Dorwać prywaciarza

piasta_5.jpg
W słusznie minionym systemie gospodarki planowej drobni sklepikarze, kwiaciarze, rzemieślnicy pracujący na własny rachunek i wszelakiej maści inni drobni przedsiębiorcy określani byli wspólnym, pogardliwym mianem „prywaciarzy”. Od tego czasu minęło kilkadziesiąt lat, polska gospodarka przeszła transformację w kierunku do gospodarki rynkowej i z powrotem.

Dziś znów, tak jak przed laty, głowę podnosi etatyzm i państwowy interwencjonizm. I na powrót drobni przedsiębiorcy, w oczach władzy i coraz większej części mieszkańców naszego kraju, stają się pogardzanymi i znienawidzonymi „prywaciarzami”.

Drastyczna zmiana postrzegania przedsiębiorców jako grupy społecznej i zawodowej nastąpiła w ciągu ostatnich kliku lat, co stanowi całkowicie czytelną koincydencję z okresem sprawowania rządów przez PiS. Tajemnicą poliszynela jest, że Jarosław Kaczyński nie zna się na gospodarce a przedsiębiorcom zwyczajnie nie ufa. Traktuje ich jako potencjalne zaplecze sił politycznych opozycyjnych wobec PiS. Stąd w Polsce Jarosława Kaczyńskiego „prywaciarze” są traktowani jako swego rodzaju zło konieczne. Grupa uciążliwa, acz niezbędna do dźwigania znacznej części budżetu państwa. W tej koncepcji państwa wolność gospodarcza jest reglamentowana, prywatne podmioty winny natomiast działać w ramach ściśle określonych przez aparat biurokratyczny i ponosić rozliczne obciążenia fiskalne.

„Jeśli ktoś nie jest w stanie prowadzić działalności gospodarczej w takich warunkach, to znaczy, że się do niej po prostu nie nadaje” – takie słowa od prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego usłyszeli w 2017 roku uczestnicy konferencji „Odpowiedzialność przedsiębiorców za Polskę”. Choć zbulwersowały one słusznie opinię publiczną nie były pierwszą tego rodzaju deklaracją z ust prominentnego polityka PiS. Klasyką gatunku jest wywiad Roberta Mazurka z Elżbietą Jakubiak wówczas Szefem Gabinetu Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego (rok 2007).

Elżbieta Jakubiak: „U nas uważa się, że biznes tworzy państwo, a urzędnicy państwowi je niszczą, a to oni przygotowują wielką infrastrukturę dla życia dziennikarzy, biznesu. Gdyby nie oni, gdyby nie tacy ludzie jak ja, byłby pan bez numeru dowodu, zameldowania.
Redaktor: Gdyby nie biznes, pani byłaby bez pensji.
Elżbieta Jakubiak: To nieprawda! Wypracowuję ją jako urzędnik państwowy, wydając panu zaświadczenia, by mógł pan prowadzić działalność gospodarczą, przygotowując działkę do inwestycji i tak dalej. W sumie to ja panu pozwalam pracować”.

To nie są bynajmniej odosobnione przykłady. Znana z wulgarnych gestów posłanka Lichocka użyła ostatnio nawet określenia „biznesmen” w charakterze obelgi wobec hodowców zwierząt. Skądinąd sam projekt „piątki dla zwierząt” najlepiej obnaża sposób myślenia naszej klasy politycznej o przedsiębiorcach i przedsiębiorczości. Hodowca, który w swój biznes zainwestował gigantyczne pieniądze, często wspierając się kredytem, z dnia na dzień ma zostać pozbawiony szansy zarobkowania czyli de facto skazany na bankructwo. Regulacja ta jest tak skrajnie negatywna, że skrytykował ją nawet Adam Abramowicz, rzecznik MŚP powołany na to stanowisko przez Mateusza Morawieckiego. Wykazał on, że w przypadku tak daleko idącej ingerencji w prowadzenie działalności gospodarczej, jaką zakłada projekt, przyjęty roczny termin wejścia w życie planowanej regulacji jest zbyt krótki i powinien ulec wydłużeniu do co najmniej 5 lat.

Identycznie arbitralne podejście obserwujemy przy okazji działań anty-epidemicznych. Jednym, skądinąd nieumocowanym w ustawach, rozporządzeniem rząd zamyka siłownie, hotele czy restauracje. Całe branże, tysiące polskich firm, dosłownie z dnia na dzień zostają wygaszone.

Tego typu wrogie działania wobec przedsiębiorców nie byłyby możliwe bez pewnego przyzwolenia społecznego. Te zapewnia TVP siejąca tępą i prymitywną, lecz w pewnym zakresie skuteczną propagandę, konsekwentnie obrzydzając Polakom ludzi sukcesu. To wszystko jest wysoce niebezpieczne, i to z kilku powodów. Przede wszystkim politycy świadomie lub mimowolnie budują u nas fałszywe przekonanie, że nie ma koherencji pomiędzy pracą a stopą życiową. Tymczasem wbrew temu co myślą rządzący nami banksterzy i biurokraci pieniądze nie biorą się z drukarki czy ze słupków arkusza kalkulacyjnego, tylko właśnie z pracy. Po drugie, nie mniej ważne: jeśli Polska ma kiedykolwiek stać się silna, winna być taka bogactwem i zaradnością swoich obywateli. Dlatego pozwólmy Polakom się bogacić. Naprawdę nie ma w tym nic złego.

Przemysław Piasta
Myśl Polska, nr 43-44 (26.10.1.11.2020)