Rocznica rocznic – Cud nad Wisłą

cud 1920.jpg
Kochani Wartownicy i Kombatanci! Uroczystość obchodzimy dzisiaj. Uroczystość wielką i niepoślednią. Co roku ją świętujemy. Co roku z niemilknącym rozrzewnieniem ją wspominamy, i co roku na nowo witamy ją, jak gdyby po raz pierwszy dochodziła nas o niej wieść. Dzień 15 sierpnia! Ileż on nam mówi o wierze naszej! A ileż o naszej, tak przebogatej w klęski i w zwycięstwa historii naszej Ojczyzny!

Ta jednak okoliczność, iż dzisiejszy dzień uroczysty jest tak treści pełen, sprawia, że niekiedy trudno przychodzi kapłanowi, mającemu głosić słowo Boże, obrać właściwy wątek na treść kazania.

Bo gdyby tak np. zapytał: Jaką też naprawdę rocznicę obchodzimy w dzisiejszym uroczystym dniu? — to by co gorliwsi z was w wierze i jej praktyce — bo i tacy się znajdują w każdym zespole ludzkim — odpowiedzieli, że uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. W 1950 r. przecież, ś.p. papież Pius XII wyniósł tę uroczystość do godności dogmatu. Dziesiątą więc obchodzimy dzisiaj rocznicę nowego katolickiego dogmatu — tak odpowiadaliby jedni. Co bardziej jednak nastawieni patriotycznie słuchacze zawołaliby: Oh, nie! Czterdziestolecie obchodzimy dzisiaj osiemnastej z największych bitew świata; czterdziestolecie bitwy pod Warszawą, bitwy z Młotem i Sierpem, rozegranej zwycięsko w dzisiejszym właśnie dniu — 15 VIII 1920 r.

l tak kapłan, chcąc dogodzić obu stronom, nie wiedziałby, jaki też obrać temat kazania, by dzisiejszą uroczystość zarówno po katolicku, jak i po polsku uświetnić swoim słowem. Na szczęście zachodzą raz po raz różne okoliczności, które mu wybór tematu nie tylko ułatwiają, ale wprost nakazują i jakby dyktują. Tak stało się i dziś. Okolicznością zaś tegoroczną, która narzuca temat dzisiejszemu kazaniu, to wasze pismo, „Ostatnie Wiadomości", i jego artykuł wstępny pt. „40-lecie zwycięskiej bitwy warszawskiej", pióra ppłk. Wacława Chocianowicza.

Kiedym artykuł ów przeczytał, powtarzałem sobie w duchu: „Wszystko tu tak szczegółowo opisane, tak bogato rozprowadzone i cytatami zaopatrzone, że już nic nie pozostaje dla kapłana do dodania. Póki nie doczytałem do samego niemal końca artykułu. W ostatnich jego szpaltach bowiem napotkałem ustęp, który nie tylko mnie, ale każdego kapłana go czytającego, musi zastanowić, i nie tylko zastanowić, ale wprost przymusić, by mu w świątecznym kazaniu poświęcić choćby słów kilka — na chwałę Bożą i na pożytek dusz”.

Pozwólcież tedy, że wam wpierw ów ustęp w całości odczytam: „Witano Wodza Naczelnego uroczyście, składając Mu hołdy w sejmie i śpiewając w kościołach uroczyste „Te Deum" z myślą o Nim. Zwycięstwo Warszawskie nazwano cudem. Cudem nad Wisłą. Opatrzność nie czyni cudów bezpośrednio, ale tylko przez ludzi. Cudem nad Wisłą był fakt, że w tak groźnej dla narodu naszego chwili stał na jego czele nikt inny jak Józef Piłsudski z danym Mu przez Opatrzność geniuszem wojskowym. Pewien odłam społeczeństwa usiłował wydrzeć Laur zwycięskiej Bitwy Warszawskiej z rąk Marszałka, przypisując go gen. Hallerowi“.

Czy kapłan jakikolwiek może przejść obojętnie obok podobnej wypowiedzi? Czy może przekazać ją bezpiecznie każdemu z wierzących, względnie każdemu z rodaków? I oto treść kazania na dzisiejszą uroczystość podyktowana artykułem, który się ukazał drukiem tu, w Mannheim, choć był pisany w Londynie.

Muszę się jednak zastrzec, że nie mam zamiaru głosić kazania politycznego, jak się zwykle nazywa kazania niewygodne, ale że głosić będę kazanie na wskroś teologiczne. Nie będzie w nim nic na temat komu przypisać należy palmę zwycięstwa, Piłsudskiemu czy Hallerowi, lub, który też odłam społeczeństwa polskiego ma słuszność po swojej stronie opowiadając się czy to za jednym, czy za drugim z wodzów polskich.

To wszystko sprawa historyków. To rzecz tych, którzy przeżyli i obecnymi byli podczas tamtych dni. W kazaniu dzisiejszym mowa będzie o zwykłych prawdach katechizmowych, które każdy katolik znać powinien, a już na pewno każde pismo, które chce poruszać tematy katolickie i o nich chce pouczać czytających jego artykuły. Streszczając krótko wspomniany ustęp można by go ująć słowami: Trzy zdania – trzy błędy. Trzy bowiem zdania są w zacytowanym co dopiero ustępie co najmniej błędne.

1. Posłuchajmy pierwszego: „Opatrzność nie czyni cudów bezpośrednio, ale tylko przez ludzi”. Tak pisze autor wspomnianego artykułu. Każdy z tu obecnych może sprawdzić, że odczytuję jego słowa bez zmian i bez jakichkolwiek dodatków. Zapytuję więc: Czy takie oświadczenie, jak je podaje autor w cytowanym zdaniu, jest prawdą? Czy tak uczy wiara katolicka?
„Cud — czytamy w katechizmie — jest to zjawisko czyli wydarzenie zdziałane przez Boga poza porządkiem prawa naturalnego”. Kto nie chce wierzyć tak nauczającemu katechizmowi, niech się uda do Lourdes. Nie dziesiątki, nie setki, ale tysiące wprost ludzi przybywa tam i modli się o łaskę cudu. Leżą i wyczekują całymi tygodniami, nieraz i miesiącami. A wszyscy pełni żarliwej ufności, wszyscy z owym wielkim wewnętrznym wołaniem, na jakie tylko obłożnie chory zdobyć się może, gdy znikąd już ratunku nie widzi.

I co się dzieje? Z tych dziesiątek, setek i tysięcy, nagle jeden wstaje i woła w uniesieniu głośnym: Cud! Cud! Był sparaliżowany i nie mógł się ruszyć; był ślepy od lat i nie widział; teraz wstaje, bez niczyjej pomocy, i woła na cały głos: Cud!

Któryż to człowiek tego chorego uleczył? Który go choćby dotknął? A autor artykułu z „Ostatnich Wiadomości" pisze sobie nonszalancko: „Opatrzność nie czyni cudów bezpośrednio, ale tylko przez ludzi”. Kto nie widzi błędu, jaki ów, skądinąd bardzo uczony autor, popełnia? A czy ksiądz katolicki może pozwolić, by tak nauczano ludzi?!

2. Drugi błąd naszego „teologa w mundurze" – jeśli tak go wolno nazwać – jest bardziej rażący, bo nosi na sobie wszelkie pozory zwykłego naciągania faktów do z góry powziętej tezy. Posłuchajmy: „Cudem nad Wisłą był fakt, że w tak groźnej dla narodu naszego chwili stał na jego czele nikt inny jak Józef Piłsudski z danym Mu przez Opatrzność geniuszem wojskowym”.

Cudem – mówiliśmy to przed chwilą – jest zjawisko zdziałane przez Boga poza porządkiem prawa natury. Stwarzanie jednak przez Boga ludzkich geniuszy — choćby i największych – należy do porządku natury. Michał Anioł – ów geniusz w architekturze, malarstwie i rzeźbie – nie był żadnym cudem, tylko zwyczajnie stworzeniem Bożym. Napoleon – ów geniusz wojenny – nie był cudem żadnym, tylko najzwyczajniej tworem Bożym. Tak też marszałek Piłsudski, choćby był nie wiem jak wielkim geniuszem, nie byłby żadnym cudem – a już zgoła nie cudem nad Wisłą – tylko w istocie swej stworzeniem Bożym, jak każdy z nas.

Gdyby Pan Bóg w sierpniu 1920 r. zesłał był narodowi naszemu anioła z nieba, który by w widocznej postaci objął naczelne dowództwo nad naszymi siłami zbrojnymi i dokonał zwycięstwa i rozgromienia sił nieprzyjacielskich, to taki fakt dowodzenia siłami zbrojnymi narodu byłby rzeczywistym cudem. Ale fakt, jak tego chce autor artykułu, że „w tak groźnej dla narodu naszego chwili stał na jego czele nikt inny jak Józef Piłsudski”, nawet okruchu nie zawiera cudowności w sobie. Nazwanie go więc cudem jest nie tylko pomyleniem pojęć, ale pomyleniem prawdy. Dwa zdania – dwa błędy.

3. Jest jednak jeszcze trzeci. I ten dopiero zahacza o istotę święconego dziś przez nas Cudu nad Wisłą. Autor pisze na jego temat: „Zwycięstwo Warszawskie NAZWANO Cudem nad Wisłą”. Słowa te mają oznaczać, iż faktycznego cudu nad Wisłą w ogóle nie było. Że istnieje jedynie, względnie że ukuto jedynie jego nazwę. Zwycięstwo warszawskie, według autora, nazwano cudem, tak jak my np. piękny jakiś obraz czy fajerwerk nazywamy cudownym. Cudu faktycznego, według niego, absolutnie nie było. Był nim co najwyżej Piłsudski.

Nie byłem świadkiem owego wydarzenia historycznego – więc nie mogę mówić o nim jako naoczny świadek. Zgłosiłem się co prawda w 1920 r. na ochotnika. Ale nie puszczono mnie pod Warszawę. Za to miałem szczęście rozmawiać z naocznym świadkiem owej chwili. Odwiedziłem bowiem kilkakrotnie w Londynie największego jej świadka, bo samego gen. [Józefa] Hallera, który w krytycznych dniach sierpnia 1920 r. był głównym dowodzącym liniowym na odcinku warszawskim. Z jego zaś ust usłyszałem nieco odmienny obraz sytuacyjny, niż się go zazwyczaj maluje.

„Oddziały — mówił mi gen. Haller — które wracały spod Kijowa, to było wojsko pobite. Nie wiem czy ksiądz wie, co to znaczy: wojsko pobite. To nie panika. Panika trwa przez moment. Mija — i już po wszystkim. To także nie popłoch. Popłoch to wielkie zamieszanie, które dowodzącemu utrudnia akcję, nieraz nawet przekreśla. Ale to rzecz do opanowania. Oddziały, które spod Kijowa doszły pod Warszawę, to było wojsko zdemoralizowane. W moich oczach rzucali bron. Oficerowie nie wahali się nawet obcinać sobie szlif oficerskich, byle nie być poznanym. Gnali przed siebie jak ścigany zwierz. Byle na Zachód. l takich żołnierzy widziała Warszawa w przededniu rozstrzygającej bitwy. Główny ich szlak wiódł przecież przez mosty Warszawy. Cóż mi pozostało – tak zakończył swą relację gen. Haller – z rozkrzyżowanymi ramionami począłem powstrzymywać uciekających. Nie widzicie – krzyczałem na nich – że ja, generał, a nie boję się, tylko zostaję w Warszawie – a wy chcecie uciekać?! To ich oprzytomniało. l tak postępowałem z każdą napotkaną grupą. Namawiałem, zaklinałem, błagałem, groziłem nawet karami, byle ich wstrzymać i przywrócić do porządku wojskowego.

Ochotnicy byli lepsi, oczywiście. Ale to nie byli żołnierze. A Tuchaczewski miał żołnierzy. I miał broń. A my ani dostatecznie żołnierzy, ani broni. I takich nas zastał świt 15 sierpnia. Ruszyliśmy do ataku. Byłem cały dzień na linii, jak się to stało, żeśmy nie tylko wstrzymali zwycięsko armię bolszewicką, ale nadto ją odparli – nie umiem powiedzieć. Po ludzku biorąc było to niemożliwe. Wszystko mówiło, że to niemożliwe. Dlatego nie waham się owego zwycięstwa nazwać prawdziwym cudem”.

Tak mi opowiadał gen. Haller osobiście. Tak w mojej obecności przemawiał przez rozgłośnię Radia Watykańskiego na cały świat. Można oczywiście utrzymywać, że gen. Haller się mylił, albo jak chcą inni, że nie wiedział, co mówił, kiedy to wszystko opowiadał. Tak samo jak można twierdzić o wszystkich innych, czy to mówiących czy też piszących o owych dniach, że się mylą albo że nie wiedzą, co głoszą.

Ci jednak, co byli z gen. Hallerem w owych dniach w Warszawie, zapytali mnie wprost: „A czy generał powiedział księdzu, co też czynił przed świtem dnia 15 sierpnia?” Odpowiedziałem, że nie. „To my księdzu powiemy” — rzekli. l powiedzieli. „Generał Haller — taka ich relacja — pamiętnego ranka, wiedząc, że po ludzku czeka przegrana, poszedł do kościoła Św. Anny i tam, krzyżem się położywszy przed ołtarzem głównym, wzywał opieki Najświętszej Maryi Panny.

Rozumie ksiądz teraz, dlaczego Generał stale twierdził, że zwycięstwo odniesione dnia 15 sierpnia było cudem? Bo osobiście przeżył całą niemoc polskich sił zbrojnych i osobiście przeżył cała wszechmoc Bożej Opatrzności”. (Ludność Mińska Mazowieckiego — miasteczka położonego na przedpolu Warszawy, podobnie jak Radzymin — nazwała obraz Najświętszej Maryi Panny, przed którą gen. Haller wraz ze swym sztabem 12 sierpnia modlił się o zwycięstwo oręża polskiego, i przed którym ponownie 17 sierpnia, klęczał dziękując za odniesione zwycięstwo, jego imieniem: Matka Boska, Pani Hallera.) Co więc należy odpowiedzieć na pytanie, czy pamiętnego dnia 15 sierpnia dokonał się cud, czy też nie? Piłsudski ruszył atakiem znad Wieprza dopiero następnego dnia. Dopiero 16 sierpnia. Przełom zaś postawy, przełom frontu, przełom sił — dokonał się dnia 15. W sam dzień Matki Boskiej Wniebowziętej. Niepodobieństwem więc powtórzyć za autorem, że: „Cudem nad Wisłą był fakt, że w tak groźnej dla narodu naszego chwili stał na jego czele nikt inny jak Józef Piłsudski”.

haller front.k 2.jpg
Gen. Józef Haller na linii frontu pod Okuniewem

4. Komu więc należy przypisać owo tzw. zwycięstwo warszawskie? Bo gen. Haller nigdy go sobie nie przypisywał. Nie wiem, czy płk Chocianowicz był w pamiętnych dniach sierpnia nad Warszawą i czy może wystąpić jako naoczny świadek owych dni. Ale znam innego świadka, który podczas owej groźnej dla narodu chwili nie opuścił Warszawy, tylko trwał na posterunku. l temu świadkowi Bóg dał władzę orzekania o cudowności wszystkich cudownych wydarzeń. Był nim papież Pius XI. Nuncjusz Apostolski podczas owych dni w Warszawie. Widział wszystko. Przeżył wszystko. l rozeznaniem, jakiego udziela Duch Święty papieżowi, ocenił wszystko. Słowa o owej bitwie, które przemodlił i zatwierdził na wieczną rzeczy pamiątkę, zawiera brewiarz kapłański: „Z biegiem lat – tak czytamy w lekcjach brewiarzowych na uroczystość Królowej Polski – Królestwo Polskie zostało podzielone pomiędzy trzy sąsiednie państwa. Pognębionym sam Bóg stał się obrona i mocą. Albowiem pod opieką Niebieskiej Królowej Polska uzyskała po stu czterdziestu latach niewoli szczęśliwą wolność. Gdy wtem wróg imienia chrześcijańskiego, szerząc wokoło zniszczenie, dotarł niemal do bram Warszawy. W tym zaś nowym i wielkim niebezpieczeństwie jedyna pomocą okazała się Najświętsza Dziewica, która w samo święto swego Wniebowzięcia, nad Wisłą, zdruzgotała nieprzeliczone szyki wroga“.

Dla katolika — dla prawdziwego katolika – po przeczytaniu tych słów nie ma więcej kwestii czy stał się cud, czy nie stał się. Przemówił Ojciec Św. Przemówił naoczny świadek! Cóż znaczą wobec niego owi pisarze, którzy nie byli w Warszawie w owym historycznym dniu, choćby całe tomy na ten temat wypisywali!

5. Trzy zdania — trzy błędy! Poza tymi jednakże trzema błędami zawarte jest w cytowanym ustępie coś stokroć gorszego. Już nie zwykły błąd. Nie pomyłka. Lecz coś, co zakrawa na grzech. Na ciężkie przewinienie. Co wzywa poniekąd pomstę Bożą. Czego nie można inaczej nazwać jak świętokradztwem. „Witano — pisze autor — Wodza Naczelnego uroczyście składając Mu hołdy w sejmie i śpiewając w kościołach uroczyste „Te Deum" z myślą o Nim“.

„Te Deum" — to znaczy: „Ciebie-Boga”. Wiele słyszałem pochwał na temat Piłsudskiego. Alem nigdy jeszcze nie słyszał, by Piłsudskiego przyrównywano do Boga. Nazwano Bogiem! By mu śpiewano pieśń, którą Kościół katolicki śpiewa wyłącznie Bogu. By ktoś śmiał wmawiać w kler i w wiernych, że po kościołach Warszawy śpiewano Piłsudskiemu „Te Deum”. Ciebie – Piłsudski-Boże – chwalimy. Ciebie – Piłsudski – Panem Najwyższym wyznawamy!

Toć to zakrawa na bluźnierstwo! Na szatańskie jakieś opętanie. Na prawdziwy obłęd, który już nie wie, co czyni i co mówi.

W dniu 15 VIII 1920 r. biły wszystkie dzwony Warszawy. Tak! Śpiewano we wszystkich kościołach. Tak! Ale Bogu i Najświętszej Panience!! Bogu i Najświętszej Panience!! Nikomu innemu! Nikomu!! Kto twierdzi inaczej — kłamcą jest. Kto głosi, że śpiewano „Te Deum” nie Bogu, ale jakiemuś człowiekowi — bluźniercą jest.

Żaden kapłan nie myśli odbierać Piłsudskiemu zasług, które mu się należą; ale każdy kapłan w obliczu podobnych naigrawań się z wszystkiego, co związane z cudowną ingerencją Bożą w dzieje własnego narodu, podnosi głos swój, jak głośno tylko może, i powtarza donośnie słowa Chrystusowe: „Oddajcież cesarzowi co jest cesarskiego — ale oddajcież także Bogu, co jest Bożego“. ODDAJCIEŻ BOGU, CO JEST BOŻEGO!

Nie można przecież wykreślać Boga z dziejów! Są co prawda lekarze, którzy po każdej operacji czy sekcji twierdzą: Pokrajałem organizm ludzki na najdrobniejsze jego cząsteczki; rozebrałem wszystkie jego mięśnie, narządy, ścięgna; policzyłem wszystkie kości i kosteczki — ale nie znalazłem w nim duszy. Skalpelem lekarza i operatora nie znalazłem! Tak samo istnieją historycy, którzy każde wydarzenie historyczne rozbierają na jego składowe; wiedzą, gdzie każdy żołnierz stał; wiedzą, gdzie się znajdował naczelny wódz; znają każde jego słowo, każde skinienie brwi — a tylko Boga nie mogą się dopatrzeć nawet w najoczywistszych cudach.

Kościół jednak woła dzisiaj, jak za dawnych dni: „Oddajcież Bogu, co jest Bożego!” Oddajcież Panu na Niebiosach chwałę, która mu się należy. Bo On jeden jest Panem dziejów. On jeden wypowiada każdorazowo ostatnie słowo.

*

Tak to Opatrzność Boża sprawiła, że przebywałem w tejże stolicy naszej, Warszawie, i nad tąże rzeką Wisłą, i to także w dniu 15 sierpnia — ale nie w pamiętnym roku 1920, lecz w nie mniej tragicznym roku 1944. Było to na Starówce. Kapelanowałem najdzielniejszym oddziałom Zgrupowania „Radosław", bo oddziałom harcerskim „Zośki" i „Parasola". Staliśmy główną kwaterą przy ul. Mławskiej nr 3. Pamiętam jak dziś. Odprawiałem mszę św. oddziałom. W piwnicach domu. Ludzi było pełno. l żołnierzy powstańczych była moc. l dźwigałem wszystkim ducha. Szedłem gankami zatkanych piwnic od grupy do grupy i wszędzie powtarzałem: Dziś dzień 15 sierpnia! Dzień cudu! Cudu nad Wisłą! Co Pan Bóg raz sprawił, może dokonać po raz wtóry.

A taki był zapał w owych dniach w mieszkańcach Warszawy. Tak wszyscy chcieli ujrzeć i uwierzyć, że nastąpi cud. Tak się żarliwie modlili... Cała Warszawa stawała się jakby jedną modlitwą — bo nie było podwórza, w którym by nie wystawiano kapliczek i w którym by się, dzień po dniu, nie gromadzono na wspólne modlitwy. I był wódz naczelny z nami! l była odwaga żołnierzy! I było męstwo wszystkich! l było poświęcenie i szaleństwo, jakiego dzieje wojskowości ludzkiej dotychczas nie znały. Było więcej wszystkiego niż w pamiętnym dniu 15 VIII 1920 r.

Tylko jedno zabrakło. Zabrakło właśnie CUDU!... Nowego cudu nad Wisłą. Tego cudu, którego możliwość i rzeczywistość płk. Chocianowicza tak pochopnie i nonszalancko wykreśla z kart naszych dziejów. Co się stało potem z umiłowaną Warszawą i z jej mieszkańcami — nie potrzebuję chyba opisywać. Boli jednakże, tak strasznie boli, jeśli po tak krwawej lekcji, po tak widocznym zamilczeniu nieba, znajdują się jeszcze jednostki na tyle nieprzytomne, na tyle zaślepione i zacietrzewione, że wypisują i drukują podobne niegodziwości, co autor w ostatnim numerze „Ostatnich Wiadomości".

Na pytanie więc: Czy w pamiętnym dniu 15 VIII 1920 r. zaistniał cud, czy też tylko jego przywidzenie? Na pytanie: Kto faktycznie owej bitwie nadał zwycięstwo i glorii pełne wyjście? Na pytanie: Czyjemu też świadectwu w tej sprawie należy przytaknąć, a czyjemu się przeciwstawić? — kapłan katolicki jedną zawsze tylko podawać będzie odpowiedź: „Oddajcież cesarzowi, co jest cesarskiego!”

Biada zaś nam, jeśli nie oddamy Bogu, co jest Bożego w naszych dziejach!
Biada nam, jeśli Najwyższemu oddawać nie będziemy należytej Mu powinności oraz uznawania Jego wkraczań w historię Ojczyzny!
Biada nam, jeśli w dodatku kłamać Mu będziemy i bluźnić Jego Najświętszemu Imieniu, byle tylko wywyższać własne wyczyny i własną chełpliwość.
Amen.

Ks. Józef Warszawski SJ , Ojciec „Paweł ” z Powstania Warszawskiego

Z tomu „Z kazalnic przygodnych", Warszawa 1993. Kazanie wygłoszone na zaproszenie ks. prał. J. Janusza 15 VIII 1960 r. w kościele garnizonowym w Mannheim do Polskich Oddziałów Wartowniczych pracujących w służbie amerykańskiej.

Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2020)

Dzial: