Rosyjskie zwierzchnictwo nad Polską miało różne oblicza

wiernicka 3a.jpg
„Na prowincji Rosjan postrzegano źle i unikano. W kosmopolitycznej Łodzi, gdzie w latach 70 i 80-ch XIX wieku katolicy stanowili mniej niż 50 % populacji, Rosjanin był po prostu sąsiadem i nie wzbudzał negatywnych emocji” – mówi Violetta Wiernicka

Zajmuje się pani od lat historią relacji polsko-rosyjskich a raczej losami Rosjan w Polsce – czy to jest temat znajdujący w Polsce odzew? Jak przyjmowane są pani kolejne książki?
- Mogę z przyjemnością powiedzieć, że i „Rosjanie w Polsce”, i „Prawosławni w Łodzi” były bardzo dobrze przyjęte i doczekały się pozytywnych recenzji. Przyczynił się ku temu pionierski temat, a w przypadku „Prawosławnych” – również skrupulatna praca w archiwach, która pozwoliła odtworzyć panoramę życia tej społeczności. Cieszy mnie, że naukowcy wykorzystują te prace do dalszych badań. Są też bardzo przychylne reakcje ze strony czytelników. W „Prawosławnych” opisywałam losy poszczególnych rodzin i jedna z czytelniczek, potomkini bohatera tej książki, powiedziała, że wiedza o własnych korzeniach pozwoliła jej urodzić się na nowo. Wydałam jeszcze „Polki, które rządziły Kremlem”, „Sekrety rosyjskich carów” i „Sekrety rosyjskich kolei”. I okazało się, że po przeczytaniu jednej książki czytelnicy sięgają po następną. Czego jeszcze może sobie życzyć autorka?

Powróciłbym do dwóch książek – „Rosjanie w Polsce" (wydana w 2015) i ostatnio „Prawosławni w Łodzi” (2015) – to są dla wielu czytników w Polsce kompletnie nieznane karty historii. U nas Rosja w XIX wieku kojarzy się z zaborami, bezduszną administracją, kozakami, nahajkami i martyrologią. To obraz raczej jednostronny.
- Szczerze mówiąc o napisaniu tych książek myślałam od lat. Częściowo właśnie z powodu tego bardzo jednostronnego spojrzenia. Rosyjska zwierzchność w Królestwie Polskim ma też inne oblicze. Ciekawostką jest, że prawosławni mężczyźni najczęściej zawierali małżeństwa z katoliczkami i ewangeliczkami, dzięki czemu wsiąkali oni w środowisko swoich żon. Bardzo często, co potwierdzają materiały zachowane w polskich archiwach, stacjonujący w poszczególnych miejscowościach jednostki wojskowe były źródłem utrzymania dla miejscowych przedsiębiorców. Niejednokrotnie widziałam listy, w których biznesmeni domagali się, by władze lokalne jak najszybciej wystarały się o sprowadzenie formacji wojskowej do tego czy innego miasta. Na prowincji Rosjan postrzegano źle i unikano. W kosmopolitycznej Łodzi, gdzie w latach 70 i 80-ch XIX wieku katolicy stanowili mniej niż 50 % populacji, Rosjanin był po prostu sąsiadem i nie wzbudzał negatywnych emocji.

Nie mogę nie wspomnieć gubernatora kaliskiego Michaiła Daragana, za urzędowania którego w Kaliszu pojawiła się kolej i rozkwitło życie kulturalne. Warszawiacy zawdzięczają budowę kanalizacji i filtrów Rosjaninowi Sokratesowe Starynkiewiczowi. Z kolei w okolicach Chróścina pod Wieluniem wciąż żywa jest pamięć o rodzinie Łopuchin – dobrych gospodarzach i pracodawcach. Przewodnicy oprowadzają po posiadłości rodziny, pokazują związane z nimi pamiątki. Jest tam też wystawa poświęcona Łopuchinom.

Czy zgadza się pani z tezą książki niemieckiego autora Rolfa Malte „Rządy imperialne w Kraju Nadwiślańskim. Królestwo Polskie i cesarstwo rosyjskie 1864–1915”, który twierdzi, że dla obecnych tu Rosjan to był kraj obcy, nie-Rosja, że większa część administracji, w tym generał–gubernatorowie, nie wierzyli w rusyfikację
- Teza Rolfa Malte jest prawdziwa, ale tylko w odniesieniu do pewnej grupy urzędników. Uważam, że postawy Rosjan wobec Królestwa Polskiego były bardzo różne. Niektórzy przyjechali na ziemie polskie z powodu licznych ulg, np. dodatków do pensji i możliwości kształcenia dzieci na koszt państwa. Byli też tacy, którzy po zakończeniu służby państwowej decydowali się na pozostanie w Królestwie i jeszcze sprowadzali tutaj członków swoich rodzin. Gubernator kaliski Michaił Daragan i wicegubernator Paweł Rybnikow nie tylko sumiennie wykonywali swoje obowiązki, ale stali się polonofilami. Dla niektórych urzędników praca w Królestwie była przykrym obowiązkiem.

Napisała też pani książkę o Polkach na Kremlu. To temat wręcz sensacyjny – zwłaszcza w kontekście głośnego w Rosji filmu „Matylda”. Czy Polski rzeczywiście odegrały jakąś poważną rolę w historii Rosji?
- Gdy mówimy o Polkach w Rosji, to oczywiście od razu przychodzi nam do głowy Matylda Krzesińska, którą podziwiam. I nie dlatego, że była kochanką trzech Romanowów, którymi kręciła, jak chciała. Właśnie od Matyldy zaczyna się klasyczny balet rosyjski. W okresie „przed Krzesińską” prym na tamtejszych scenach wiodły Włoszki i nikt nie wyobrażał sobie, że wychowanka rosyjskiej szkoły baletowej zdoła je zakasować. A Matylda jako pierwsza zrobiła to!

Agafia Gruszecka z mężem Fiodorem III przygotowywali grunt pod reformy Piotra I. Joanna Grudzińska – dzięki swojemu związkowi z wielkim księciem Konstantym – przyczyniła się do zmiany sukcesji w Rosji. Poza tym mamy sylwetki Maryny Mniszech, żony Dymitra Samozwańca, Julii Hauke, sprawczyni skandalu na carskim dworze, i Marii Światopełk-Czetwertyńskiej, wieloletniej kochanki Aleksandra I. A metresy były często ważniejsze od żony.

okl wiernicka 1.jpg

A teraz pytanie o pani ostatnią książkę, która bardzo mi się podoba – o „Sekrety rosyjskich kolei”. Część tych sekretów dotyczy kolei na ziemiach polskich…
- Bardzo się cieszę, że książka przypadła Panu do gustu. Najpierw powiem, jaki cel stawiałam sobie podczas pisania „Sekretów rosyjskich kolei”. Założyłam, że przedstawię kolej jako system krwionośny Rosji i Związku Radzieckiego, bez którego funkcjonowanie państwa jest niemożliwe. Ukazałam też sytuację kolei w kluczowych momentach historii: podczas rewolucji październikowej, wielkiej wojny ojczyźnianej, pierwszej wojny światowej.

Oczywiście nie mogło zabraknąć opowieści o Królestwie Polskim jako części imperium. Wybrałam więc najciekawsze wątki, np. o jedynym w historii szczycie politycznym na polskim dworcu. Jest tam też historia budowy Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej i sylwetka Leopolda Kronenberga, któremu zawdzięczamy powstanie kilku tras kolejowych.

Czy zna pani książkę Mariusza Świdra „Jak podbijaliśmy Rosję”, w której pisze on sporo o wielkim udziale Polaków w rozwoju kolei w Rosji. Czy według pani nasz wkład był rzeczywiście tak duży?
- Książkę znam i absolutnie zgadzam się z tezą, że nasi inżynierowie odegrali kluczową rolę podczas budowy, a potem użytkowania kolei, na Syberii i Dalekim Wschodzie, Kaukazie, w centrum kraju. W wielu rosyjskich miastach zachowały się budynki dworcowe zaprojektowane przez Polaków. Proszę sobie wyobrazić, że na Kolei Transsyberyjskiej wciąż jest stacja Eberhardt nazwana na cześć inżyniera Juliusza Eberhardta. Dlaczego Polacy decydowali się na pracę w Cesarstwie? Bo ogromne imperium oferowało o wiele więcej możliwości zrobienia kariery.

Czego możemy się spodziewać w najbliższym czasie, nad czym pani obecnie pracuje?
- Pod koniec roku w wydawnictwie „Księży Młyn” ukaże się książka „Sekrety Kraju Rad”, w której opowiadam o mniej znanych epizodach z historii Związku Radzieckiego. Nie zabraknie też wątków polskich. Z kolei „Bellona” przygotowuje wydanie książki pt. „Polacy, którzy zadziwili Rosję” o wybitnych rodakach, którzy wnieśli ogromny wkład w rozwój carskiej Rosji: naukę i technikę, politykę, wojskowość, kulturę i sztukę. Myślę, że czytelnicy będą mile zaskoczeni i dumni ze swoich rodaków.

Rozmawiał: Jan Engelgard
Myśl Polska, nr 29-30 (19-26.07.2020)

Dzial: