Czy Duda zatańczy kazaczoka?

bosak 3.jpg
Wyniki wyborów pierwszej tury potwierdziły status quo na polskiej scenie politycznej. Rządzi duopol POPiS, który zazdrośnie strzeże swojej pozycji wypracowanej przy okrągłym stole. Urząd prezydenta pozostanie zatem w rękach środowisk ze sobą walczących, szczerze się nienawidzących, niemniej trwale ze sobą spowinowaconych. Na to, póki co, nic nie poradzimy. Warto zatem zerknąć, co wydarzyło się w ich cieniu.

Cichym zwycięzcą tych wyborów jest niewątpliwie Krzysztof Bosak, reprezentujący Konfederację, którą tworzą środowiska narodowe, wolnościowe i konserwatywne. Prawie 7 procent głosów, jakie padły na lidera Konfederacji, jest wynikiem bardzo dobrym, choć apatyty konfederatów były zdecydowanie większe. Plan wyborczy liderów Konfederacji powiódł się jednak znakomicie. To od nich, a właściwie od ich wyborców zależy druga kadencja Andrzeja Dudy.

Po latach upokorzeń i opluwania, jakich nie szczędziło Konfederacji Prawo i Sprawiedliwość, można powiedzieć, że oto koza przyszła do wozu. Już kilka chwil po ogłoszeniu wyników pierwszej tury, Andrzej Duda rozpoczął taniec godowy przed wyborcami Krzysztofa Bosaka. Padły słowa o bliskości poglądów i wspólnej wizji silnej Polski.

Niedawny jastrząb, niedwuznacznie sugerujący jeszcze wczoraj, że Konfederacja to „sojusznicy Kremla”, stał się nagle gołąbkiem pokoju, dostrzegającym w konfederatach pożądany potencjał, którego już się nie brzydzi. Niewykluczone, że w najbliższym czasie Andrzej Duda okaże się narodowcem z krwi kości, najtwardszym konserwatystą i oczywistym gospodarczym liberałem. Czegóż bowiem nie robi się dla utrzymania władzy.

Czując pismo nosem, liderzy Konfederacji od razu po zakończeniu pierwszej tury wyborów wydali oświadczenie, w którym oznajmili, że nie udzielają nikomu swojego poparcia i zachęcają swoich wyborców, o ile ci zechcą wziąć udział w drugiej turze, do głosowania zgodnie ze swoim sumieniem. Przecięli tym samym jakiekolwiek spekulacje, dając jasno do zrozumienia, że Konfederacja nie jest zainteresowana braniem udziału w nie swojej wojnie. Będzie się musiał napracować Andrzej Duda, by zyskać głosy wyborców, którzy z pewnością nie cierpią na amnezję.

Wielkim przegranym tych wyborów jest Władysław Kosiniak-Kamysz, który otrzymał ledwie 3-procentowe poparcie, także w swoim mateczniku, czyli na wsi. Do czasu pojawienia się Rafała Trzaskowskiego, był przymierzany nawet do drugiej tury, w której wieszczono mu zwycięstwo nad urzędującym prezydentem. Wzbudziło to oczywisty apetyt ludowców, którzy, co trzeba obiektywnie przyznać, prowadzili najbardziej udaną kampanię prezydencką w historii PSL-u.

Jej wynik okazał się jednak dla nich wielkim rozczarowaniem. Ich nastroje i entuzjazm zderzyły się jednak boleśnie z decyzją elektoratu, zwłaszcza wiejskiego, który wybrał kandydata PiS. To poważne ostrzeżenie dla ludowców, że jeżeli szybko nie wypracują nowej formuły na swoje istnienie, mogą zejść ze sceny politycznej. Wprawdzie znacznie lepiej wypadają w wyborach parlamentarnych i samorządowych, to jednak sygnał jaki właśnie otrzymali, powinien być wstępem do poważnej zmiany. Mają na to trzy lata.

Tymczasem mamy przed sobą drugą turę. Czas wielkich nawróceń i miłości. Powód do satysfakcji będą mieć zwłaszcza wyborcy Konfederacji, przed którymi Andrzej Duda zatańczy nawet kazaczoka w „ruskich onucach”. Z pewnością wolałby poloneza czy mazurka, ale nie po to Jarosław Kaczyński zrobił go prezydentem, by teraz „strzelał focha”. Gra idzie o wielką stawkę i tutaj żartów nie ma.

Dla Konfederacji wybory się skończyły, a zaczęła operacja upuszczania krwi PiS-owi. Co ciekawe, Konfederacja niewiele się przy tym napracuje. PiS, biorąc pod uwagę przyszłoroczny budżet, jest prawdziwym postrzałkiem. Na trawie pozostawia wyraźny ślad. Konfederaci mogą się tutaj co najwyżej uśmiechać. Naprawdę, niczego nie muszą robić.

Maciej Eckardt
fot. profil fb Bosak2020
Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2020)