Wybory 2020 w Polsce, czyli święto propagandy

razny 3a.jpg
Polacy! – żadnych marzeń To, co powiedział Aleksander II w 1856 roku w Warszawie do przedstawicieli polskiej arystokracji po francusku – „Point de reveries, messieurs” – usłyszeliśmy w wersji polskiej od samych Polaków 12 czerwca w niedzielę, kończącą drugą – trzecią? – turę wyborów prezydenckich. Usłyszeli ci, którzy marzyli o przełamaniu polskiej wersji amerykańskiego duopolu PO – PiS.

Ich nadzieje na wylansowanie poprzez te wybory autentycznej alternatywy dla PiS w postaci Konfederacji i równie autentycznej alternatywy dla PO w ramach PSL – Koalicji Polskiej spełzły na niczym. Nie tylko dlatego, że zarówno konfederaci, jak i – a raczej nade wszystko – ludowcy okazali się za słabi ideowo i programowo, aby rozpocząć destrukcję wyniszczającego Polskę duopolu.

Konfederacja nadal nie wie, czy ma być awangardą najnowszej wersji liberalizmu – negatywnie zweryfikowanego w czasie pandemii - czy nowoczesną narodową demokracją, która na gruncie cywilizacji chrześcijańskiej powinna realizować sformułowaną przez Adama Doboszyńskiego koncepcję ekonomii miłosierdzia. Zdaje się żyć w alternatywnej rzeczywistości, kreowanej na paradygmacie „świętego prawa własności” oraz likwidacji wszelkich form podatku dochodowego. Tymczasem w realu najpoważniejszym problemem dla przyszłości świata po pandemii oraz w epoce zmierzchu porządku jednobiegunowego z USA w roli hegemona – jest totalny kryzys liberalnego globalizmu i problem ponadnormatywnego bogactwa największych w świecie jego posiadaczy, stanowiących mikroskopijny procent współczesnej ludzkości.

Konfederacja udaje, że nie wie o zwiększającym się radykalizmie społecznym wobec bogatych – m.in. w USA – opartym na analizach niekonwencjonalnych ekonomistów, wykazujących, iż potęga najbogatszych/bogatych i skumulowane w ich rękach bogactwo szkodzą świata i ludziom. Konfederaci idą z zaparte i chcą oprzeć przyszłość Polski na „świętym prawie własności” - kontrolowanym przez niewidzialną rękę rynku, która, jak pokazała pandemia, znika w najbardziej krytycznych momentach historii.

Z kolei PSL doświadcza nadal rozdwojenia duchowego w odpowiedzi na hamletowskie pytanie: być chadecką partią centroprawicową czy też unikającym cywilizacyjnej i aksjologicznej identyfikacji ugrupowaniem dla wszystkich poglądów. Niestety, środowisko Kukiz’ 15, wymuszające na ludowcach promowanie w minionej kampanii idei referendum czy sędziów pokoju oddaliły Władysława Kosiniaka- Kamysza od dobrego wyniku w walce o prezydenturę. Uciekanie się do referendum w odpowiedzi na fundamentalne dla cywilizacji pytania o aborcję oraz związki homoseksualne nie mogło odebrać ani jednego głosu Andrzejowi Dudzie, a tylko o ten nie lewicowy elektorat mógł powalczyć lider ludowców.

Tutaj unikanie jednoznaczności jest aksjologicznym błędem,. chodzi bowiem o normy etyczne i antropologiczne, zgodne z ukształtowaniem cywilizacyjnym Polski – negowane w roszczeniach środowisk LGBT. Głosowanie – ze względu na owe roszczenia – w referendum kwestii życia dziecka poczętego czy kwestii małżeństw homoseksualnych jest jedynie ucieczką od odpowiedzialności nie tylko politycznej, ale również moralnej za normy antropologiczne i etyczne naszej cywilizacji.. Skuteczna walka z ideologiami zagrażającymi tej cywilizacji wyklucza żonglowanie obiektywnymi i absolutnymi wartościami uniwersalnymi oraz skazywanie ich na relatywizację poprzez mechanizm referendalny. Już sto lat temu Mikołaj Bierdiajew wykazał, iż skuteczną walkę z ideologią komunizmu i konsekwencjami rewolucji bolszewickiej zapewnić może nie jakaś nowa ideologia, ale powrót do wartości chrześcijańskich i metafizyki średniowiecza (Nowe średniowiecze), które ukazują najwyższy – transcendentny – sens i cel istnienia człowieka, wykraczający poza wszelkie polityczne i społeczne determinanty. Demokracja, która rządzi mechanizmem referendalnym, jest instrumentem polityki, nie obejmującym horyzontu transcendencji, w dodatku - jak podkreślał Bierdiajew – ślepym aksjologicznie, niezdolnym do odróżnienia dobra od zła, prawdy od fałszu.

Pytanie o Szymona Hołownię i jego elektorat nie napawa optymizmem i nie wystawia dobrego świadectwa jego zwolennikom. Intrygujące pozostaje bowiem związane z nimi drugie pytanie: jak się to stało, że ponad 2,5 miliona Polaków zagłosowało na człowieka bez studiów wyższych i wyuczonej profesji, bez zaplecza organizacyjnego, z zerowym dorobkiem w sferze społeczno-politycznej (nie był nawet radnym gminnym), z kompleksem byłego kleryka i jednocześnie zajadłego wroga kościoła katolickiego w Polsce? Co więcej, 2,5 miliona Polaków zagłosowało na człowieka, który krzyczał w kampanii wyborczej o swojej antysystemowości tylko dlatego, że do tej pory nie należał do żadnej partii politycznej.

Gdy natomiast wybory przegrał, zapowiedział utworzenie ruchu społecznego, który finalnie może stać się taką partią. Antysystemowość pana Hołowni przewidziana więc była tylko na okres kampanii wyborczej i polegać miała na tym, że w swej działalności politycznej nie będzie on zależny od żadnej struktury partyjnej. Będzie natomiast podlegać gremiom jawnym i niejawnym, które go wykreowały na wzór prezydenta Francji Emmanuela Macrona i wyłożyły na niego pieniądze. Pytanie drażliwe dla wyborców Hołowni: czy wiedzą, jakie są niejawne cele jego sponsorów? Bo o jawnych wiemy, że są lewicowe, proamerykańskie, transatlantyckie, proukraińskie, antyrosyjskie. Jaka tu jest antysystemowość, skoro te poglądy sytuują pana Hołownię w geopolitycznym układzie, decydującym o losach Polski po 1989 roku.

Gdyby choć zaatakował ideologię liberalnego globalizmu, można byłoby zostawić mu etykietę antysystemowca. Jednak atak taki wykluczony jest przez transatlantyzm i opcję proamerykańską. Czy można traktować poważnie 2,5 miliona ludzi, którzy zagłosowali na tego kandydata na prezydenta tylko na złość Andrzejowi Dudzie? Okazuje się, że tak, o czym świadczą powyborcze analizy i wypowiedzi liderów wszystkich partii, mówiące o dużym kapitale politycznym Hołowni. Co, więcej, sondażownie włączają go do swych rankingów i lansują jako należącego do czołowych polityków RP.

Suweren zdezorientowany i zdemoralizowany

Casus Hołowni to przykład creatio ex nihilo lidera politycznego przez zagadkowe gremia i jednocześnie przykład gromadzenia dla niego elektoratu przez współpracujące z nimi media. Ich deal jest nieprzypadkowy. Kandydat na prezydenta otrzymał od swych sponsorów i ojców „założycieli” jego niezależności określone zadania, z których jakaś część znalazła swe odzwierciedlenie w programie wyborczym czy w powyborczej koncepcji ruchu Polska 2050. Zadaniem lansujących Hołownię mediów było wykreowanie go z pomocą wszystkich możliwych instrumentów perswazji i manipulacji jako kandydata „niezależnego”. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę fakt, iż uprawiana w tych mediach propaganda ma wymiar zdecydowanie lewicowo-liberalny, musimy skonstatować, iż taki sam charakter mają zadania – nie wszystkie jeszcze jasno wyartykułowane – kreowanego przez nie nowego lidera politycznego.

Wprawdzie pozostali kandydaci także deklarowali swoją niezależność na okres kampanii i czas ewentualnej prezydentury, ale jednocześnie korzystali jawnie z programów i struktur stojących za nimi partii, stowarzyszeń, fundacji – co pozwalało wyborcy lepiej odczytać ich rodowód ideowy i tożsamość partyjną. Dlatego wielu nie uwierzyło w eksponowaną przez nich deklarację „prezydenta wszystkich Polaków”. Wielu wolało więc wybrać „niezależność” Hołowni, mimo iż mieli w pamięci fiasko polityczne podobnej „niezależności” Janusza Palikota czy Ryszarda Petru.

Dlaczego mieliby podejrzewać, że wybrana przez nich „niezależność” będzie służyła wyłącznie opcji lewicowo-liberalnej? Nie można też wykluczyć, że dla sporej części wyborców Hołowni był to swoisty l’acte gratuit, dokonany „na złość” Andrzejowi Dudzie. Każda z motywacji wyboru „niezależności” kandydata na prezydenta może być poddana wartościowaniu, z którego nie sposób wykluczyć naiwność, infantylizm, czy wyrachowanie. Jednoznaczność oceny mogłyby przynieść analizy socjologiczne, te jednak nie oddają ducha walki wyborczej, gdyż są indyferentne aksjologicznie.

Stosunkowo prostsza może być kulturowo-cywilizacyjna ocena tych katolików, których co najmniej kilka milionów głosowało świadomie na kandydatów proponujących lewicowo-liberalne zmiany kształtu Polski – a więc nie tylko na Hołownię, ale również na Rafała Trzaskowskiego. Można tu mówić o kryzysie Kościoła, który dla jakiejś części wiernych przestał być przewodnikiem duchowym i etycznym, o powierzchownej religijności, selektywnej moralności etc. Należy jednak także głośno mówić o demoralizacji katolickiego suwerena dokonującej się poprzez zły przykład, który idzie z góry – ze strony elit politycznych, instrumentalizających i relatywizujących dla swoich celów wartości chrześcijańskie bądź jawnie je odrzucających.

Ze strony elit pisowskiej władzy – zawłaszczających rzekomo dla obrony owych wartości nie tylko media narodowe i katolickie, ale również miejsca święte dla Polaków – Jasną Górę, Wawel, a ostatnio nawet sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, gdzie jako spektakl polityczny odbył się drugi – po unieważnieniu pierwszego – ślub kościelny Jacka Kurskiego. Demoralizacja polskiego społeczeństwa płynąca ze strony uchodzących za katolickie elit społecznych i politycznych miała miejsce od dawna, ale nigdy nie osiągnęła tak dużych rozmiarów i nie spotkała się z tak wielką tolerancją ze strony polskiego duchowieństwa, a nade wszystko jego hierarchów.

Dobitnym, historycznym już świadectwem tego jest zablokowanie w 2007 roku – przez posłów PiS i patronującego im Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta – wprowadzenia do konstytucji zapisu o ochronie życia dziecka poczętego. W tej kwestii katoliccy politycy PiS pozostają w sprzeczności z nauczaniem Kościoła od dawna, co więcej, mając od 5 lat pełnię władzy w Polsce, nie uczynili niczego w sprawie aborcji eugenicznej. A mimo tego nie tracą ogromnego poparcia katolickich mediów i polskiego duchowieństwa. Dlaczego więc po wyborach wyrażają zdziwienie, że katolicy zagłosowali na .lewicowo-liberalnych kandydatów na prezydenta RP?

Jeszcze bardziej dobitnym przykładem jest demoralizacja katolików, jaka towarzyszyła podpisaniu przez Lecha Kaczyńskiego antychrześcijańskiego traktatu lizbońskiego i ratyfikowaniu go przez katolickich posłów - nie tylko PiS – w polskim parlamencie. Traktat ten daje wszystkim mniejszościom takie same prawa, jakie ma większość. Skąd więc zarzut pisowskich polityków pod adresem UE, że wymusza na państwach członkowskich małżeństwa homoseksualne? Dlaczego ci, którzy ten traktat przyjęli i odpowiadają za uchwalanie na jego gruncie prawa do takich małżeństw nie mają zamiaru przyznać się do winy i podjąć działań zmierzających do jego odrzucenia? Tak wielkiej hipokryzji – tolerowanej przez Kościół w Polsce – dawno nie obserwowaliśmy.

Należy tu mówić nie tylko o tolerancji, ale wręcz o akceptacji tej hipokryzji. Jej wyrazem była zgoda władz kościelnych na pochówek Lecha Kaczyńskiego wraz z małżonką na Wawelu. Zgodzie tej towarzyszył lansowany do dziś mit męża stanu i jego dziedzictwa duchowego, które należy wciąż na nowo podejmować. Czyli podpisywać nowe traktaty lizbońskie, albo – prościej – głosować na programy lewicowo-liberalne. W imię tego dziedzictwa duchowego organizowane są od 10 lat miesięcznice w Warszawie, zaś od kilku lat miesięcznice w Krakowie – dla odmiany w rocznicę powtórnego pochówku pary prezydenckiej na Wawelu. To już jakaś nowa religia – słusznie określana mianem sekty smoleńskiej - bo w historii Polski nie odnotowano w polskim Kościele takiej tradycji ani takiego przypadku spektakularnego politycznie organizowania co miesiąc rocznicy śmierci czy rocznicy pogrzebu.

Kto powstrzyma katolickie władze, jeśli nie uczynili tego nasi hierarchowie? Fakt, iż katolicy zagłosowali na Hołownię i Trzaskowskiego jest znamienny – zapowiada, iż w ewentualnym referendum w sprawie małżeństw homoseksualnych zdemoralizowany katolicki suweren zagłosuje za nimi – podobnie jak to miało miejsce w Irlandii – bez specjalnego przekupstwa. Po prostu, idąc za przykładem elit, oduczył się prawości. Taka demoralizacja społeczeństwa jest o wiele groźniejsza od zwykłej korupcji wyborczej polegającej na obdarowywaniu elektoratu różnymi 500+ na koszt podatnika. Także i w tym wypadku PiS osiągnął mistrzostwo, zapewniając Andrzejowi Dudzie reelekcję, dzięki odpowiednio dedykowanemu rozdawnictwu na koszt podatników. Dezorientacja i demoralizacja społeczeństwa to dwa procesy, które odcisnęły swoje piętno na wyborach 2020 roku. Obydwa przyspieszone poprzez propagandę zwalczających się dwóch obozów.

Zamiast święta demokracji – święto propagandy

Z jednej strony była to i jest nadal łatwa do zidentyfikowania wymieniana wyżej propaganda lewicowo-liberalna, z drugiej trudniejsza do jednoznacznego określenia propaganda o znamionach prawicowych, uwikłana w opcję transatlantycką. Trzeba podkreślić, że tej samej opcji podporządkowana jest pierwsza propaganda. Jednakowa zależność obu obozów – PiS i PO – od USA sprawiła, że w sferze geopolityki i stosunków międzynarodowych nie było żadnych różnic merytorycznych w lansowanym przez nich transatlantyzmie. Widoczna była jedynie walko o pierwszeństwo w stopniu zwasalizowania Warszawy wobec Waszyngtonu i o to, który obóz lepiej będzie realizował interesy USA nad Wisłą i lepiej przygotuje – nie tylko militarnie, ale również mentalnie – polskie społeczeństwo do wojny z Rosją. Dlatego propaganda obu obozów wykluczała jakąkolwiek krytykę zamorskiego strategicznego „sojusznika”. Również zgodnie nie dopuszczała do pytań o zwiększanie ilości amerykańskich żołnierzy w Polsce i koszty ich stacjonowania, a także o ewentualne przeniesienie do nas z Niemiec amerykańskiej broni atomowej, o czym donosiły w czasie kampanii zachodnie media.

Lewicowo-liberalni i „prawicowi” propagandyści równie zgodnie milczeli, gdy ambasador USA – pani Georgette Mosbacher – bezpardonowo włączała się w kampanię wyborczą i dyscyplinowała polityków oraz media, m.in. w obronie roszczeń środowisk LGBT. W tej sytuacji należy tym bardziej podkreślać ingerencję USA w polskie wybory. Trudno też wykluczyć powiązania tej ingerencji z powyborczym manifestem córki rozpoczynającego drugą kadencję prezydenta RP – Kingi Dudy, która apelowała o to, aby żadna mniejszość w Polsce nie bała się wychodzić z domu. Ten apel, odnotowany przez niektóre „światowe media”, jest jednoznacznym przekazem: Polska jest krajem, w którym mniejszości boją się żyć. Przekaz ten nie ma wprawdzie żadnego udokumentowania, ale manipulacja go nie potrzebuje.

W transatlantyckim wymiarze propagandy obu obozów wyeksponować należy również zgodnie przemilczany konflikt cywilizacyjny, w jaki Polska została wciągnięta przez ideologów tej opcji. Transatlantyzm jest bowiem nie tylko prowojenny, ale jednocześnie antychrześcijański – czego dobitnym dowodem są wojny amerykańsko-natowskie na Bliskim Wschodzie i dokonane w ich ramach ludobójstwo cywilów – nade wszystko chrześcijan. Udział Polski w tym ludobójstwie jest faktem. Czy przyjdzie nam kiedyś za nie zapłacić? Zadaniem propagandystów w czasie kampanii było wyeliminowanie także tego pytania. Wybory były bowiem świętem propagandy, która zawłaszczyła święto demokracji.

prof. Anna Raźny
Myśl Polska, nr 31-32 (2-9.08.2020)