Telegramowa rewolucja na Białorusi

Aleksiej Dziermant.jpg
„System polityczny nie odpowiada już współczesnym wyzwaniom. Zjawisko protestów świadczy o tym, że u tych ludzi nie było legalnych metod politycznych artykułowania swoich interesów. Faktycznie sytuacja dojrzała do zmian i stąd wszystko to przelało się w uliczne protesty. Dla tych grup społecznych niezbędna jest reprezentacja, i to nie w takich formach, jakie proponowały władze” – mówi Aleksiej Dziermant.

Niektórzy twierdzą, że – pośród wielu innych autorów prób destabilizacji sytuacji na Białorusi – byli również rosyjscy oligarchowie. Co Pan sądzi na ten temat?
- Takie podejrzenia pojawiły się w związku z Wiktorem Babariko, prezesem Biełgazprombanku, który zgłosił swoją kandydaturę w wyborach prezydenckich, lecz nie został zarejestrowany. Grupa osób go popierających przystąpiła później do zjednoczonego sztabu opozycji, a następnie dołączyła do Rady Koordynacyjnej. Niedawno przewodnicząca tego sztabu Maria Kolesnikowa oświadczyła, że zamierza powołać partię polityczną bazującą na ostatnich protestach. Nie mamy jednak konkretnych, bezpośrednich dowodów na to, że rosyjscy oligarchowie sponsorowali Babariko. Działał tam schemat polegający na wyprowadzaniu pieniędzy przez Biełgazprombank. On w tym uczestniczył i część tych środków przeznaczał na swoją kampanię wyborczą. Na ile była to jego własna inicjatywa, a na ile to jego rosyjscy partnerzy biznesowi namówili go do kandydowania na prezydenta – trudno mi oceniać, bo nie mam takich danych. Tak czy inaczej, mamy następujące fakty: rzeczywiście miał on ambicje polityczne, zadeklarował udział w wyborach, przy tym – będąc szefem filii Gazprombanku na Białorusi – zajmował dość radykalne stanowisko prozachodnie, a nawet nacjonalistyczne. To dość dziwne, bo mówimy o prezesie filii rosyjskiej firmy. Sprawował on swoją funkcję do chwili, w której publicznie oznajmił o swoich ambicjach prezydenckich. Takie są znane nam na dziś fakty.

Słyszeliśmy też na przykład o prezesie korporacji Uralchim Dmitriju Mazepinie i jego próbach wywierania wpływu na sytuację w Białorusi…
- Mazepin próbował zorganizować jakiś „komitet ocalenia”, ale jego inicjatywa widocznie nie spotkała się z żadnym poparciem ani na Białorusi, ani w Rosji. Być może dostrzegał perspektywy na przejęcie jakichś aktywów na Białorusi, bo taki człowiek raczej nie wydawałby tego rodzaju oświadczeń z pobudek czysto politycznych. Widzimy jednak, że nic z tego nie wyszło; jego deklaracja zawisła w próżni. Nie było kontynuacji tego wątku i nadania mu jakiegoś wymiaru politycznego. Mazepin nie jest podmiotem w polityce, a podobnych oświadczeń ze strony innych dużych biznesmenów czy oligarchów rosyjskich nie odnotowałem.

Trwają dyskusje nad tym, co było decydującym czynnikiem motywującym dla autorów destabilizacji politycznej na Białorusi: czy był to element geopolityczny, czy może czysto ekonomiczny. Co było tak naprawdę istotniejsze – geopolityka czy ekonomia?
- Wydaje mi się, że to zespół czynników połączonych. Na pewno jakaś część ponadnarodowych elit finansowych chciała wyeliminować Białoruś jako konkurenta gospodarczego. Weźmy na przykład próby organizacji strajków w zakładach państwowych – BiełAz, MAZ, MTZ, MZKT – to przecież bezpośrednie uderzenie w konkurencję. Jeśli udałoby się zatrzymanie produkcji BiełAza, to pewnie firma nie zdołałaby wygrać przetargu na dostawę 96 wywrotek, wartego około 300 mln dolarów, który ostatnio wygrała w Indiach, co z satysfakcją przyjęłyby takie konkurencyjne firmy jak Komatsu czy Caterpillar. Byli zatem zainteresowani w tym, żeby zatrzymać strajkami białoruską gospodarkę, zlikwidować kluczowe zakłady i przejąć ich udziały na rynku. Dotyczy to, nawiasem mówiąc, również Bielaruskalij. To aspekty czysto gospodarcze. Aspekt geopolityczny polegał na dążeniu do stworzenia swoistej szarej strefy chaosu u granic Rosji, która pochłaniałaby jej zasoby, kreowała nowe argumenty na rzecz wymierzonych w nią sankcji, a także zniszczyła potencjał militarny Białorusi bardzo istotny dla Rosji na kierunku zachodnim. Motywy destabilizacji sytuacji były zatem kompleksowe: i gospodarcze, i geopolityczne. Celem nie było nawet doprowadzenie do zmiany władzy, lecz raczej utworzenie strefy chaosu angażującej i osłabiającej Rosję. Białoruś jest przecież na zachodzie kluczowym sojusznikiem Rosji i wszystko to mogłoby stanowić dla niej bolesny cios, szczególnie w kontekście istniejącej już sytuacji na Ukrainie. Byłaby to wręcz katastrofa, która cofałaby Rosję do stanu z XVI-XVII wieku.

Zadziwiające jest dla mnie to, że w przypadku wydarzeń na Białorusi trudno dostrzec ich grunt społeczny. Dotychczasowe kolorowe rewolucje często takie podłoże społeczne miały i wiązały się ze spadkiem poziomu życia, problemami z korupcją, jak na Ukrainie. Takich problemów nie było na Białorusi…
- Nie zgodzę się z tą tezą. Uważam, że jednak pewien czynnik społeczny wystąpił. W ciągu ostatnich dziesięciu lat pojawiła się na Białorusi właściwie nowa klasa społeczna. To burżuazja, klasa średnia, wielkomiejska, tzw. warstwa kreatywna, związana z sektorem IT. To ludzie mający niezłe zarobki, zorientowani na inne formy polityki, nie lubiący stylu Aleksandra Łukaszenko, państwa opiekuńczego funkcjonującego na Białorusi. Liczebność tej klasy w ostatnim okresie wzrosła. Do tego dochodzi konflikt pokoleniowy: młodzież jest bliższa wartościom tej nowej klasy. Jeszcze jednym czynnikiem był COVID; ludzie, którzy stracili pracę w Rosji, w Polsce i Europie, wracając na Białoruś znajdowali się w trudnej sytuacji i w związku z tym, że nie zawsze rozumieli politykę władz wobec pandemii, narastało w nich niezadowolenie. Splot tych trzech czynników doprowadził do obecnej, wybuchowej sytuacji.

Czyli to protest tej nowej, kreatywnej klasy średniej?
- Tak, mając niezłe zarobki, domagają się umożliwienia im udziału w polityce, oczywiście patrzą bardziej w stronę modelów demokracji zachodniej, żądając zmian w tym własnie kierunku. I to dlatego się zbuntowali, to w pewnym sensie ich bunt.

A czy wpływu na to wszystko nie miał fakt, że na Białorusi nie istnieją struktury polityczne i społeczne, które mogłyby artykułować ich żądania?
- Tak. System polityczny nie odpowiada już współczesnym wyzwaniom. Zjawisko protestów świadczy o tym, że u tych ludzi nie było legalnych metod politycznych artykułowania swoich interesów. Faktycznie sytuacja dojrzała do zmian i stąd wszystko to przelało się w uliczne protesty. Dla tych grup społecznych niezbędna jest reprezentacja, i to nie w takich formach, jakie proponowały władze. Doszliśmy do etapu, gdy system polityczny wymaga modernizacji polegającej na utworzeniu partii politycznych, ruchów społecznych, które wyrażałyby interesy tych grup.

Czyli w ramach prac nad zmianami konstytucji będą również stworzone fundamenty systemu partyjnego?
- Tak, wiele się obecnie o tym mówi i najwyraźniej właśnie w tym kierunku zmierzać będą reformy. Prawdopodobnie ordynacja wyborcza do parlamentu oparta będzie na systemie proporcjonalnym, lub przynajmniej mieszanym. Myślę też, że obniżone zostaną również wymogi, których spełnienie niezbędne jest do rejestracji partii. Uproszczona rejestracja sprawi, że partie będą mogły bardziej aktywnie uczestniczyć w życiu politycznym. Sądzę, że dojdzie do przekazania części prerogatyw prezydenta premierowi i parlamentowi, tak aby wszystkie instrumenty władzy nie były skoncentrowane w rękach jednego człowieka. O tym się mówi, a jak to będzie wyglądało, na razie nie wiemy.

Jak w tym kontekście wygląda kwestia zdolności Aleksandra Łukaszenki do utworzenia swojej własnej, lojalnej i zbliżonej do niego ideologicznie ekipy?
- Warto zauważyć, że do jakiegoś poważnego rozłamu czy masowej zdrady wśród elit nie doszło. Jest to dość zaskakujące i dowodzi monolitycznego charakteru aparatu państwowego. Owszem, pojawili pojedynczy urzędnicy podlegli resortowi kultury i przedstawiciele MSZ, kilku ambasadorów. Ale żadne znaczące postacie ze sfery gospodarczej i bloku siłowego nie wypowiedziały posłuszeństwa Łukaszence. To kluczowa sprawa: państwu udało się przetrwać w bardzo trudnych warunkach. Z drugiej strony, wyczuwalna jest pewna próżnia ideologiczna, bo poza hasłami na rzecz pokoju, stabilności, sprzeciwu wobec wojny domowej, władze nie zdołały wypracować wizji przyszłości, która mogłaby się przyczynić do konsolidacji, a nie podziałów społecznych. Myślę, że w tej sferze również potrzebna będzie pewna odnowa podstaw prowadzenia pracy ideologicznej. Ideologia państwowa otrzymała poważny cios i trzeba jakoś na to zareagować, naprawić błędy i iść dalej do przodu.

Niektórzy komentatorzy, szczególnie w Rosji, zwracali uwagę, że szef MSZ Władimir Makiej akcentował mocno swoje, nazwijmy to, prozachodnie stanowisko. Na ile takie opinie są usprawiedliwione?
- Biorąc pod uwagę jego zachowanie podczas tego kryzysu, w sytuacji, gdy kilku dyplomatów przeszło właściwie na stronę protestujących, pozostał lojalny wobec Łukaszenki. Co do prowadzonej przez niego polityki, to sądzę, że realizował on po prostu wytyczne prezydenta. Nawiązując relację z Zachodem, miał carte blanche, by działać właśnie w takim kierunku. Rzecz jasna, wywoływało to pewną alergiczną reakcję w Rosji, bo pojawiła się swego rodzaju zazdrość i obawa przed utratą wpływów. Jednak dla Białorusi, która starała się prowadzić politykę wielowektorową, rozwijać stosunki gospodarcze ze wszystkimi, by uzyskać większą stabilność, w miniomym okresie działania te były istotne. Obecnie, oczywiście, widzimy, że kierunek zachodni, jeśli całkowicie się nie załamał, to co najmniej osłabł, co widać po reakcji Polski, krajów bałtyckich i częściowo Stanów Zjednoczonych na wydarzenia u nas. Jest zrozumiałe, że te możliwości zanikają i ten wektor, jeśli całkowicie nie zniknie, to jego rola się zmniejszy. Myślę, że teraz większą rolę odgrywać będą nasze bliskie relacje, kontakty z Rosją i Chinami.

Wracając do kwestii planowanych rozmów z opozycją na temat zmian konstytucyjnych: pojawia się pytanie z kim prezydent Łukaszenko ma prowadzić dialog na ten temat, skoro chyba jedynym przygotowanym do tego członkiem Rady Koordynacyjnej jest były minister kultury Paweł Łatuszko?
- Właściwie tak, choć właśnie dowiedzieliśmy się, że wywieziono go samochodem polskiej ambasady do Polski, więc raczej nie będzie mógł już na cokolwiek liczyć. Bardziej liczyć będzie się pewnie Maria Kolesnikowa i Wiktor Babariko, który obecnie wprawdzie jest w areszcie, ale być może niebawem wyjdzie na wolność. Najprawdopodobniej właśnie Kolesnikowa i sztab Babariko będą aspirować do roli podmiotu reprezentującego protestujących, podejmą próbę legalizacji, czyli zarejestrowania partii politycznej. Poza nimi, również kolektywy pracownicze tych zakładów, które podjęły protesty, oraz, być może, organizacje studenckie zostaną włączone w proces dialogu.

Powstaje nieodparte wrażenie, że wiodącą rolę we wpływaniu na sytuację na Białorusi przyznano Litwie, a Polska znalazła się gdzieś na drugim planie. Co sądzi Pan o postawie Wilna?
- Owszem, Litwa jest aktywnym graczem, szczególnie w sferze dyplomatycznej. Padają z jej strony dość radykalne oświadczenia, wykorzystywana jest przez nią Swietłana Tichanowskaja, prezentowana jako alternatywny ośrodek władzy. Wydaje mi się jednak, że Litwa nie ma instrumentów wywierania wpływu na wewnętrzną sytuację Białorusi, bardziej działa na poziomie międzynarodowym i dyplomatycznym. Robi to bardzo twardo, powiedziałbym agresywnie, starając się generować maksymalną presję na Białoruś.

Przejdźmy zatem do roli Polski. Niektórzy z jej obywateli, na przykład Sławomir Sierakowski, otwarcie deklarują, iż przekazują różne instrukcje protestującym. Czy obecność takich instruktorów widoczna jest na Białorusi?
- Co do fizycznej obecności polskich instruktorów na Białorusi, to nie mam na ten temat informacji. Pojawiały się jednak wiadomości o zatrzymaniu kilku obywateli Polski w dniach najbardziej brutalnych protestów. Istnieje jednak u nas przekonanie, że za protestami, ich ogólną organizacją stoi właśnie Polska, która zdalnie koordynuje je za pośrednictwem kanału Nexta w aplikacji Telegram oraz całej infrastruktury związanej z Biełsatem. Uważa się, że cały plan destabilizacji bardzo przypomina historię polskiej „Solidarności”: mamy tu i próby strajków, i współpracę z Kościołem, ze studentami. Są zatem pewne ogólne podobieństwa, co wskazuje na polski ślad. Najważniejsze jest jednak to, że głównym organem zarządzającym protestami jest kanał w Telegramie, który niemal wprost związany jest z polskimi władzami, czego specjalnie nie ukrywają jego twórcy. Tymczasem na samym terytorium Białorusi nie ma struktury koordynującej protesty na miejscu. Mamy zatem zjawisko telegramowej rewolucji; kanał w tej aplikacji rzeczywiście zarządza protestem, wskazując szczegółowo jego uczestnikom, dokąd mają iść, co robić itd. Nawet opozycyjni politycy w rodzaju Kolesnikowej nie zawsze są w stanie tak skutecznie zarządzać tłumem. Polska ponadto włączyła się do działań na poziomie dyplomatycznym. Dodatkowo spore obawy na Białorusi powodowała sytacja w Grodnie. To tam odbywały się drugie największe – po Mińsku – demonstracje i władze obawiały się, że w pewnym momencie protestujący mogą zacząć zajmować budynki administracji i rozwinie się coś na kształ separatyzmu, który może doprowadzić do ingerencji Polski pod pretekstem obrony mniejszości polskiej, katolików itd. Takie obawy o utratę kontroli nad Grodnem i obwodem grodzieńskim rzeczywiście istniały.

Na ile były one, według Pana, uzasadnione?
- Pewnie wszystko zależałoby od rozwoju wydarzeń. Jeśli w Mińsku skala zamieszek i niepokojów by wzrosła, myślę, że w Grodnie podjętoby podobne próby i – jak sądzę – mogłoby dojść do apeli o ingerencję do polskich władz. Nie wiem, jakie byłyby ich rezultaty, bo przecież od razu zareagowałaby Rosja i mielibyśmy poważny konflikt międzynarodowy. Sytuacja była poważna i ja osobiście niczego nie wykluczałem, w tym scenariusza, o którym wspomniałem.

Tak. Czy jednak wśród białoruskich ekspertów jest zrozumienie faktu, że polska polityka wschodnia w dużym stopniu zależy od zewnętrznych patronów Warszawy?
- Oczywiście, że to rozumiemy. Polska jest reprezentantem interesów amerykańskich – oczywiście, mam tu na myśli oficjalne władze w Warszawie. Rozumiemy też, że istnieją inne siły polityczne, zarówno na prawicy, jak i na lewicy, które inaczej odnoszą się do Wschodu. Mieliśmy z nimi kontakty, choć dość ograniczone i nieśmiałe. Wiemy jednak, że w określonym momencie uruchamiana jest machina państwowa, za której działaniami stoi choćby Waszyngton czy część elit europejskich, i wtedy inne głosy z Polski nie są słyszalne. Szkoda, że do tej pory nie widzieliśmy tych innych głosów, które dopiero ostatnio zaczynają docierać na Białoruś. Dopiero teraz dowiadujemy się o tym, że są Polacy mający inne od władz spojrzenie na białoruskie wydarzenia. Zdajemy sobie sprawę, że polskie władze zajęły wobec Białorusi określone stanowisko wynikające z wytycznych elit atlantyckich, które czynią z Polski przyczółek do ekspansji na Wschód. Bez wątpienia wywołuje to poważne zaniepokojenie.

Jednak polska mniejszość, reprezentowana przede wszystkim przez zarejestrowany i działający oficjalnie Związek Polaków na Białorusi, chyba nie dała się wciągnąć do tego konfliktu?
- Tak, ZPnB wystąpił jako podmiot szanujący porządek prawny. Nie udało się rozegrać karty etnicznej w tym kryzysie. Owszem, przedstawiciele niezarejestrowanego związku tacy, jak Andrzej Poczobutt czy Andżelika Borys wydawali jakieś oświadczenia utożsamiające ich z opozycją. Nie było jednak widać jakiegoś szerszego niezadowolenia ze strony Polaków, większego ich poparcia dla opozycji. Generalnie obywatele Białorusi pochodzenia polskiego okazali się lojalni wobec własnego państwa. Nie wygłaszali żadnych radykalnych haseł. Oczywiście, pewnie niektórzy z nich brali udział w protestach w Grodnie, jednak nie mogę powiedzieć, by czynnik etniczny grał tu jakąś rolę, choć może niektórzy próbowali na niego stawiać.

Jak może wyglądać dalszy rozwój sytuacji?
- Mamy już stabilizację, choć protesty pewnie będą jakiś czas trwały. Obserwujemy już symptomy politycznego procesu uregulowania. Po stronie opozycyjnej mamy powoli kształtujące się struktury zyskujące podmiotowość, gotowe do jej reprezentowania w negocjacjach. Otoczenie zewnętrzne zostało ustabilizowane oświadczeniami strony rosyjskiej podkreślającymi konieczność powstrzymania ingerencji Zachodu w sprawy wewnętrzne Białorusi. Oczywiście, mamy przed sobą reformę, zmianę systemu politycznego, co będzie przedsięwzięciem niełatwym i wymagającym czasu. Po zażegnaniu gorącej fazy konfliktu, trzeba zająć się likwidacją podziału w społeczeństwie, wzmocnieniem funadmentów państwowości. Wydaje mi się, że – nawet, jeśli opozycja pojawi się w parlamencie – należy zachować model białoruski, zmodernizowany i odnowiony kierunek polityki, nie odrzucający dotychczasowego dorobku i nie negujący istniejących osiągnięć.

No właśnie. Jakie powinny być, Pana zdaniem, podstawowe elementy tego zmodernizowanego modelu białoruskiego?
- Dla mnie najbardziej wartościowym elementem tego modelu jest silne państwo socjalne. Jego elementy pod postacią służby zdrowia, edukacji, prawie całkowicie bezpłatnej infrastruktury dostępnej wszystkim obywatelom są bardzo istotne. Równie ważny jest brak większego rozwarstwienia społecznego, zbyt dużej róznicy między biednymi a bogatymi. Wydaje mi się, że to jest właśnie wartość, która odróżniała Białoruś od Rosji i innych krajów sąsiednich. Udało nam się mniej więcej równomiernie dzielić wspólne dobra. Uważam, że to trzeba zachować. Nie wolno także dopuścić do zniszczenia naszego przemysłu, w który próbowano uderzyć za pomocą strajków. Jest on oparty na szczególnych mechanizmach i technologiach, które rozwijała Białoruś i które trzeba objąć ochroną. Sądzę, że o te kluczowe elementy należy dbać i je pozostawić; przeprowadzając reformy zagwarantować, że nie będą one dla nich szkodliwe.

A co w sferze polityki zagranicznej? Czy priorytetem powinno być rozwijanie struktur państwa związkowego z Rosją, czy może pogłębianie integracji eurazjatyckiej?
- Po tym, jak jednoznacznego wsparcia udzieliła nam Rosja, myślę, że dojdzie do aktywizacji na polu integracji w ramach państwa związkowego. Zapewne dojdzie do dyskusji i podpisania map drogowych dalszych kierunków, które jeszcze bardziej zbliżą nasze gospodarki. Myślę, że będzie na to nalegać również strona rosyjska. Nie wiemy jeszcze, jakie decyzje będą podejmowane w sferze bezpieczeństwa, ale sądzę, że tu również dojdzie do zacieśnienia stosunków. Uważam, że w najbliższym czasie postępy w relacjach dwustronnych będą bardziej widoczne od tych w sferze integracji eurazjatyckiej. Po zakończeniu procesu integracji związkowej w kierunku ściślejszej współpracy dążyć będą również pozostali członkowie Unii Eurazjatyckiej. Białoruś wyjdzie z obecnego kryzysu znacznie bardziej zintegrowana z Rosją. Będzie na tym zależeć Rosji, ale również u nas pojawi się zrozumienie, że działanie w pojedynkę czy w oparciu o różne wektory, nie będziemy w stanie przetrwać w globalnej rozgrywce o nowy porządek świata. Stąd należy spodziewać się wyboru drogi integracji gospodarczej i polityczno-militarnej z Rosją. Oczywiście nie zrzekniemy się suwerenności narodowej, jednak można powiedzieć, że wejdziemy w skład jednolitego bloku z Rosją.

Na koniec pytanie o to, jak obecna sytuacja może wpłynąć na relacje polsko-białoruskie w różnych sferach?
- Niestety, kryzys polityczny w relacjach pomiędzy naszymi krajami nie pozostanie tu bez wpływu. To w Polsce utworzono określoną infrastrukturę medialną, ekspercką i edukacyjną skierowaną przeciwko państwu białoruskiemu. Przez dłuższy czas uczyłem się i przebywałem w Polsce, z szacunkiem odnoszę się do narodu, języka i kultury polskiej. Czuję, że Polacy są naszymi słowiańskimi braćmi, którzy wskutek sytuacji geopolitycznej znaleźli się w przeciwnym obozie, często wobec nas wrogim. Chciałbym, żebyśmy spróbowali wyjść z tej konfrontacji i ślepej uliczki poprzez współpracę uczonych i ekspertów. Uważam, że Białoruś, Polska, Rosja i cały słowiański świat mają wiele wspólnego. To potencjał znacznie większy od tego, który daje współpraca ze Stanami Zjednoczonymi czy innymi siłami zewnętrznymi. Chciałbym, by nasze kontakty przeszły na pewien nowy poziom, żebyśmy chociaż potrafili dyskutować o istniejących problemach, wzajemnych pretensjach, poszukiwać sposóbów ich rozwiązania. Jesteśmy przecież nie tylko sąsiadami, ale możemy się wzajemnie uzupełniać, choćby w ramach różnych projektów logistycznych i gospodarczych. Warto odejść od retoryki konfrontacji w polityce i geopolityce. Wydaje mi się, że Polacy są wystarczająco racjonalni, by zrozumieć, że możemy wspólnie osiągać korzyści z naszego położenia geograficznego, że nie musimy szkodzić sobie nawzajem. Na takiej podstawie moglibyśmy znaleźć wspólny język.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał: Mateusz Piskorski

Aleksiej Dziermant – białoruski politolog i filozof, pracownik Instytutu Filozofii Narodowej Akademii Nauk Białorusi, redaktor naczelny portalu IMHOclub.by.

Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2020)

Dzial: