Łukaszenka przespał swój czas

lukaszenko.jpg
Jak potoczą się dalsze losy Aleksandra Łukaszenki trudno prorokować. Nawet, jeśli uda mu się zachować władzę tłamsząc protesty, które przetaczają się właśnie przez kraj, Białoruś nie będzie już tym samym państwem. System polityczny, który pozwolił Łukaszence trwać przez 26 lat na urzędzie prezydenta Republiki Białoruskiej zdaje się dobiegać końca.

Wcale nie dlatego, że do demontażu tego systemu przystąpili międzynarodowi specjaliści od „aksamitnych rewolucji”, ale dlatego, że Łukaszenka nie był w stanie zaproponować Białorusinom niczego, poza siermiężnym status quo, oznaczającym trwanie w ekonomicznym marazmie, bez perspektyw na lepsze jutro. Łukaszenko zderzył się z aspiracjami głównie młodego pokolenia, które po prostu nie chce „przaśnej” Białorusi swoich rodziców i dziadków.

Trudno nie zauważyć, że stara marksistowska zasada, iż to byt określa świadomość, w przypadku Białorusinów sprawdza się bezbłędnie. Dla znacznej części z nich jest to wystarczający powód, by zdobyć się na odwagę i zaryzykować wypowiedzenie posłuszeństwa dotychczasowej władzy. Postawili na zerojedynkowy wybór – stagnacja czy zmiana? Jak widać, spora część Białorusinów wybrała zmianę.

To zrozumiałe, że w tego typu sytuacjach zawsze do gry wchodzą „siewcy demokracji”, a w ślad za nimi międzynarodowi pieczeniarze, spoglądający łakomym wzrokiem na państwowe fabryki i infrastrukturę gospodarczą Białorusi, które pomimo wielu niedostatków przedstawiają sporą wartość. Za chwytliwymi hasłami o demokracji, prawach człowieka i obalaniu „dyktatury”, rozpoczął się bezwzględny, pozostający w cieniu wyścig o to, kto pierwszy położy rękę na białoruskim majątku.

Białoruś jest dzisiaj areną, na której ścierają się interesy Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej i Rosji. Jest ostatnią enklawą w tej części świata, w której próżno szukać unijnych i amerykańskich standardów politycznych oraz rozwiązań gospodarczych. Z drugiej strony, będąc pod przemożnym wpływem, a właściwie naciskiem Rosji, Białoruś wciąż zachowuje także w stosunku do niej suwerenność i międzynarodową podmiotowość. Mamy tutaj do czynienia ze swoistym fenomenem, który na naszych oczach dobiega jednak końca.

Umiejętność lawirowania między mocarstwami, którą Łukaszenka opanował do perfekcji, w warunkach ciśnienia dyplomatycznego jakiemu właśnie podlega, może okazać się niewystarczająca. Jednoznaczny głos sekretarza stanu USA Michaela Pompeo oznajmiający, że wybory prezydenckie na Białorusi nie były wolne i uczciwe oraz korespondujące z tym stanowiskiem oczekiwanie Unii Europejskiej o konieczności ich powtórzenia, stawiają Łukaszenkę w wyjątkowo trudnej sytuacji. Protesty na ulicach miast (także na prowincji) oraz wybuchające co rusz strajki w kluczowych dla gospodarki białoruskiej branżach w sposób oczywisty dodatkowo osłabiają jego pozycję.

Wciąż nie wiadomo, jak w tej sytuacji zachowa się Rosja, dla której Białoruś stanowi oczywistą strefę wpływów. Szorstka przyjaźń pomiędzy Putinem a Łukaszenką nie oznacza wcale, że Rosja odpuści sobie kolejną „bliską zagranicę”, szczególnie w obliczu lekcji ukraińskiej. Powściągliwość, z jaką do sprawy podchodzi Moskwa nie jest jednak jej słabością, lecz przejawem czystego pragmatyzmu. Najprawdopodobniej na Kremlu analizowany jest w tej chwili wariant zastąpienia Łukaszenki, ale z tym Moskwa może mieć problem.

Zresztą nie tylko Moskwa. Brak silnego lidera opozycji sprawiły, że USA i UE, chcąc nie chcąc, podjęły decyzję o wsparciu konkurentki Łukaszenki w wyborach prezydenckich Swietłany Cichanouskiej. Pomimo braku politycznego doświadczenia i słabości charakteru jest w tej chwili intensywnie szkolona na Litwie, gdzie przebywa po opuszczeniu Białorusi, bo innego sensownego wyboru personalnego po prostu nie ma.

Widać jak na dłoni, że za plecami Cichanouskiej stoją spece od „pokojowych rewolucji”, co dla Łukaszenki jest złą wiadomością. Jeśli uda im się zdestabilizować strajkami w gospodarkę białoruską, jego dni będą policzone. Łukaszenka może w tej sytuacji zdecydować się na stan wyjątkowy, wyprowadzić na ulice wojsko i milicję oraz zabarykadować kraj. Tyle, że to absolutnie nie zmieni sytuacji, w jakiej się znalazł.

Problemem Łukaszenki, jak i wielu podobnym mu przywódcom jest to, że rzadko kiedy wiedzą, kiedy należy zejść ze sceny. Nie potrafią zbudować alternatywy dla siebie samych, pozwalającej w sytuacji kryzysu takiego jak ten, na zapewnienie krajowi politycznego resetu w miejsce kryterium ulicznego, które zawsze wyzwala trudną do przewidzenia dynamikę wydarzeń. Dlatego perspektywy, jakie rysują się przed Łukaszenką są wyjątkowo marne.

Wyzwaniem przed jakim stoją dzisiaj Białorusini jest nie tyle odpowiedź na pytanie, jaka będzie Białoruś, ale czyja ona będzie? Pomimo sprytu jakim wykazał się Łukaszenka w balansowaniu między Wschodem a Zachodem, sukcesami w zabieganiu o międzynarodową podmiotowość, w tym mocną współpracę z Chinami, nie udało mu się zbudować na tyle silnych podstaw gospodarczych, by dać odpór wewnętrznej i zewnętrznej presji, która demontuje jego dotychczasowy świat. Nie był w stanie nawet w części zdobyć się na polityczną partycypację, skupiając całość władzy w swoim ręku. To był błąd.

Łukaszenka broni modelu Białorusi, który jest nie do obrony. Zderza się właśnie z ludzkimi aspiracjami wyzwolonymi przez możliwość podróżowania i obserwowania świata. Mierzy się równocześnie ze zrozumiałą potrzebą wolności, nie reglamentowaną przez aparat państwowego przymusu. W tych okolicznościach – pomijam te zewnętrzne – nie potrafi znaleźć sposobu na wypicie piwa, które sam nawarzył.

To prawda, że Białoruś pod rządami Łukaszenki jest państwem bezpiecznym, czystym i uporządkowanym, że próżno szukać tam mafii i zgnilizny charakterystycznej na zachodnich tłustych demokracji. To prawda, że nikt nie umiera tam z głodu, a emeryci na czas otrzymują swoje świadczenia. Prawdą jest też, że nie ma tam tak rozwiniętego łapówkarstwa i zwyczajnego złodziejstwa, jakie są udziałem Ukrainy. Ale co z tego? Społeczeństwo chce dzisiaj czegoś więcej. Przynajmniej jego aktywniejsza część.

W tym wszystkim najistotniejsza jest odpowiedź na pytanie, czy Białoruś rozwiąże swoje problemy sama. Obawiam się jednak, że może być z tym problem. Wszyscy zainteresowani wiedzą, że czas Łukaszenki się kończy, więc tym mocniej przebierają nogami. Niekoniecznie wie o tym sam Łukaszenka. Coraz bardziej osaczany, może zdecydować się na rozwiązania radykalne. Ma wystarczająco dużo instrumentów, by wymusić swoje dalsze trwanie. Tyle, że będzie to w jego przypadku wejście na równię pochyłą.

Łukaszenka przespał swój czas. Nie widać jednak nikogo na horyzoncie, kto mógłby go w naturalny sposób zastąpić. Białorusi potrzebny jest dzisiaj następca, który zachowa jej podmiotowość i integralność, a jednocześnie tchnie w nią energię, która pozwoli ludziom się bogacić. Potrzebny jest ktoś, kto zrozumie system naczyń połączonych, w jakim przychodzi funkcjonować państwom postsowieckim. Białorusi potrzebny jest po prostu przywódca nowego formatu. Ten format musi być jednak skrojony w Mińsku. Nie w Waszyngtonie, Brukseli czy w Moskwie. Czy tak będzie? Wątpię, choć bardzo chciałbym się mylić.

Maciej Eckardt
Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2020)

Dzial: