O wędrówce imperiów

mongols.jpg
Niektórzy utrzymują, że w istocie ludy nigdy nie wędrowały, od zawsze bytowały na swoim miejscu, natomiast podróżowały różne nazwy. Samo przemieszczanie się to wielkie mity, gdyż natura człowieka skłania go do pozostawania w rozpoznawanym krajobrazie. Ten pogląd chyba jednak nie jest prawdziwy, gdyż przeczą jemu nasze właściwie naoczne obserwacje. Jednak mniemanie o ciągłej i nieustającej przestrzennej ruchliwości ludzkich rzesz jest też grubą przesadą.

Już Lew Gumilow wykazał, że zwarte ludzkie gromady od zawsze przemierzały step, posuwając się stałą trasą od Mandżurii aż po węgierską pusztę; najczęściej ze względu na cykliczność klimatu, który wymuszał exodus za wodą i paszą. Z drugiej strony trudno sobie racjonalnie wytłumaczyć skąd (i po co?) ludzie przenieśli się tam, gdzie na przykład panuje właściwie wieczna zima – jeśli nie tym, że w sam raz te szczepy mają tę skłonność wpisaną w swoją naturę? Jakoś podobnie jest z imperiami. Rodzą się – niekiedy na jałowej ziemi- rozwijają i na końcu więdną, niektóre po długotrwałej chorobie, inne gwałtownie, w widowiskowych okolicznościach. Ale przypatrzmy się konkretom.

Czy imperia istotnie bezpowrotnie schodzą z dziejowej areny, czy może zmieniają zaledwie swoją nazwę, panujący w nim lud, kostiumy? Najpierw Bliski Wschód. Do czasów Aleksandra Wielkiego dominowały nad nim trzy potęgi: Egipt faraonów, Persja i mocarstwa położone u źródeł Tygrysu oraz Eufratu. Egipt był od zawsze; Persję poprzedził Sumer oraz Babilonia, na północy imperialny status mieli Hetyci, Mitania i Asyria. Czy dzisiaj jest inaczej? Iran ze swoją narodową odmianą islamu wciąż jest w grze, nowożytna Turcja znajduje się tam gdzie powinno coś ważnego być, zaś Kair zawsze ma dość kluczowe znaczenie. Izrael natomiast może samodzielnie istnieć tylko wtedy, gdy te trzy czynniki słabną i to wszystkie jednocześnie. Tak było w latach czterdziestych minionego wieku.

Teraz wydaje się, iż ów czas mija. Nawet starożytny Rzym nie jest czymś aż tak wyjątkowym, odbiegającym od opisywanej normy, ale czy naprawdę? Nigdy by nie stężniał, gdyby nie powstał na gruzach semickiej Kartaginy i hellenistycznego Wschodu. Później przez wieki trwał pod postacią Civitas Christiana na Zachodzie i jako Drugi Rzym w Bizancjum, następnie jako Trzeci, aż do dzisiejszego dnia. Kreml połączył w jednym imperium dwie idee. Z jednej strony dziedzictwo Rzymu, z drugiej zaś władztwo Czyngis-chana. Trzy korony nad bizantyjskim orłem symbolizują trzy stepowe potęgi: chanat kazański, astrachański oraz syberyjski.

Aż do dzisiaj Rosja targana jest powtarzającym się wewnętrznym sporem: czego jest więcej i te dwa potężne skrzydła niosą rosyjskiego ducha przez historię. Z kolei o Chinach można powiedzieć, że właściwie są one jakby wieczne, wielokrotnie podbijane pozostały wciąż niezwyciężone. Stanowiąc wielką lądową azjatycką masę, właściwie są jakby wielką wewnętrzną wyspą. Samowystarczalne i nie do pokonania. Wiecznotrwałe!

Teraz, z kolei o Stanach Zjednoczonych można by rzec, że to Wielka Brytania w nowożytnej, globalistycznej postaci. Imperium morskie. Bez większych szans na rozległych terenach Serca Lądu. Nawet ich protestancki mesjanizm jest prostym angielskim importem. Dziś, może jak nigdy dotąd, pokazał swoje judaistyczne oblicze. O Indiach natomiast nawet nie można pisać. W sam raz one tym prawom jakoś wymykają się spod determinującego wpływu. Właściwie nic o nich nie da się pewnego powiedzieć.

Antoni Koniuszewski
Myśl Polska, nr 23-24 (7-14.06.2020)