Skąd ten hałas o suszy?

mazury.jpg
Mówi strażak do strażaka, obserwując płonący dom: „Trzeba będzie w nim wymienić instalację elektryczną, aby znowu nie było zwarcia”. Absurdalne i nieprawdopodobne? Oczywiście. Ja też tak uważam, ale takie nasuwa mi się porównanie, gdy słyszę jak na temat aktualnej suszy wypowiadają się przedstawiciele rządu i Wód Polskich. Ale już zdecydowanie postanowiłem chwycić za przysłowiowe pióro z dwóch powodów.

Pierwszy, gdy minister odpowiedzialny za wodę powtarzał argumenty ekipy gierkowskiej, uzasadniającej budowę kaskady Dolnej Wisły, której elementem jest zapora w Ciechocinku – to tak dla przypomnienia młodszym Czytelnikom – porównując zasoby wodne Polski do zasobów wodnych Egiptu. Czyli skojarzenia proste: Egipt, Sahara, susza. Na miejscu ministra zwolniłbym tego, kto mu takie gierkowskie argumenty podpowiada. A drugi, gdy na podstawie doniesień medialnych próbowałem zapoznać się z programem małej retencji.

Z tego, co zrozumiałem składa się on z dwóch części. Jednej przeznaczonej dla inwestorów indywidualnych, z którego każdy może uzyskać do 5 tys. złotych dofinansowania na inwestycję w retencjonowanie wód opadowych oraz drugą dla samorządów, na ten sam rodzaj inwestycji, na którą rząd przeznaczy kilkaset milionów złoty. Efektem tego programu, czy programów, ma być retencja około …1 miliona metrów sześciennych wody, czyli ciut więcej niż paruje w ciągu jednego dnia z obszaru Polski w okresie wegetacyjnym, lub mniej niż jedna setna pojemności większości każdego ze 140 zbiorników wodnych w Polsce, czyli niewiele.

Pytanie „po co to wszystko?” samo ciśnie się na usta.

Spróbujmy wziąć do ręki rocznik statystyczny i kalkulator oraz poprośmy o pomoc Wujka Google’a i przeliczmy ten program na realne inwestycje. Zakładając, że na działce z domem jednorodzinnym jesteśmy w stanie zgromadzić około 2 m3 wody opadowej, czyli 40 beczek 50-litrowych, to – aby uzyskać zakładany efekt 1 mln m 3 – musielibyśmy wybudować 500 tys. zbiorników. Biorąc pod uwagę fakt, że w Polsce mamy nieco ponad 5 mln budynków jednorodzinnych, wychodzi, że co 10 budynek jednorodzinny w Polsce powinien gromadzić deszczówkę.

Zakładając nawet, że budownictwo jednorodzinne zgromadzić miałoby połowę tej wielkości, a resztę inwestycje gminne, to i tak wychodzi, że co 20 budynek musiałby budować zbiornik. Należy także zaznaczyć, że taka inwestycja nie jest tania. Jej koszt to od kilku do kilkunastu tysięcy złotych i w sytuacji kryzysu nie jest to priorytetowy wydatek Polaków. Czy w związku z tym naprawdę istnieje w Polsce rynek na tego typu inwestycje sięgający 2-4 mld zł, w sytuacji, gdy rząd przeznacza na dofinansowanie tych inwestycji kilkaset milionów?

Nie tak dawno jeden ze znanych i popularnych satyryków radiowych zadał na antenie swojego radia pytanie, czy ktoś mógłby mu wytłumaczyć, jak to jest, że skoro brakuje wody w rzekach to logicznym wydaje się, że on powinien zużywać jak najwięcej wody w domu, bo woda to idzie do oczyszczalni a potem do rzeki i …będzie jej więcej w rzekach. Pytanie to obrazuje szum informacyjny wysyłany przez decydentów do społeczeństwa w sprawie suszy. Na początek odpowiedzmy sobie na proste dwa pytania.

Czy w Polsce występuje reglamentacja wody dla ludności? Nie. Jaka gałąź gospodarki najbardziej odczuwa skutki suszy? Rolnictwo. I właściwie wszystko już wiemy.

Każdy, kto zajmuje się gospodarką wodną zawodowo, a nie okazjonalnie od czasu do czasu, z racji pełnienia różnych funkcji lub na potrzeby bieżącej sytuacji politycznej, wie, że w Polsce nie brakuje wody dla potrzeb ludności. Zdarzające się sporadycznie reglamentacje wody dla ludności, relacjonowane natychmiast przez media, i wynikają głównie z awarii sieci, których usuwanie monitorowane jest także przez media, lub ewidentnych zaniedbań władz samorządowych, które także szybko starają się opanować sytuację poprzez działania doraźne a potem docelowe. Podnoszony w sytuacji suszy argument, że Polska zatrzymuje za mało wody i trzeba tę wodę zatrzymać, przypomina wołanie neofitów, którzy zaczynają się uczyć gospodarki wodnej.

W Polsce mamy sytuację taką, że tam gdzie można budować zbiorniki, jest nadmiar wody. Chodzi o południe Polski, jak chociażby zbiornik Dobczyce, którego historię opiszę innym razem, a tam gdzie brakuje wody, głównie dla rolnictwa, chociaż nie tylko, czyli na nizinach centralnej i północnej Polski nie ma gdzie budować zbiorników. Dwa wybudowane tam największe zbiorniki w Jeziorsku w Wielkopolsce i w Sulejowie, zapewniający wodę dla Łodzi, wyczerpały praktycznie wszystkie lokalizacje na duże zbiorniki wodne. Ponadto analiza zapotrzebowania wody dla dużych aglomeracji wodnych takich, jak Trójmiasto, które „powróciło” do ujęć wody podziemnej, Bydgoszcz, Szczecin, Poznań, Wrocław wykazuje, że nie grozi im w najbliższej przyszłości brak wody dla ludności.

Skąd więc ten hałas o suszy?

Można by powiedzieć, że oszczędne używanie wody powinno być, zgodne m.in. z zasadą zrównoważonego rozwoju, znakiem rozpoznawczym ludzi świadomych konieczności ochrony zasobów naturalnych Ziemi i powinno być elementem dobrego wychowania każdego człowieka i to bez względu czy tej wody jest za mało, czy za dużo. Skoro więc susza, póki co, nie jest straszna dla szeroko rozumianej gospodarki komunalnej, to niech satyryk używa tej wody, jak do tej pory, a my powróćmy do drugiej odpowiedzi na pytanie, które zadałem na początku: rolnictwo. Tak, to rolnictwo jest największą ofiarą skutków suszy i to ono potrzebuje rzeczywistego wsparcia państwa w przeciwdziałaniu jej skutkom. Ale jakiego? Budowania oczek wodnych, czy zbiorniczków retencyjnych na działkach? Nie. Uważam, że Polsce potrzebny jest wieloletni program wsparcia rolnictwa w przeciwdziałaniu skutkom suszy. Problem w tym, że nie ogłasza się go, kiedy „już się pali”, jak w anegdocie ze strażakami, ale z wyprzedzeniem minimum 3-letnim.

Niestety, najbliższe 2-3 lata, gdyby ta susza się utrzymywała w dalszym ciągu, dla rolnictwa są praktycznie stracone. Jedynie wyrównanie rolnikom start finansowych spowodowanych suszą w tym okresie, może ich jeszcze utrzymać na rynku. Co więc należy zrobić z hydrologicznego i hydrogeologicznego punktu widzenia? Otóż dużo, aby za maksymalnie trzy lata poradzić sobie ze skutkami suszy w rolnictwie. Nie ma co wyważać otwartych drzwi. Przyjrzyjmy się, jak z problemem suszy radzą sobie kraje śródziemnomorskie, gdzie systemy deszczowni nawadniają olbrzymie obszary rolne wykorzystując do tego celu wody podziemne. Tam zużycie wody na cele rolnicze nierzadko przekracza 60% całkowitego rocznego zużycia, gdy tymczasem w Polsce udział ten wynosi zaledwie ok. 8%.

I my musimy zrobić to samo! Polskiemu rolnictwu potrzebny jest wieloletni program budowy deszczowni opartych o dostępne zasoby wód podziemnych oraz związane z tym konieczne uporządkowanie i uproszczenie spraw administracyjno-prawnych związanych z uzyskaniem pozwoleń na wykorzystanie tych wód do nawadniania pól. Na potrzeby takiego programu Państwowy Instytut Geologiczny (PIG-PIB), odpowiedzialny za monitorowanie stanu wód podziemnych w Polsce, powinien dla każdej gminy, określić wielkości dyspozycyjne wód podziemnych. O sposobie podziału tych wód dla rolników na potrzeby nawadniania poszczególnych pól powinien decydować starosta w uproszczonej procedurze prawnej.
Równolegle program taki powinien zawierać mechanizmy wsparcia finansowego dla rolników i ich związków na budowę deszczowni.

Pamiętać należy, że koszt takich deszczowni może wynosić nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych na hektar, a do tego dochodzą także koszty budowy ujęcia wody, koszty eksploatacji deszczowni oraz koszty jej przechowania i konserwacji poza okresem wegetacyjnym. To są naprawdę duże koszty, ale czy dać rolnikom pieniądze, czy przysłowiową wędkę? Tego, oczywiście, nie da się zrobić w ciągu roku a nawet dwóch lat, ale – żeby nie powtórzyła się znowu historia, jak z anegdoty o strażakach – działania trzeba podjąć teraz. Program jednak obarczony jest dużym ryzykiem. I trzeba to ryzyko wkalkulować w koszty.
W przyrodzie tak bywa, i potwierdzają to także obserwacje z ostatnich kilkudziesięciu lat, że po okresie 6,7,8 (?) lat suszy następują takie same okresy deszczowe.

Może się okazać, że za kilka lat polski rolnik wyposażony w systemy deszczowni, będzie borykał się z problemami nadmiaru opadów, czyli podtopieniami i powodziami. I aby znowu rząd nie musiał podejmować awaryjnych decyzji w walce z powodzią już teraz powinny być podjęte działania przeciwdziałające jej skutkom. Ale to już temat na następne rozważania. Chciałbym doczekać takiego momentu, aby o powodzi myśleć w czasie suszy, a w czasie suszy sprawdzać czy jesteśmy przygotowani do powodzi. Tak, jak w starym przysłowiu „w czasie pokoju przygotuj się do wojny”. I na koniec: może ktoś w końcu zająłby się zużyciem wody w przemyśle, który zużywa jej ponad 6 razy tyle, co gospodarka komunalna?

Mieczysław S. Ostojski
Autor jest profesorem inżynierii środowiska, w latach 2006-2015 był dyrektorem Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, od 2011 do 2015 roku wiceprezydent Światowej Organizacji Meteorologicznej.
Myśl Polska, nr 25-26 (21-28.06.2020)

Dzial: