To będzie „problemem” nie tylko dla Litwy

flagi.jpg
Na wstępie pragnę upomnieć się o pewien ważny szczegół z przeszłości: w hucznej celebrze stulecia Cudu nad Wisłą jakoś skrzętnie pomijany jest fakt, że u boku naszego przeciwnika – Armii Czerwonej, z którą prowadziliśmy walki od maja do października 1920 roku, dzielnie walczyły z nami dzielnie wojska niepodległej Litwy.

Władze tego państwa zawarły wówczas pokój z bolszewikami (którą wcześniej również nam proponowali), w którym m.in. uznano suwerenność tego państwa na Wilnem, będącym jego formalną stolicą; w tym czasie było ono „okupowane” przez Wojsko Polskie. Gdy armie bolszewickie dowodzone przez Michaiła Tuchaczewskiego zajęły to miasto (oddaliśmy jest bez walki), na mocy tego traktatu bolszewicy zwrócili je Litwinom, a wojska tego państwa rozpoczęły działania wojenne przeciwko Polsce wkraczając na jej etniczne tereny (do Litwy miały należeć m.in. Suwałki). Nie było to zbyt trudne, gdyż bezwład naszego odwrotu, przeradzający się również w popłoch, wielce to ułatwiał.

Zapewne współczesna poprawność (nowa nazwa cenzury) zabrania o tym mówić i pisać, ale Cud nad Wisła przyniósł sto lat temu nie tylko klęskę Armii Czerwonej, lecz również wojskom litewskim. Zapewne dlatego nie widzimy Litwinów podczas oficjalnych obchodów naszego militarnego sukcesu sprzed stu laty.

Przypomnienie to jest tylko pretekstem, który ma uwypuklić tezę, że interesy państwa litewskiego w 1918 roku były w głębokiej opozycji do polityki prowadzonej przez władze naszego kraju. Również dziś rządy w Wilnie - nie oglądając się na Warszawę – prowadzą swoją zapewne nie do końca rozpoznawalną przez nas „politykę białoruską”. O żadnej koordynacji raczej nie ma mowy: nie jesteśmy tu nawet potencjalnym partnerem. Dlaczego? Sadzę, że z kilku powodów. Po pierwsze Białorusini nie są i nie będą antyrosyjscy, a naszą klasę polityczną interesuje tylko spektakularne szkodzenie Putinowi. Oczywiście słowne (na inne nas nie stać), ale za to głośne. Silna, mająca legitymację demokratyczną władzę w Mińsku, która może wyłonić się po ustąpieniu Aleksandra Łukaszenki (co prędzej czy później nastąpi), nigdy nie będzie antyrosyjska (tam nikt politycznie jeszcze nie zwariował), ale podniesienie przez nią problem mniejszości białoruskiej na Litwie jest tylko kwestią czasu.

Nastąpi również zmiana symboliki tego państwa (przypomnę, że postradziecka Rosja natychmiast przyjęła trójkolorowe barwy państwowe, pod którymi walczyli żołnierze generała Andreja Własowa przeciwko … Armii Radzieckiej w latach 1942-1945), czyli Litewskiej Pogoni. Będą więc dwa państwa odwołujące się do tradycji Wielkiego Księstwa Litewskiego, Białoruś będzie ważniejszym, bo silniejszym i bardziej ludnym partnerem. Odejście Łukaszenki i dojście do władzy jakkolwiek rozumianej opozycji nastąpi nie tylko z błogosławieństwem Moskwy, ale również Berlina i Brukseli, które to stolice będą udawać, że mają tu coś do powiedzenia.

Wileńscy politycy mają więc problem, bo reprezentując swoją żmudzką wersję Litwy mają w potencjalnej opozycji całość słowiańskiej mniejszości swojego państwa, w tym również Polaków na Litwie. Demokratyzacja Białorusi w zgodzie z Moskwą zapewne spędza sen z powiek nacjonalistów litewskich, bo toruje drogę do regionalnego resortu: nacjonaliści litewscy mogą kiedyś przegrać wybory w swoim państwie, bo przymusowa lituanizacja mniejszości narodowych jest tam dużo płytsza niż się u nas sądzi. Etniczna ludność żmudzka kurczy się nie tylko w wyniku emigracji do Niemiec, a na pewno lekkie otwarcie granic z już „niepodległą”, czyli postłukaszeńską Białorusią może zmienić wiele, na pewno pogrzebie koncepcję pogrzebie koncepcję Międzymorza w jej antyrosyjskiej, czyli skazanej na porażkę (po raz drugi po stu latach) w wersji. Z naszą antyrosyjską retoryką nie mamy tam nic do gadania i raczej się z tym już pogodziliśmy się.

Po drugie, wszyscy (bez wyjątku) nie chcą wciąż prawdopodobnej i obiektywnie możliwej powtórki wariantu ukraińskiego. Piętnaście lat nowej, prozachodniej, pomajdanowej Ukrainy jest pasmem porażek, masowej ucieczki młodego pokolenia, totalnego upadku ekonomicznego, biedy i wojny. Ważne stolice Unii Europejskiej nie mają i nie będą miały żadnej „polityki białoruskiej”. To dla nich trudny, a przede wszystkim nieistotny problem.

Nasze wtrącanie się w sprawy ukraińskie jest źle wspominane: byliśmy i będziemy postrzegani jako szkodliwi wichrzyciele, którzy szkodzą sobie, ale przy okazji innym. Nic nie zyskaliśmy i wszystko straciliśmy. Nasza druga „wyprawa kijowska”, podobnie jak ta sprzed stu lat, skończyła się smutną porażką. Nie chcemy również przyznać, że masowa imigracja do Polski młodego pokolenia Ukraińców tzw. Zachidników („Wschidnicy” nie emigrują do Polski- oni wyjeżdżają do Rosji).

W nieodległej perspektywie przyniesie nam nieznane problemy, których oczywiście nie będziemy umieli rozwiązać, bo nawet nie toczymy jakiejś dyskusji na ten temat („że o polityce nie wspomnę”). Sądzę, że nikt nie chce, aby Warszawa wtrącała się do spraw białoruskich: ani w Wilnie, ani Mińsku, a tym bardziej w Moskwie – więc będziemy siedzieć cicho i „nie stracimy tej okazji” (cytat z wypowiedzi prezydenta Chiraca). Również z Waszyngtonu nie przyjdą tu żadne polecenia, bo jest to dla nich „daleki kraj, o którym niewiele wiemy” (złośliwi twierdzą, że w państwie, które nie rozróżnia Słowacji i Słowenii, Białoruś jest chyba jakąś częścią Rosji); poza tym trwa kampania wyborcza.

Czy możemy sformułować jakąś prawdopodobną prognozę „wybicia się na niepodległość” postłukaszenkowskiej Białorusi oraz dla tego regionu? Można i trzeba. Nowe, władze w Mińsku nie będą antyrosyjskie i w przyszłości będą prowadzić bardziej aktywną politykę narodowościową „miękko integrując” diasporę białoruską, którą w większości mówi po rosyjsku zachowują poczucie tożsamości. Nastąpił już dość dawno podbój kulturowy tej mniejszości na Litwie. Przypomnę, że przed stu laty powstało efemeryczne państwo pod nazwą Biełlit, o czym u nas pamiętają tylko niepoprawni historycy.

Gdy w Wilnie być może dojdzie do władzy koalicja słowiańska nastąpi naturalne zbliżenie z Mińskiem. Ten scenariusz będzie mieć błogosławieństwo Moskwy, bo każda dezintegracja polityczna „północnej flanki NATO” jest czymś bardzo mile widzianym. Żadnych złudzeń: dalekie stolice starej Europy, podobnie jak sto lat temu, mają dużo ważniejsze problemy i nie stać ich na mieszanie się do spraw tego regionu: doświadczenie ukraińskie jest mało zachęcające.

Witold Modzelewski
Profesor Uniwersytetu Warszawskiego Instytut Studiów Podatkowych
25.08.2020

Dzial: