Dla kogo w Polsce „Rosja jest niezrealizowaną groźbą?

rt com_6.jpg
Niedawno mieliśmy okazje przeczytać dwie lapidarne wypowiedzi na temat Rosji. Pierwsza dotyczy zachodnich Europejczyków: przez nich Rosja postrzegana jest jako „niezrealizowana szansa”. Druga dotyczy Polaków: „my postrzegamy ją jako niezrealizowaną groźbę”. Autorem tych myśli jest były szef polskiej dyplomacji Andrzej Olechowski [1].

Dalej stwierdza, że dla nas „nie ma pola do dogadania”, a „stosunki z Rosją są w tak złym stanie jak były we wrześniu 1939 roku”. Zapewne wielu zgodzi się z powyższą diagnozą, zwłaszcza będąc w polu rażenia oficjalnej narracji związanej z setną rocznicą Cudu nad Wisłą (ale nie tylko). Dla wielu publicystów Rosja jest demonem, który (jakoby) zdradziecko czyha na naszą niepodległość i tylko obecność (rotacyjna) obcych wojsk na naszych ziemiach nam daje szanse przetrwania.

Sadzę, że (warto) trochę pomęczyć się nad sensem powyższej wypowiedzi. Rosja jest „zagrożeniem”, ale „niezrealizowanym”. Zgoda: jeśli rozumieć przez owo „niezrealizowanie”, jako fakt, że dotychczas (owo zagrożenie) nie nastąpiło, ale wciąż może nastąpić, to owa myśl jest zgodna z oficjalną doktryną „rosyjskiej agresji” i konieczności „odstraszania”, za czym kryje dość naiwne przekonanie, że ktoś się nas strasznie boi (wolałabym, aby nikt nie musiał się nas bać). Jeśli jednak rozumieć tę myśl jako diagnozę dotyczą również przyszłości, czyli odczuwamy zagrożenie, które jednak nie zrealizuje się, to czy nie mamy do czynienia jednak z obsesją, bo wymyśliliśmy sobie wroga? Gdy taki jest sens cytowanej na wstępie wypowiedzi, to podpisałbym się pod nią oboma rękami.

Aby uzasadnić wrogość wobec Rosji nie tylko wymyślimy sobie „zagrożenie agresją”, lecz przeinaczymy historię bez nijakiego szacunku dla znanych powszechnie faktów. Niedawno dowiedzieliśmy się w sierpniu 1920 roku „pokonaliśmy Rosję”, mimo że nasz ówczesny przeciwnik w tym samym czasie walczył na Krymie z wojskami rosyjskimi (my walczyliśmy z państwem bolszewickim i litewskim), a po naszej stronie bronili Polski ochotnicy rosyjscy, a nawet idol naszej całej klasy politycznej (od lewicy do prawicy) – Józef Piłsudski, oficjalnie i nieoficjalnie twierdził, że nie prowadziliśmy wówczas wojny ani z Rosją („reakcyjną”) i ani z „narodem rosyjskim”.

Oficjalnej wrogości podporządkowana jest „polityka historyczna” uzasadniająca tę że wrogość, bo trudno przecież dostrzec w miarę współczesne fakty, które potwierdziłyby „groźbę agresji rosyjskiej” w stosunku do Polski, chyba że różnimy się w definiowaniu tego pojęcia. Jeśli żyjemy urojeniami rodem z Drugiej RP, czyli widzimy Polskę metaforycznie również na tzw. kresach wschodnich, to uprzejmie pragnę przypomnieć, że byłe terytorium naszego państwa położone na wschód od obecnej granicy Polski, jest pod władaniem (okupacja?) trzech niepodległych państw, które od prawie trzydziestu lat nie są częścią jakkolwiek rozumianego państwa rosyjskiego, a dwa z nich raczej nie są jej nachalnymi przyjaciółmi, a trzecie się burzy przeciwko swojej władzy.

Polskim mniejszościom narodowym istniejącym w granicach terytoriów tych państw, być może zagraża się wynarodowienie, ale na pewno nie rusyfikacja. Polska jak wiemy jest głównie metaforą dla wielu Polaków, ale dla większości obywateli naszego kraju „kresy wschodnie” są i pozostaną czasem przeszłym i dokonanym. Czyli „niezrealizowane zagrożenie” jest urojeniem, rodzajem „upośledzenia”, należącym do poetyki wolnej myśli – koszmarnym snem o złej przeszłości.

Jeśli jednak owo potencjalne zagrożenie traktować jako przestrogę na przyszłość, to trzeba spróbować odpowiedzieć na pytanie, które kryje się pod słowem „my” (którzy tak postrzegają Rosję). Tu chyba tkwi istota problemu. Na co dzień słyszymy ich: ostrzegając głośno przed rosyjskim zagrożeniem (dla Polski) mówią w imieniu wszystkich obywateli naszego kraju, choć nikt im nie dał ku temu jakiejkolwiek legitymacji. Więcej: dla nich nie ma tu miejsca nawet na zwykłą rozmowę – inne niż ich poglądy są „myślą zabrodnią”, którą mogą wyrażać tylko „agenci wpływu” lub inni zaparzańcy. Od kilkudziesięciu lat uczestniczę w wielu debatach na temat relacji polsko-rosyjskich i mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że „wierzący” w „niezrealizowaną groźbę” byli, są i zapewne będą zdecydowanie mniejszością, których nie traktuje się również zbyt poważnie.

Zwłaszcza przedsiębiorcy traktują owo gadanie o „zagrożeniu rosyjską agresją” jako typowy w dodatku niegroźny polski folklor. Przecież w kraju zagrożonym wojną z państwem wielokrotnie silniejszym nie warto nie tylko inwestować, ale należy jak najszybciej zwinąć tu wszelkie interesy, wyprzedać co się da i uciekać do ciepłych krajów. Gdyby ktoś na serio traktował demoniczną wrogość Putina do Polski, powinien jak najszybciej pozbyć się nawet polskich pieniędzy, zamienić je na złoto lub dolary (nawet EURO), a już na pewno nie kupować w Polsce nieruchomości. A my tymczasem szczycimy się (słusznie) nie tylko silnym, rodzimym sektorem prywatnym, ale również zagranicznymi inwestycjami. Kto to są więc owi „my”?

Sądzę, że mamy do czynienia z uzurpacją nielicznych, którzy z jakiś nie w pełni zrozumiałych powodów chcą narzucić i narzucają nam swoje urojenia.

Czy jest to intelektualny spisek, który liczy na naszą naiwność? Dlatego też proponuję, aby nie tylko przeprowadzić (wreszcie) publiczną debatę na temat stosunków polsko-rosyjskich, nie zastrzeżoną wyłącznie dla ludzi opętanych (?) strachem przed Rosją. Niech obywatele mają szanse poznać argumenty nie tylko tych, których o sobie mówią „my” (w domyśle my, wszyscy Polacy). Polityka zagraniczna nie jest tylko dla nich zastrzeżona i powinna wynikać z woli większości. A tak na marginesie: czy ktoś zapytał się obywateli, czy chcą stacjonowania na naszym terytorium obcych wojsk, czy to nie ogranicza to naszej suwerenności, zwłaszcza że są one częściowo wyjęte spod polskiej jurysdykcji?

Pragnę na koniec przypomnieć, że kilka stacji telewizyjnych chciało już nie raz przeprowadzić wolne, bez oficjalnej poprawności debaty na temat historii stosunków polsko-rosyjskich, ale również współczesnych relacji z Rosją. Z tego co wiemy albo nie odbyły się, albo ostatecznie zaproszono do nich tylko „przestraszonych”. Nie tracimy nadziei: kiedyś nauczymy się mówić na ten temat publicznie i bez cenzury poprawności.

Witold Modzelewski
Profesor Uniwersytetu Warszawskiego Instytut Studiów Podatkowych
fot. rt.com
[1] „Rzeczpospolita” Plus Minus 22-23 sierpnia 2020.
10.09.2020