Aktualność problemu głupoty

Bochenski.jpg
Jest w polskiej literaturze historycznej i politycznej kilka pozycji kanonicznych, wciąż aktualnych i nic nie tracących ze swej wielkości na przestrzeni wielu lat. Jedną z nich jest bez wątpienia dzieło realizmu politycznego pióra wybitnego publicysty, członka Rady Programowej „Myśli Polskiej” Aleksandra Bocheńskiego (1904-2001) - na zdjęciu.

„Dzieje głupoty w Polsce. Pamflety dziejopisarskie”, napisane w latach II wojny światowej, ukazały się po raz pierwszy w 1947 roku. Szczególną popularnością cieszyły się w latach 80-tych (wydania z 1984 i 1988 roku).

Ich czwarta edycja ujrzała światło dzienne w 1996 roku. Piąte, rozszerzone wydanie ukazało się w tym roku nakładem krakowskiego Towarzystwa Autorów i Wydawców Prac Naukowych Universitas. Szczegółowe omawianie tego obszernego tomu wykraczałoby poza objętość niniejszego tekstu, zatem skoncentrujmy się na walorze tych spostrzeżeń Bocheńskiego, które zachowują szczególną aktualność w Polsce nam współczesnej.

Niezwykle istotnym elementem rozważań Aleksandra Bocheńskiego jest podjęcie próby zrozumienia źródeł polskiej rusofobii, deformującej od stuleci nasze postrzeganie największego spośród sąsiadów. Tymczasem, jak zauważa autor, carska Rosja konsekwentnie poszukiwała drogi współpracy z Polską, polegającej nie na jej osłabieniu, lecz przeciwnie – wzmocnieniu drogą unii dynastycznej. Próby stworzenia wspólnego, potężnego projektu państwowego były jednak odrzucane histerycznie przez stronę polską, a negowaniu tej koncepcji towarzyszyła „kultywowana pracowicie i rozdmuchiwana do najwyższych granic irracjonalna nienawiść do Moskwy” (s. 21).

W stosunkach polsko-rosyjskich uderza dziwny fenomen. Równolegle do wybujałej szeroko drażliwości narodowej własnej szło w parze zupełne lekceważenie poczucia godności strony moskiewskiej” (s. 262) – pisze dalej. Uwaga ta jest aktualna i dziś, na co zwracał uwagę m.in. zmarły niedawno Andrzej Walicki.

Bocheński obserwował recydywę rusofobii pod koniec XX wieku, przepowiadając – jak się okazało trafnie – że „Kampania prasowa wokół ‘białych plam’ katyńskich przemieni się już nie w błędny, ale wprost w obłędny szał antyrosyjskiej propagandy” (s. 270). Już w czasach porozbiorowych wzniesiono dwa filary mające przez kolejne dekady wzmacniać niechęć do Rosji. Opisując jedną z podstawowych dla tego nurtu myślenia prac, broszurę pióra Karola Hoffmana o przesłankach do wybuchu powstania listopadowego, Bocheński zwraca uwagę, że fałszywe przekonanie o rzekomym zainicjowaniu przez Rosję rozbiorów oraz opinia mówiąca, iż to właśnie carska Rosja udaremnia wszelkie wsparcie dla sprawy polskiej na zachodzie Europy, doprowadziły do „nienawiści do Rosji i przekonania, że cokolwiek się stanie, jakakolwiek będzie koniunktura, Rosja pozostanie naszym ‘śmiertelnym’ wrogiem” (s. 320).

Ostatecznie Rosja zrezygnowała z wszelkich prób współpracy dopiero w wyniku powstania styczniowego; rok 1863 Bocheński postrzega jako szczególną cezurę w naszych relacjach. Tymczasem w naszych dziejach już od okresu rozbiorów pojawiały się bagatelizowane do dziś głosy, jak ten z cytowanego przez Bocheńskiego fragmentu pamiętników ostatniego polskiego monarchy przedrozbiorowego Stanisława Augusta: „Ja i każdy dobry Polak jest i być musi właśnie przez patriotyzm przyjacielem Moskwy raczej niż jakiegokolwiek sąsiada, gdyż jesteśmy przekonani, że jest prawdziwym interesem Rosji nie działać na naszą szkodę i przeszkodzić zamachom na nas z innej strony” (s. 140). Król jeszcze dobitniej pogląd ten wyraził w swojej słynnej mowie sejmowej z 6 listopada 1789 roku, gdy mówił m.in., że „nie masz potencji żadnej, której by interesa mniej się spierały z naszymi jak Rosji” (s. 212-213).

Zdaniem Aleksandra Bocheńskiego, interesy obu krajów rzeczywiście były zbieżne, o czym powinniśmy byli przekonywać i samych Rosjan, choćby pod hasłem „Za naszą wolność i waszą potęgę” (s. 263). Polska znajduje się w gronie naturalnych sojuszników Rosji w Europie: „W chwili, gdy Rosja ma do wyboru z jednej strony przyjaźń i sojusz dziewięćdziesięciomilionowego bloku zachodniosłowiańskiego, zdecydowanego wytrwać przy tym sojuszu, z drugiej sojusz z Niemcami, których wiarołomność była aż nadto wyraźnie wypróbowana podczas ostatniego wieku, nie ulega wątpliwości, że w jej interesie leży raczej utrzymanie linii popierania Słowian niż osłabiania ich na rzecz Niemiec” (s. 430) – pisał Bocheński w tekście polemicznym dla paryskiej „Kultury” w 1947 roku.

Przed wojną pisarz i jego środowisko skupione wokół Komitetu Prasy Młodych skłonne było raczej myśleć o sojuszu z Niemcami, znajdując się pod wpływem antykomunizmu. Po wojnie jednak Bocheński napisał: „uważam, jako Polak, że musiałbym być zupełnie pozbawiony sumienia lub rozumu, aby w świetle już nie rozumowania, lecz po prostu faktów, jakie widzieliśmy i widzimy na co dzień, wybrać raczej sojusz z Niemcami jak z Sowietami” (s. 449).

Alians ten nie miał mieć charakteru taktycznego i tymczasowego, podyktowanego ówczesnymi warunkami, lecz trwały i strategiczny: „Jeżeli bolesna dla nas strata kresów wschodnich nie ma być operacją bezwartościową dla przyszłości, to winna w konsekwencji przynieść zupełne wyrównanie przeciwieństw z Rosją i stały i wierny nasz sojusz z tym mocarstwem, które nie ma już do nas żadnych pretensji terytorialnych, i które jest zainteresowane w naszej sile, nie zaś w osłabieniu” (s. 462). Nie da się ukryć, że powojenne zmiany granic sprawiły, iż dziś Rosja jest jedynym spośród naszych wschodnich sąsiadów, który na żadnym poziomie nie zgłaszał jakichkolwiek pretensji terytorialnych wobec Polski.

Aleksander Bocheński był w wieku XX jednym z najpotężniejszych i najbardziej konsekwentnych wyrazicieli realizmu politycznego. Nurt ten miał w polskiej myśli politycznej swoich wybitnych przedstawicieli, także wśród czynnych polityków. O ciągłości realizmu w Polsce czytamy: „Są to koncepcje stronnictwa Czartoryskich w połowie XVIII wieku, króla Stanisława Augusta potem, następnie Adama Czartoryskiego lub Staszica i Lubeckiego do roku 1831. W następnych okresach koncepcje margrabiego Wielopolskiego, stańczyków krakowskich, a wreszcie Romana Dmowskiego i Narodowej Demokracji” (s. 370). Za postać wybitną w gronie myślicieli tego nurtu uznaje autor zapomnianego nieco Stanisława Koźmiana: „Zasługa Koźmiana leży nie tylko w jego tezach, leży też w równej mierze w jego metodzie i w samym żądaniu myślenia i operowania pojęciami rozumowymi, co potem z taką siłą wprowadził w swój system Dmowski” (s. 393).

To właśnie ten realizm każe Bocheńskiemu uznać, że czasami splot okoliczności i obiektywne warunki sprawiają, iż niezbędne jest uznanie przez państwo małe i słabe protektoratu ze strony większego sąsiada. Nie miałby to być stan docelowy, lecz zyskanie okresu stabilności i bezpieczeństwa, który pozwoliłby na budowę instytucji i wewnętrzne wzmocnienie. „Są wszędzie cienie i odcienie, są rozwiązania kompromisowe, których zaniedbanie narazić może naród na klęski najgorsze. Może się zdarzyć, że elementy od nas niezależne uwarunkują rezygnację z pewnego stopnia naszej niepodległości, a nasze własne błędy zamienią tę rezygnację w niewolę bez żadnych praw, a nawet w fizyczne wytępienie narodu” (s. 38) – pisze, analizując dzieje Polski porozbiorowej. Z kart „Dziejów głupoty…” przebija konsekwentne przywiązanie Bocheńskiego do narodu jako wartości nadrzędnej, której podporządkowane powinny zostać wszelkie inne kwestie, choćby suwerenność państwowa.

Według niego nie powinno się jej traktować jako celu samego w sobie, lecz modyfikować jej wartościowanie w zależności od zmieniającego się otoczenia i pojawiania się nowych, skuteczniejszych ram pozwalających na rozwój wspólnoty narodowej. Jego zdaniem tak właśnie powinny postąpić polskie elity w przededniu rozbiorów: zgodzić się na status rosyjskiego protektoratu po to, by wykorzystać czas na budowanie własnego potencjału, który następnie w przyszłości mogłaby Polska wykorzystać do odzyskania samodzielnej roli geopolitycznej. Ugodowość i racjonalizm w stosunku do zaborców mógł skutecznie ochraniać Polaków przed wynarodowieniem.

Bocheński zauważa tu dość oczywistą prawidłowość: stojące na straży zachowania i rozszerzenia zakresu świadomości narodowej instytucje (szkoły, uczelnie, samorządy, reformy takie, jak uwłaszczenie chłopów) były realizowane w okresach zgodnego i pokojowego współistnienia elit polskich z elitami państw zaborczych. Wszelkie radykalne wystąpienia i powstańcze zrywy prowadziły zaś w sposób nieuchronny do ograniczenia znaczenia lub likwidacji tych instytucji, ergo do wynarodowienia.

Dlaczego ów realizm tylko w krótkich okresach zyskiwał sobie prawo głosu w polskiej polityce? Autor odrzuca wyjaśnienia monokauzalne, wyjaśniające wszystko za pomocą jednej tylko przyczyny upadku i degradacji polskiego charakteru narodowego i państwowości. Krytykuje m.in. Jędrzeja Giertycha, choć uznaje niektóre jego analizy za trafne, to jednak stwierdza: „A więc skoro głupota i brak rozsądku naszej polityki – elementy tak bardzo od nas zależne – były nieskończenie ważniejszą przyczyną naszych klęsk od działań masonerii i Żydów – elementów obcych i trudnych do zbadania i unicestwienia – to odwracanie uwagi od przyczyn ważniejszych i kierowanie całego niemal wysiłku umysłowego na zarzuty pod adresem czynników drugorzędnych było dalszym ogłupianiem narodu, a co za tym idzie, przygotowaniem go do popełniania błędów i narażania się na nowe klęski” (s. 121).

Dostaje się również innemu badaczowi polskiego charakteru narodowego Janowi Stachniukowi, którego krytyczną wobec katolicyzmu w dziejach Polski teorię autor opisuje tak: „zupełnie apriorystyczna, ani razu nie trudzi się ścisłym przeprowadzeniem związku między tym, co uważa za przyczynę, a tym, co mieni się być skutkiem” (s. 168). Bocheński dochodzi do wniosku, że najważniejszym naszym problemem pozostawała w istocie jakość elit politycznych, wychowanych w określonym duchu i wyznających pewną szkodliwą matrycę ideologiczną. „W ciągu szeregu pokoleń zawsze brał górę frazes, poezja, romantyzm, a przez to szaleństwo i samobójstwo. Polityka leży w rękach ludzi nieposiadających żadnych danych, informacji, żadnego rozsądku ani daru przewidywania. Rozum traktowaliśmy jako zdradę, a zbrodnię i głupotę – jako bohaterstwo” (s. 39-40).

Źródłem tej postawy były (i są) wpływy historyków przedstawiających zdeformowany obraz kluczowych momentów dziejów Polski. Jakie są motywy uprawianej przez nich, a później powielanej przez innych fałszywej wizji historii? „Historyk stwierdza, że pewne działanie ludu czy jego przywódców pociągnęło za sobą upadek państwa. Historyk jest zdania, że przyznanie się do winy jest ujmą dla narodu, przyprawi go o przygnębienie, o defetyzm. I w imię tych racji historyk wmawia w swój naród, że jest bez winy, że to, co uczynił, było dobre. Tłuszcza popularyzatorów, dziennikarzy, poetów, romansopisarzy podchwytuje tezę i szerzy ją. Naród zachłystuje się z dumy, widzi w błędach i szaleństwach zasługę i mądrość, w rozsądku zdradę i podłość” (s. 40).

Aktualność tych uwag nie budzi wątpliwości, a symbolem takiego fałszerstwa jest w ostatnich latach oficjalna polityka historyczna realizowana m.in. pod szyldem Instytutu Pamięci Narodowej. Dodatkowym elementem tej wizji ojczystej historii oddziaływującym potężnie na emocje jest moralizm, zupełnie oderwany od twardej rzeczywistości stosunków pomiędzy państwami: „ultramoraliści, nie widząc dla Polski drogi ratunku w jej atutach politycznych, z rozpaczy zwrócili się do jej atutów moralnych” (s. 109-110).

Wiązało się to z utopijnym założeniem, że relacje międzypaństwowe mogą opierać się o standardy etyczne wymagane w kontaktach pomiędzy jednostkami. „Polacy przeceniali swoje siły i aby móc to czynić, stworzyli sobie niemożliwe do ścisłego obliczenia pojęcie ‘siły moralnej’, którą rzekomo przewyższali mocarstwa i która pozwalała nam mieć ambicje równe największym państwom” (s. 264). Choć już dawno owa potęga moralna jest swoistym substytutem potęgi politycznej, to Polacy nadal oddają się marzeniom o potędze całkiem realnej, przy czym nie mając do tego żadnego racjonalnego tytułu: „czy wolno marzyć o potędze dlatego tylko, że lat temu dwieście, trzysta czy pięćset potęgę tę posiadaliśmy, mimo że wówczas warunki potęgi, tj. stosunek sił ludzkich i gospodarczych był nierówno korzystniejszy od obecnego?” (s. 424) – pyta retorycznie Bocheński.

Moralizm prowadzi do zaniechania poszukiwań faktycznych przyczyn dziejowych niepowodzeń i obwiniania o wszystko sił zewnętrznych, przede wszystkim sąsiadów. W postaci skrajnej skutkuje fatalizmem, który Bocheński szczególnie mocno dostrzega w tezach historiozoficznych formującego umysły powstańczych pokoleń w XIX wieku Joachima Lelewela. Myślenie takie określa – w ślad za Olgierdem Górką – szkołą nieodpowiedzialności historycznej. Formułuje też dość jasne stanowisko w obszarze historiozofii, twierdząc, że należy odrzucać wszelki determinizm, a koncentrować się na roli jednostki i jej woli w historii: „Nie ogólne prawa albo prądy nieprzezwyciężone, ale żywi ludzie z krwi i kości, żywe genialne mózgi lub przeciętne, płytkie, ale żywe mózgi tworzą historię – i nie ma po co iść wstecz dalej w poszukiwaniu przyczyn poza decyzje tych ludzkich mózgów” (s. 404). Swoje refleksje Aleksander Bocheński adresuje zatem przede wszystkim do przywódców politycznych, zadając im retoryczne pytanie: „Czyż jest dla przywódcy narodu obowiązek inny niż baczyć na skutki swoich czynów, na skutki ponoszone przez miliony ludzi przez dziesiątki, a może przez setki lat?” (s. 161).

W wyniku dominacji takiego myślenia kształtuje się typ „patriotyzmu” polskiego, który Aleksander Bocheński opisuje na przykładzie cech propruskiego stronnictwa „patriotycznego” dominującego w Sejmie Czteroletnim: 1) Niezdolność do przewidywania, brak przewidywania skutków swoich pociągnięć – i niechęć do pracy etapami. 2) Skrajna naiwność i brak przewidywania reakcji poszczególnych mocarstw. 3) Nieliczenie się ze stosunkiem sił własnych do sił przeciwnika. 4) Charakterystyczna wiara w ‘wierność’ Francji. 5) Stąd idące zaniedbanie gotowania sił własnych. 6) Fatalnie wybrany moment rozprawy. 7) Na końcu apoteoza bohaterstwa wyczynów swego obozu w przeszłości i negowanie jakichkolwiek, nawet najbardziej oczywistych doświadczeń, płynących ze stałego powtarzania tych samych błędów” (s. 171). Oczywiście, w późniejszych okresach należałoby zamienić Francję innymi państwami, jednak cała reszta wydaje się być aktualna po dziś dzień. Tymczasem, zdaniem Bocheńskiego, autentyczny patriotyzm polityków powinien polegać na kierowaniu się „decyzją pod wpływem zimnej kalkulacji dyktowaną przez aparat rozumowy kontrolujący drogi, jakimi zaspokajamy nasze głęboko wrodzone skłonności” (s. 351).

Postawa owych „patriotów” prowadzi w efekcie do kultu polskich powstań, trawiącego tożsamość historyczną Polaków od wielu pokoleń. Jest on ściśle związany z założeniem dominującej roli wspomnianej siły moralnej, rzekomo mającej charakter nadrzędny nad wszelkimi innymi wymiarami potencjału państwa i narodu. Bocheński uznaje tą powstańczą fiksację za jeden z największych problemów polskiej zbiorowej świadomości: „nie ma równowagi między korzyściami moralnymi z powodu walk bohaterskich a szkodami moralnymi i materialnymi, poniesionymi wskutek nierozsądnie rozpętanych powstań” (s. 173).

Ówczesny turbopatriotyzm, jakże podobny do obecnego, prowadził do zaćmienia umysłu, gdy tymczasem, jak czytamy w „Dziejach głupoty…”, „Tak jak się wymaga od lekarza operującego chorego, by nic poza wiedzą i ścisłością naukową nim w chwili operacji nie rządziło, jak by się go odsunęło na przykład od chorego własnego dziecka operowanego, gdyby mu z powodu nadmiaru miłości rodzinnej drżała ręka, tak należy odsunąć od steru rządów każdego patriotę, któremu miłość ojczyzny mąci rozum i wykrzywia obraz położenia” (s. 268). Tymczasem, oderwane od poczucia elementarnego realizmu elity polskie wytworzyły warunki, w których kwestionowanie irracjonalizmu zaczęło być postrzegane jako narodowe odstępstwo: „’Zwolennicy powstań przemiawiali jak mistrze’ – napisał Dmowski – i nie ulega wątpliwości, że tak było. Mieli za sobą geniusz Mickiewicza, który wołał: ‘rozumni szałem’, i Słowackiego, który natrząsał się w doskonałym wierszu z obrzydliwych Poznańczyków, zastanawiających się, gdy mowa o poparciu powstania, skąd wziąć broń? Myśleć o porządnym uzbrojeniu – wielki poeta uważał za zdradę” (s. 356).

Ten dyktat polskich wykwitów mesjanizmu Bocheński z całą mocą odrzuca, pisząc: „Uważam, że Polska nie może prowadzić polityki zagranicznej w myśl zasady, że im więcej wycierpimy, tym lepszy będzie potem los tego świata. Tego zaś, a nie innego uczyła nas epoka mesjanizmu oraz pisma trzech utalentowanych bardzo poetów, ale ludzi najzupełniej pozbawionych zmysłu politycznego, niezajmujących się nigdy prowadzeniem spraw państwowych i niemających najmniejszej praktyki ani poczucia odpowiedzialności za losy narodu: Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego” (s. 453).

Aleksander Bocheński, pomimo ogromu rozczarowania wobec postaw politycznych Polaków, nie porzuca całkowicie nadziei, gdy pisze: „Będziemy mówić prawdę, najbardziej gorzką prawdę. I naród pójdzie za nią, bo przybochlebstwa i frazesy za wiele go już kosztowały” (s. 359). Ciekawe, czy zachowałby podobny optymizm, gdyby dożył naszych czasów. Dziś to mówienie prawdy polegałoby pewnie na druzgocącej krytyce dominującej obecnie opcji atlantyckiej w polskiej polityce zagranicznej. Tuż po wojnie pisał Bocheński, że „Jedyny interes mocarstw zamorskich w naszym kraju, to znalezienie nieco bohaterskich szaleńców, nieco mięsa armatniego, które by można rzucić przeciw poważniejszemu czynnikowi – albo przeciw Niemcom, albo przeciw Rosji” (s. 459). Aktualność tej konstatacji nie pozostawia żadnych wątpliwości.

Starannie wydana nowa edycja „Dziejów głupoty…” zawiera także aneks w postaci szerzej nieznanych tekstów Aleksandra Bocheńskiego, pochodzących z bogatego Archiwum Rodziny Bocheńskich. Niektóre z nich zachowały się jedynie we fragmentach, jednak zawierają pewne cenne uwagi syntetyzujące dorobek autora. W jednym z tekstów, pochodzącym z 1986 roku, pisze wręcz Bocheński o tym, co w książce by po latach zmienił i uzupełnił. Są to właściwie bardzo jasne wskazówki tematyczne mogące być inspiracją dla badaczy i autorów czynnych obecnie pokoleń.

Najnowsze wydanie sztandarowej książki klasyka polskiego realizmu politycznego wyróżnia się przejrzystym układem, staranną edycją, ale przede wszystkim obszernym posłowiem do książki autorstwa Jana Sadkiewicza. Ten ostatni tekst zwiera interesujące wątki biograficzne na temat Bocheńskiego, pozwalające umieścić tekst w kontekście biografii intelektualnej autora. Jest też zwięzłym opisem podstawowych założeń programowych „Dziejów głupoty…” i innych pism, w którym czytamy, że „celem polityki polskiej nie jest bezwzględne zwalczanie Niemiec i Rosji, ale troska o własną relatywną pozycję, co czasem może wymagać ustępstw” (s. 501). Zapewne interesującą lekturą będzie wkrótce zapowiadana rozprawa doktorska Sadkiewicza na temat myśli politycznej Aleksandra Bocheńskiego.

Mateusz Piskorski
Aleksander Bocheński, Dzieje głupoty w Polsce. Pamflety dziejopisarskie, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2020, ss. 542.
Myśl Polska, nr 43-44 (25.10-1.11.2020)

Dzial: