Stulecie ucieczki z Kijowa

kijow 10 VI.jpg
Na początku czerwca tego roku mija setna rocznica naszej militarnej i politycznej katastrofy, czyli kompromitującego zakończenia czegoś, co politycy i usłużni historycy nazwali „wyprawą kijowską”. W dniu 9 czerwca 1920 r. oddziały polskie opuściły nieatakowany bezpośrednio przez nikogo Kijów, który był zajęty bez walki przed miesiącem.

Dopiero po kilku dniach wkroczyły do tego miasta nieliczne oddziały Armii Czerwonej, witane równie obojętnie przez jego mieszkańców co niedawni polscy „wyzwoliciele” (od kogo? Przecież w maju 1920 r. nikt Kijowa nie bronił). Przez cały czerwiec i lipiec trwał bezładny odwrót naszych wojsk, które szybko topniały nie tylko w wyniku zadawanych im strat bojowych (rannych często pozostawiano po drodze), ale również dezercji, co dziś niektórzy publicyści tłumaczą… perspektywą zbliżających się żniw bo przecież zdecydowaną większością żołnierzy byli chłopscy synowie.

Trwający przez następne dwa miesiące odwrót przekształcił się częściowo w masową ucieczkę, a stosunek sił między atakującymi i cofającymi był mniej więcej równy ze wskazaniem na naszą stronę. Przeciwnikiem był tzw. Front Południowo-Zachodni Armii Czerwonej, który tworzyło kilka oddalonych od siebie armii: niech nas tylko nie mylą nazwy – ich liczebność według wiarygodnych informacji nie przekraczała z reguły dziesięciu tysięcy „bagnetów” i „szabel” (niepełna dywizja). Były to oddziały źle wyposażone, słabo uzbrojone, często obdarte, głodne, o dość kiepskim morale. W większości – jak po naszej stronie – byli to żołnierze pochodzący z poboru, oderwani od pracy w polu, zupełnie nieczuli na wrzaskliwą agitację ze strony rządzących tą zbieraniną tzw. komisarzy politycznych. Wśród tych ostatnich dominowali inteligenci reprezentujący mozaikę mniejszości narodowych ówczesnej Rosji – nie chcemy pamiętać, że wielu z nich mówiło również po polsku, choć język nie tworzył ówcześnie tożsamości narodowej.

Mimo że polska historiografia dość oszczędnie wypowiada się na temat siły wojsk owego frontu, dziś już wiemy, że przegraliśmy z obiektywnie słabym, źle zaopatrzonym przeciwnikiem, który prawdopodobnie po prostu był lepiej dowodzący albo to my byliśmy źle dowodzeni, ale to ostatnie stwierdzenie jest przecież „myślozbrodnią”, bo podważałoby to „geniusz” ówczesnego Wodza Naczelnego. Najważniejszą siłą ofensywną tego frontu była przerzucona z frontu kaukaskiego Armia Konna, dowodzona przez byłego podoficera armii carskiej Siemona Budionnego. Ten duży i bardzo mobilny związek kawaleryjski wyprzedził atakując cofające się wojska polskie, dezorganizował ich tyły, rodził panikę i poczucie klęski.
Nikt z ówczesnych dowódców nie umiał a może nawet nie miał jakiejś sensownej wizji walki z dużym zgrupowaniem kawalerii, które dysponowało również wojskami technicznymi w postaci (nielicznych) samochodów i pociągów pancernych.

Warto przypomnieć, że istotna część tego wyposażenia była produkcji brytyjskiej, stanowiąc zdobycz Armii Czerwonej w walce z Armią Ochotniczą dowodzoną przez generała Antona Denikina w 1919 r. Z tej armii wywodziło się również wielu dowódców Armii Czerwonej oraz całe jednostki kawalerii, które przeszły na stronę zwycięzców. Zdarzały się później dezercje z Armii Czerwonej na naszą stronę. Stan tzw. gotowości bojowej naszego ówczesnego przeciwnika nie był budujący; złe zaopatrzenie lub brak dyscypliny, brak l’exipt du corps i częsta dezercja. Był to jednak dla nas przeciwnik bardzo groźny, bo dawał nam srogie cięgi (tak się kiedyś mówiło) przez następne trzy miesiące, aż do połowy sierpnia 1920 r.

Wszyscy dopuszczali się masowych grabieży oraz pogromów na ludności żydowskiej stanowiącej liczną diasporę na ziemiach, które dziś nazywamy zachodnią Ukrainą. Nie chcemy pamiętać nie tylko o naszym udziale w tych pogromach, które nawet zbłądziły na kartach wielkiej literatury polskiej (w „Sławie i Chwale” Jarosława Iwaszkiewicza jest opisany taki epizod udziałem Walerka Rayskiego), leczy były powszechnie znane pokoleniu żyjących w międzywojniu. Obowiązująca dziś bajeczka o „kresach wschodnich”, które z utęsknieniem oczekiwały polskiego wyzwolenia spod rosyjskiego a następnie bolszewickiego „jarzma”, każe wykreślać te fakty z naszej pamięci.

Katastrofa „wyprawy kijowskiej” skutecznie i trwale obniżyła autorytet polityczny a zwłaszcza zakwestionowała kompetencje dowódcze Józefa Piłsudskiego jako wojskowego, który do końca swych quasilegalnych rządów w 1922 r. był słusznie obarczony odpowiedzialnością za tę katastrofę. Panika klasy politycznej doprowadziła do upokarzających prób zawarcia pokoju z bolszewikami za pośrednictwem państw Ententy: wtedy oficjalnie po raz pierwszy uznaliśmy tzw. linię Curzona jako wschodnią granicę Polski, ale o tym piszę w innym miejscu.

Witold Modzelewski
Profesor Uniwersytetu Warszawskiego
Instytut Studiów Podatkowych
Na zdjęciu: wojska polskie cofają się spod Kijowa
11.06.2020

Dzial: