Libia - cień szansy na odbudowę państwa?

libia.jpeg
Po 9 latach od obalenia i zamordowania płk. Muammara Kaddafiego, które poskutkowały praktycznym rozpadem państwa libijskiego i wojną domową powodującą migrację setek tysięcy Afrykańczyków w kierunku Europy, pojawiają się nadzieje na stopniową odbudowę kraju.

Kontrolujący wschodnią część Libii dowódca Libijskiej Armii Narodowej Chalifa Haftar i wiceprzewodniczący Rady Prezydenckiej kontrolującej rezydujący w Trypolisie Rząd Zgody Narodowej Ahmad Muajtik obwieścili, że bliscy są zawarcia porozumienia w sprawie wznowienia eksportu ropy naftowej, będącej głównym zasobem naturalnym kraju. Warunkiem realizacji tego planu, który przynieść może szansę na odbudowę gospodarki libijskiej ma być zakaz finansowania z dochodów eksportowych ugrupowań terrorystycznych. Transport libijskiej ropy został zablokowany przez społeczności plemienne ze wschodu i południa kraju jeszcze w styczniu tego roku, w warunkach zaostrzającej się konfrontacji militarnej między Trypolisem a Tobrukiem.

Wydobyciem libijskiej ropy naftowej zajmuje się przede wszystkim Narodowa Korporacja Naftowa (NOC), której przedstawiciele oszacowali, że w efekcie blokady eksportu straty od początku roku do września wyniosły 9,8 mld dolarów. Zdecydowana większość budżetu państwa pochodzi tymczasem właśnie ze sprzedaży ropy naftowej; NOC jest monopolistą w jej eksporcie, jednak – co ciekawe – dochody ze sprzedaży surowca przekazywane były wszystkim libijskim regionom, niezależnie od tego, która z walczących stron sprawowała nad nimi polityczną kontrolę.

Tak przynajmniej wynikało z oficjalnych uzgodnień. Blokada przesytu ropy była jednak m.in. efektem oskarżeń wysuwanych pod adresem Trypolisu o to, że część środków przekazywana jest na rzecz islamistycznych ugrupowań funkcjonujących w orbicie władzy na zachodzie kraju. Grupy plemienne ze wschodu i południa działały w tym zakresie zgodnie z poglądami wyrażanymi przez Haftara. Osiągnięcie porozumienia w sprawie wznowienia eksportu musi więc wiązać się nie tylko z dwustronnym porozumieniem Trypolisu i Tobruku, ale również z akceptacją poszczególnych klanów i grup plemiennych, tradycyjnie odgrywających ważną rolę w libijskim systemie społecznym.

Żadna ze stron toczącego się od lat konfliktu nie zdobyła sobie decydującej przewagi. W tej sytuacji wygląda na to, że obie gotowe są na kompromis, wspierany zresztą przez istotnych graczy zewnętrznych. Do opracowania szczegółów porozumienia naftowego powołano specjalną komisję techniczną obu stron, która de facto stanie się kanałem kontaktowym również w innych sprawach. Porozumieniu sprzyja wzrost znaczenia w trypoliskim rządzie Ahmada Muajtika, który w ostatnich miesiącach prowadził istotne negocjacje dyplomatyczne zarówno w Waszyngtonie, jak i w Moskwie, i który postrzegany jest jako potencjalny lider władz zjednoczonej Libii. Uznano go za wiarygodnego partnera m.in. po tym, jak dzięki jego negocjacjom udało się zatrzymać działania zbrojne w okolicach portowego miasta Syrta, a także walki o bazę lotniczą al-Dżufra.

W przeciwieństwie do wielu innych członków Rządu Zgody Narodowej (np. szefa MSW Fatiego Baszszagi czy szefa Rady Państwa Chaleda al-Miszli) Muajtik cieszy się opinią człowieka nie związanego z ruchami islamistycznymi i nie obciążonego odpowiedzialnością za zbrodnie wojenne. Jego ostatnia wizyta w Ankarze, gdzie spotkał się m.in. z tureckim ministrem spraw zagranicznych i z ministrem obrony, wskazuje, że również Turcy gotowi są postrzegać go jako ważnego kandydata na urząd premiera, który miałby zastąpić zapowiadającego swoją dymisję Fajiza as-Sarradża.

Ten ostatni jest najwyraźniej przeciwny jakiemukolwiek porozumieniu z Haftarem, również temu dotyczącemu wznowienia eksportu ropy. Nie tylko on. W szeregach trypoliskich elit pojawiają się kolejne postaci, głównie związane z radykalnym islamizmem, odrzucające kompromis i postrzegające go jako zagrożenie swoich interesów. Plany ugody skrytykował publicznie m.in. wpływowy dowódca polowy gen. Osama al-Dżuwaili oraz szef libijskiego oddziału Bractwa Muzułmańskiego Mohammed Sowan. Efektem była m.in. próba ostrzału domu rodzinnego Muajtika w Misracie.

Nie możemy zapominać, że w ogarniętym od 9 lat wewnętrznym konfliktem i rozpadającym się terytorialnie kraju zaangażowane są siły zewnętrzne, mające w wojnie domowej swoich faworytów. Sytuacja w tej sferze zmieniała się wielokrotnie, jednak dziś uznać można, że rząd w Trypolisie cieszy się poparciem Turcji, Kataru i Włoch, zaś armia gen. Haftara - Francji, Egiptu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Arabii Saudyjskiej. Najwięksi gracze – Rosja i Stany Zjednoczone – zajmują stanowisko wyczekujące, starając się utrzymywać relacje ze wszystkimi stronami konfliktu. Uznaniem międzynarodowym cieszy się jednak wyłącznie Rząd Zgody Narodowej.

Plany porozumienia niezbyt spodobały się Amerykanom, które w ewentualnym osiągnięciu kompromisu i trwałego pokoju w Libii widzą zagrożenie związane z potencjalnym wzrostem wpływów Turcji i Rosji w Afryce Północnej. Obawy takie widoczne są m.in. w tekście opublikowanym przez magazyn „The National Interest” autorstwa emerytowanego generała Thomasa Traska, byłego zastępcy dowódcy Sił Operacji Specjalnych, a obecnie eksperta Żydowskiego Instytutu na rzecz Bezpieczeństwa Ameryki (JINSA). Można się spodziewać, że podatna na wpływy syjonistyczne i izraelskie administracja Donalda Trumpa z uwagą odniesie się do tego rodzaju zastrzeżeń i będzie starała się nieoficjalnie torpedować ewentualne zawarcie trwałego pokoju w Libii. Sprzeczność interesów Stanów Zjednoczonych z interesami Turcji, Rosji, ale również całej Europy wydaje się być tu oczywista.

Od kilku lat Libia jest jednym z rozsadników problemu nielegalnej imigracji do Europy. Kontrolowane przez Trypolis tereny kraju stanowią raj dla przemytników migrantów próbujących dostać się do Europy przez Morze Śródziemne. Mamy tam z jednej strony rozwinięty biznes przynoszący krociowe zyski tolerowanym przez władze, często islamistycznym bojówkom, a z drugiej – traktowanie tranzytowych imigrantów jak niewolniczej siły roboczej, czy nawet dawców organów. Sytuacja na przestrzeni ostatnich lat zmieniała się diametralnie.

Libia Kaddafiego była celem migracji wielu Afrykańczyków, będąc jednym z najzamożniejszych krajów afrykańskich. Po 2011 roku – szczególnie w latach 2015-2016 – stała się krajem tranzytowym, przez który fala migracyjna przepływała spokojnie do Europy, głównie do Włoch i na Maltę. Po podpisaniu porozumienia przez władze włoskie z Trypolisem w 2017 roku, okazało się, że w okolicach libijskiej stolicy utknęło ponad 600 tysięcy osób, głównie obywateli takich krajów, jak Nigeria i Erytrea, czekających w fatalnych warunkach na przerzut do Europy. Wkrótce przez pustynię docierali następni: ich przerzut na śródziemnomorskie wybrzeże organizowały pustynne ludy Tubu (południowy wschód kraju, graniczący z Sudanem i Czadem) oraz Tuaregów (południowy zachód graniczący z Nigrem). Cały tranzyt zaczynał się od konieczności wpłaty okupu przez rodziny migrantów, który zwykle wynosił od 5000 do 6000 dolarów. Stabilizacja sytuacji w Libii wydaje się jedynym sposobem rozbrojenia migracyjnej bomby zegarowej znów tykającej u wybrzeży Starego Kontynentu.

MP
25.09.2020

Dzial: