iran zagrożony atakiem USA; Syria), który kontrastuje z militarno-wywrotową aktywnością zwolenników hegemonii USA. O tym w jakich trudach się rodzi przekonuje fakt, że w ostatniej chwili wycofał się z tych ćwiczeń Azerbejdżan, a chwilę później wybuchł na nowo konflikt o Górski Karabach. Razem z dokonanym wkrótce zamachem stanu w Kirgistanie łatwo zauważyć pojawienie się eurazjatyckiego łuku niestabilności.

Jesteśmy w punkcie zwrotnym! W sytuacji kryzysu Zachodu konieczne są zmiany geopolityczne, geokonomiczne i ideologiczne, których spoiwem jest zasada „win-win”. Tylko na tej drodze „wielkie partnerstwo eurazjatyckiego” stanie się soft power – miękką siłą budowaną jednak na podstawie realnej a nie symulowanej, co zapewni przyciągania innych państw, nie tylko z Europy Środkowej, ale i Zachodniej. Oferuje one wyjście z kryzysu kultury oraz koniec 500-letniej dominacji paradygmatu zysk – strata w stosunkach międzynarodowych. Jako pierwsze zrozumiały to już Węgry. Dla Polski obecna sytuacja bycia instrumentem obrony hegemonii amerykańskiej jest zagrożeniem egzystencjalnym, wymaga więc nowego przewartościowania do którego najwyraźniej nie są zdolne wciąż dominujące elity. Tym bardziej, gdy zbliżający się szczyt stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ dokona zasadniczych korekt we współczesnym porządku międzynarodowym. Alternatywą jest przejście od „nowej zimnej wojny” do „gorącej wojny” z udziałem mocarstw nuklearnych.

dr hab. Gracjan Cimek
Autor jest absolwentem Instytut Politologii Uniwersytetu Gdańskiego.
Pełni funkcję Zastępcy Dyrektora Instytutu Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Nauk Humanistycznych i Społecznych Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni.
Myśl Polska, nr 45-46 (8-15.11.2020)

Dzial: