I co mam teraz począć?

holownia 3.jpg
Gdy chcę coś napisać o obecnych wyborach prezydenckich, nasuwa mi się eleganckie niczym żałobny frak, określenie Aleksandra Świętochowskiego o "dumaniach pesymisty". Te wybory, to niestety kolejny krok do rozpadu wspólnoty narodowej. Naród jest dla mnie kategorią polityczną. Według mnie naród istnieje dopóki ma wspólne cele polityczne.

Bez tego naród nie jest potrzebny. Od czasu, gdy można mówić o świadomym swych dążeń narodzie polskim, mimo wielu różnic, Polacy mieli wspólne cele. Najpierw było to odzyskanie niepodległości i własne państwo. Potem - w okresie PRL-u - te cele nadal były wspólne, mimo wielkich różnic na zewnątrz. Zdecydowana większość Polaków chciała żyć w wolnym państwie z różnorodną, ale wspólną kulturą. Członkowie PZPR mniej lub bardziej potajemnie chrzcili dzieci i brali śluby kościelne i masowo zapisywali się do "Solidarności".

We wspomnieniach z pobytu w Polsce w 1967 roku hiszpańskiej pisarki Carmen Laforet, znalazłem świetną metaforę tego czym była wspólnota narodowa Polaków. Laforet tak pisze: "Nie licząc kwestii podstawowych, każda inna informacja, jaką na temat sytuacji w kraju przekazywał nam jeden Polak, różniła się diametralnie od tej, którą wygłaszał inny. Gdy odnosili się do konkretów, jak na przykład ceny lub trudności ze zdobyciem różnych produktów albo nawet sposobu najszybszego dotarcia z jednego punktu Warszawy do innego – rozbieżności były ogromne. (...) starsza pani i starszy pan wskazywali kompletnie przeciwstawne kierunki, gdy spytałyśmy o drogę do pewnego muzeum. Przy czym obydwoje mieli tyle samo racji, ponieważ, jak się okazało, muzeum znajdowało się za ich plecami i mniej więcej w identycznej odległości od tego miejsca, niezależnie czy ruszyłbyś w prawo, czy w lewo”.

Polacy już nie są w punkcie z którego ruszając w którymkolwiek kierunku, docierają do tego samego miejsca. Pierwsza tura wyborów pokazała, że pogłębiają się podziały na wielkie miasta i prowincję i są to podziały sięgające o wiele głębiej niż na "oświeconych mieszczuchów" i "zacofanych wieśniaków".

Dochodzi do rozpadu struktur, których etyczne i profesjonalne standardy wpływały na spójność i jakość wspólnoty narodowej. Jeśli sędziowie wydają wyroki podług sympatii politycznych i według takich partyjnych kryteriów, przyznaje się stopnie i tytułu naukowe, choć nie ma ku temu żadnych polityczno-instytucjonalnych nacisków, jak choćby w czasach PRL-u, to wspólnota narodowa musi pękać. W II Rzeczpospolitej, przysięgły endek Władysław Konopczyński, uważał za oczywiste, iż promuje Żyda Józefa Feldmana, bo ten zapowiadał się na wybitnego polskiego historyka. Dzisiaj staje się to trudne do wyobrażenia.

Zastanawiam się co ma począć ktoś o moich poglądach, czyli ktoś, dla kogo naród, to najważniejsza kategoria polityczna, a dbałość o polski interes narodowy jest istotą i celem działalności politycznej. Pewnie trzeba ratować co się da, choć w tym względzie nachodzi mnie myśli, którą Carmen Laforet napisała o ... polskich pijakach. Laforet po wizycie w jednej z peerelowskich knajp, w której nikt jej nie zaczepił, trochę melancholijnie zauważyła: „Jednakże polscy pijacy okazali się zupełnie cywilizowani – smutni i nieszkodliwi”. Jako jeszcze endek, patrząc na efekt wyborów prezydenckich, czuje się coraz bardziej smutny i nieszkodliwy. Chyba się dzisiaj napiję.

Andrzej Szlęzak
30.06.2020