Weimar zamiast Międzymorza

Berlin_reichstag_CP.jpg
Przed II turą wyborów prezydenckich nie tylko nieszczęsna szczujnia nazywająca siebie „telewizją publiczną” ale również niektóre media opozycyjne grzmiały, iż wygrana Trzaskowskiego byłaby hucznie fetowana w Berlinie, bo ponoć tam znajduje się ośrodek władzy, któremu służy obecny Prezydent Warszawy i cała PO.

Z drugiej strony – flagowy tygodnik Narodowej Demokracji (oczywiście „Myśl Polska”) oraz część narodowych i konserwatywnych publicystów od dawna wskazuje, że PiS jest ekspozyturą wpływów amerykańskich w III RP, co oznacza, że „w pakiecie” przyjmuje od „strategicznego sojusznika” (u)roszczenia organizacji żydowskich do tzw. „mienia bezspadkowego”. Przypomnę – roszczenia, których zasadność potwierdził ustawą 447 amerykański Kongres, roszczenia, które opiewają na ca. trzykrotność rocznego budżetu III RP.

Nadto – stawiając wszystko na amerykańską kartę konfliktujemy się nie tylko z Rosją (co było obsesją bodaj wszystkich ekip rządzących w III RP), ale również z państwami Europy Zachodniej, zwłaszcza z Niemcami, które rozciągają swe wpływy na sporą część starego Kontynentu poprzez kontrolowane przez siebie instytucje Unii Europejskiej. Jak zaś trafnie wskazał p. Stanisław Michalkiewicz – po upadku ZSRR i Układu Warszawskiego Niemcy i Francja przyjęły w swej polityce zagranicznej strategię stopniowej „europeizacji Europy”, co w pewnym uproszczeniu można by określić minimalizowaniem wpływów USA na Starym Kontynencie.

W tej sytuacji polityka władz III RP nie może być przez te państwa odbierana inaczej, jak amerykańska dywersja. Czasami wywoływało to nawet reakcje nerwowe, np. gdy na wieść o zaangażowaniu się naszych władz w kolejną amerykańską wojenkę na Bliskim Wschodzie ówczesny Prezydent Francji Jacques Chirac miał rzec, iż Rząd III RP „stracił szanse, by siedzieć cicho”.

Przejęcie władzy przez koalicję PO-PSL w 2007 roku stopniowo zaowocowało lekką korektą kursu polityki zagranicznej na bardziej „proeuropejski”, czyli de facto – proniemiecki. Nic dziwnego, że wielu komentatorów naszego życia politycznego skłonnych jest traktować przełomowe dla wyników wyborów nagrania z restauracji „Sowa i Przyjaciele” jako prowokację służb. Niekoniecznie zresztą polskich. W efekcie – władzę przejęło w 2015 roku PiS dokonując dość gruntownej korekty kursu polityki zagranicznej. Jej symbolem są wielokrotnie przepłacane zakupy amerykańskiego sprzętu wojskowego po zrywaniu europejskich kontraktów czy wreszcie osławiona ‘konferencja bliskowschodnia”, gdy jako organizator zepsuliśmy sobie doszczętnie relacje (w tym gospodarcze) z Iranem oraz zostaliśmy poniżeni przez prowodyrów konferencji: USA oraz Izrael.

W imieniu jankesów p. sekretarz Mike Pompeo publicznie pouczył nas, byśmy czym prędzej realizowali żydowskie (u)roszczenia majątkowe, zaś izraelski Premier i szef dyplomacji wypomnieli nam rzekomy antysemityzm. Tymczasem Niemcy i nasz „nieubłagany” (zdaniem PiS) wróg – Rosja świetnie się dogadują, chociażby w kwestii Nord Stream 2, co wywołuje irytację Prezydenta Trumpa, który karze swym pieskom z PiS obszczekiwać oba te państwa.

Zatem być może rzeczywiście w tle zaciętej rywalizacji o polską prezydenturę dopatrzeć się można odmiennej wizji polityki zagranicznej. Jeśli tak jest – to jest to tło dość staranie ukrywane, bowiem np. p. Trzaskowski podczas kampanii wyborczej przy każdej okazji powtarzał, że w kwestii relacji z USA (np. budowy w Polsce amerykańskich baz wojskowych) PiS jest kontynuatorem polityki PO.

A jak na te kwestię zapatrują się endecy i konserwatyści? Przedstawiciele obu tych nurtów politycznych mają na obszarze geopolityki swe dzieła klasyczne. Dla endeków jest to „Niemcy, Rosja i kwestia polska” Romana Dmowskiego (1908), dla konserwatystów: „Między Niemcami i Rosją” Adolfa Bocheńskiego (1937). Dmowski w swej przywołanej publikacji (podobnie jak w „Polityce polskiej i odbudowie państwa” 1925) kreśli swą wizję odbudowy niepodległego państwa polskiego w oparciu o państwa Ententy (w tym Rosję). Z kolei Bocheński – w innej już sytuacji Europy lat 30-tych – optuje raczej za sojuszem z Niemcami i wspieraniem rozpadu ZSRR na państwa narodowe. Co jednak istotne – obaj publicyści i mężowie stanu nie traktują swych preferowanych opcji jako wieczne. Oba dzieła są lekcją chłodnej geopolityki, która nie nakazuje poszukiwania ani wiecznych wrogów, ani wiecznych przyjaciół.

W tym miejscu pozwolę sobie na wątek osobisty. Doceniam fakt, iż jako zadeklarowany konserwatysta korzystam z gościnnych łam „Myśli Polskiej”, która wszak kojarzona jest (słusznie i dumnie) z Narodową Demokracją. Jak zaś zarysowałem wyżej – tradycyjne różnice między tymi obozami politycznymi były niegdyś dość zasadnicze. Dziś jednak – w mej opinii – sytuacja zewnętrzna zmieniła się na tyle, że dylematy stoją przed nami zgoła inne niż 100 lat temu.

Dziś już nie musimy obawiać się (przynajmniej w aż takim stopniu) sojuszu Niemcy – Rosja, ani też nie musimy wybierać sobie spośród nich sojusznika i wroga. Pozostaje kwestia rozłożenia akcentów i uświadomienia sobie własnych interesów – np. przeliczenia czy droższy jest gaz z rury czy skroplony sprowadzany drogą morską. Obawiam się, że ci, którzy straszą nas uzależnieniem się od Rosji (jak np. p. Naimski) wiele przed nami ukrywają. Należy też pamiętać, że ponad 60 % naszego eksportu idzie do Niemiec lub via Niemcy.

Z kolei my jesteśmy czwartym co do wielkości kwotowej partnerem handlowym naszych zachodnich sąsiadów. Często słychać narzekania, że jest u nas zbyt wiele niemieckich inwestycji. Dla mnie jest to również argument przemawiający za współpracą. W tej sytuacji Niemcy nie będą – w odróżnieniu np. od Amerykanów – przesadnie zachęcać nas do odgrywania roli „wschodniej flanki NATO” czyli de facto kraju potencjalnie frontowego.

Z tym większym zaciekawieniem zapoznałem się z zamieszczonym niedawno (nr z 21-28 czerwca) w „Myśli Polskiej” polemicznym tekście red. Jana Engelgarda „Kto jest ostatnim endekiem”. Autor przypomina w nim min, że Narodowa Demokracja niekoniecznie była „antyniemiecka” z natury. Nadto – w ubiegłym wieku mieliśmy trzy lata w tym zakresie przełomowe: 1945 – czyli klęska III Rzeszy oznaczająca koniec niemieckich podbojów militarnych, 1970 – czyli podpisanie traktatu Polska - RFN i wreszcie 1990 – czyli uznanie granicy na Odrze i Nysie przez zjednoczone Niemcy.

Już w 1970 roku prezes Stronnictwa Narodowego an emigracji Tadeusz Bielecki uznał, że układ Polska – RFN jest przełomowy w naszych dziejach i może doprowadzić do pojednania obu narodów („Byłby to prawdziwy przewrót, oznaczałby pogrzebanie polityki Bismarcka i powrót do czasów Ottona III sprzed tysiąca lat”). Red. Engelgard przypomniał również słowa bliskiego współpracownika Romana Dmowskiego – Stanisława Kozickiego, który w 1957 roku pisał z optymizmem o przyszłych relacjach polsko-niemieckich wyrażając nadzieję, że „dorównamy im (Niemcom) swą umiejętnością pracy i jej organizacji”. Autor przywołał wreszcie samego Dmowskiego, który zaznaczał, iż nie jest germanofobem i nie wykluczał sytuacji, kiedy oba narody będą wspólnie bronić cywilizacji europejskiej. I tu red. Engelgard dostrzega obecnie główny problem – dzisiaj Niemcy same znajdują się – Jego zdaniem – w stanie cywilizacyjnej zapaści z tykającą bombą w postaci islamskiej imigracji.

Konkludując – wypada mi nie tylko zgodzić się z red. Enelgardem, ale również zacytować jego konkluzję: „nad tym się zastanawiajmy, a nie poszukujmy na siłę Gruppenfuhrera Wolfa”. Od siebie dodam: jesteśmy w sercu Europy i nikt nas stad nie przeniesie. Zaś amatorom „koncepcji jagiellońskiej” czy „Międzymorza” zacytuję słowa Adolfa Bocheńskiego, który również skłaniał się ku udziale Polski w środkowoeuropejskiej federacji: „Chcąc zrozumieć naszych partnerów w federacji, musimy tak rozumować, jak gdybyśmy sami byli na ich miejscu. Nie ulega wątpliwości, że Polska będzie czynnikiem najsilniejszym w tej federacji, stąd wielu wyciąga wniosek, że Polska będzie jej dawała ogólną formę. Otóż zastanówmy się teraz, dlaczego Polacy nie są skłoni pod żadnym pozorem do federacji z Niemcami i Rosjanami”. Bocheński był odległy od nacjonalizmu oraz sceptyczny wobec koncepcji „państwa narodowego”. Jednak – w przeciwieństwie np. do prof. Spasowicza traktował pojawienie się w XIX stuleciu powszechnej świadomość narodowej jako (używając języka socjologów) fakt społeczny.

Dlatego jako bardziej realistyczną od tworzenia Międzymorza koncepcję polityki zagranicznej uważam reaktywację „trójkąta weimarskiego” (Francja – Niemcy – Polska) i ułożenie dobrych relacji ze wszystkimi sąsiadami, w tym oczywiście Rosją. Wiem, że niesie to z sobą wiele niebezpieczeństw i nie jest tak łatwe, jak wynikałoby z jednego napisanego tu zdania. Ale obawiam się, że inne koncepcje (w tym ta realizowana obecnie przez rząd III RP) są znacznie bardziej karkołomne.

Jacek Matusiewicz
Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2020)