Dobre rady, ale diagnoza wątpliwa

belarus_1.jpg
Cieszę się, że po latach zawitał na nasze łamy Henryk Goryszewski, który w latach 90. był nawet w Radzie Redakcyjnej „Myśli Polskiej”. Temat, który podniósł w swoim tekście „Białoruś w polityce polskiej” (MP, nr 23-34/2020) jest u nas obecny od wielu lat.

Przypomnę tylko, że w roku 2010 wydaliśmy nawet na ten temat książkę pt. „Wojna z „reżimem” Łukaszenki”, w której sprzeciwiliśmy się bezsensownej, konfrontacyjnej polityce Polski wobec Białorusi polegającej na ciągłym jątrzeniu, popieraniu tzw. demokratycznej opozycji i wreszcie na rozbijaniu polskiej mniejszości w tym państwie.

Od tego czasu zmieniło się niewiele. Co ciekawe, nieśmiała próba korekty tej polityki przez ministra Witolda Waszczykowskiego zakończyła się bardzo szybko, kiedy okazało się, że z pozoru niewiele znacząca pani Agnieszka Romaszewska z TV „Biełsat” ma mocniejszą pozycję niż minister polskiego rządu. Tak więc w tej kwestii, o której pisze także Henryk Goryszewski, pełna zgoda. Polityka wobec Białorusi wymaga nie tylko korekty, ale radykalnej z zmiany.

Problem pojawia się wtedy, kiedy Autor wyjaśnia czemu ta zmiana polityki ma służyć. Pisze: „Po rozpadzie Związku Sowieckiego za naszą wschodnią granicą zaistniała nowa, korzystna dla nas geografia polityczna. Z podobnym układem Polska miała do czynienia jedynie w czasach między rozpadem Rusi Kijowskiej, a pojawieniem się Moskiewskiej Rosji, państwa o randze regionalnego mocarstwa, co miało miejsce pod koniec XV wieku. W obecnej konfiguracji politycznej konfiguracji Białoruś, a nie Ukraina, ma decydujące znaczenie dla naszego państwowego bezpieczeństwa. Dlatego podtrzymywanie białoruskiej niepodległości powinno być jednym z najważniejszych, a być może najważniejszym priorytetem polskiej polityki wschodniej. Po pięciuset latach Polska jest znowu oddzielona od Rosji barierą niepodległych państw. Co prawda nadal graniczymy z Królewiecką enklawą, ale obecnych warunkach jej obszar nie może być wykorzystany dla strategicznego uderzenia. Mógłby spełnić pomocniczą rolę tylko w wypadku konfliktu o szerokim zasięgu, angażującym imperialne siły Rosji przeciwko militarnej obecności USA w Europie”.

W moim przekonaniu ta analiza niczym nie różni się od tego, co głoszą ci, których Autor z pozoru krytykuje. Tak więc, mamy zajmować się budowaniem czegoś na kształt „kordonu sanitarnego” między nami a Rosją, „bariery” oddzielającej nas od niej i szukać rozwiązań mających na celu zabezpieczenie nas przed „rosyjską agresją”. Tak pisze się w Polsce od wielu lat, utrwalając w opinii publicznej przekonanie, że na Wschodzie czyha na naszą niepodległość i terytorium „agresywna Rosja”, i dlatego w tym celu powinniśmy „wyrwać” spod jej wpływu takie państwa jak Ukraina czy Białoruś. Jedyna różnica, którą prezentuje Autor – to przekonanie, że to Białoruś w tym „wyrywaniu” spod rosyjskiej kurateli jest dla nas ważniejsza a nie Ukraina.

Co gorsza, Autor dyskretnie pomija w swojej narracji fakt najważniejszy – że polska polityka wschodnia wobec takich państw jak Białoruś czy Ukraina nie jest polityką polską, tylko polityką USA/NATO. W ogóle w tekście nie pada ta nazwa, tak jakbyśmy tę grę prowadzili w trójkącie Warszawa – Mińsk – Moskwa, tymczasem gra toczy się w na osi Waszyngton – Moskwa, a Polska i kraje bałtyckie są tylko pionkami na tej szachownicy. Militaryzacja Enklawy Kaliningradzkiej i w szerszym aspekcie militaryzacja polityki rosyjskiej jest niczym innym jak odpowiedzią na poszerzenie NATO i stałe, systematyczne przesuwanie infrastruktury militarnej NATO na Wschód, ze słynną już bazą w Redzikowie na czele. To jest przyczyną obecnego napięcia a nie mityczne imperialne ambicje Rosji. Owszem, Rosja, co naturalne, chce zachować swoje duże wpływy na terenie Ukrainy i Białorusi, ale „imperialnych zakusów” wobec nas nie ma.

Dlatego nie zgadzam się z opinią Autora: „Militarne zagrożenie dla Polski wzrośnie niepomiernie w razie politycznego podporządkowania Białorusi przez Moskwę. Znajdziemy się wówczas znowu w sytuacji podobnej do istniejącej przed 1990 rokiem”. Naszym celem powinno być eliminowanie zagrożeń natury militarnej w inny sposób – poprzez deeskalację napięcia między NATO a Rosją i doprowadzeniem do demilitaryzacji Europy Wschodniej. Wówczas i rola Enklawy Kaliningradzkiej ulegnie zmianie i stanie się ona obszarem współpracy gospodarczej a nie oblężoną przez państwa NATO twierdzą.

W roku 2010 w tekście „Pozostała tylko Borys” pisałem: „Białoruś jest jedynym krajem za naszą wschodnią granicą, który nie próbuje zacierać śladów polskiej kultury i dziedzictwa. Odbudowuje się wielkim nakładem środków Zamek Radziwiłłów w Nieświeżu (z Muzeum Narodowego w Warszawie ściągnięto tam już kopie wszystkich portretów Radziwiłłów), pięknie utrzymane jest Muzeum Adama Mickiewicza w Nowogródku, zrekonstruowano dworek Tadeusza Kościuszki. Władze białoruskie zabiegają o bardzo dobre stosunki z Kościołem katolickim, pielgrzymka Benedykta XVI na Białorusi jest tuż tuż. Tymczasem w Warszawie w ogóle się tego nie zauważa, podtrzymuje się realizację planu politycznego rodem z okresu rządów Georga Busha, która to amerykańska administracja, władczym głosem Condoleezy Rice, nakazała nam „walkę o demokrację” na Białorusi. Wtedy to – wychodząc temu poleceniu naprzeciw – uznano, że neutralności polityczna Związku Polaków na Białorusi jest nie do przyjęcia, bo ZPB powinna wesprzeć rachityczną i nie mającą żadnego wpływu białoruską „opozycję demokratyczną”. Aby ten plan zrealizować, należało doprowadzić do usunięcia władz ZPB – zadanie to wykonała grupa Borys. I od tej pory nie zajmuje się prawie niczym tylko jątrzeniem, dzieleniem, zastraszaniem Polaków nie mających ochoty na taką „politykę”.

Lata płyną, ale mechanizmy „polskiej” polityki wobec Białorusi są niezmienne – są wpisane w strategię polityki USA wobec Rosji i nie ma co tego ukrywać. Pytanie brzmi raczej tak: czy w ogóle mamy szansę na prowadzenie polskiej suwerennej polityki na Wschodzie i do czego właściwie ma ona zmierzać? Bo na pewno w polskim interesie nie leży wykonywanie „zamówień” suflowanych z zewnątrz. Autor proponuje jednak nic innego jak złagodzoną wersję polityki wobec Ukrainy – która to, jak widzimy, zakończyła się całkowitym fiaskiem. Już Roman Dmowski pisał w 1930 roku, że oderwana od Rosji Ukraina zrobi karierę, ale czy zyskają na tym Ukraińcy? I tak może być w przypadku Białorusi, czego raczej życzyć temu narodowi nie wypada.

Zgodzić się za to wypada z Henrykiem Goryszewskim, kiedy pisze o tym, jak powinno wyglądać polsko-białoruskie odprężenie i o tym, że to obecne władze w Mińsku powinny być głównym partnerem w tej polityce a nie rachityczna opozycja. Do tego katalogu słusznych postulatów dodałbym jeszcze jeden – Mińsk nie może nawet podejrzewać, że naszym celem jest osłabienie jego relacji z Rosją. Białoruś cywilizacyjnie, historycznie i mentalnie będzie zawsze bardziej ciążyć ku Rosji niż ku Polsce, choć z czasem może to się zmieniać. Z drugiej strony Białoruś, zamiast polem konfrontacji i rywalizacji, może stać się polem współpracy, także polsko-rosyjskiej, pomostem łączącym Zachód ze Wschodem. Taką politykę wobec tego kraju prowadzą np. Chiny, które też są zainteresowane w podtrzymaniu białoruskiej suwerenności, ale czynią to bez konfrontowania się z Rosją. Taką strategię zalecałbym także naszym władzom.

Jan Engelgard
Fot. kremlin.ru
Myśl Polska, nr 23-24 (7-14.06.2020)

Dzial: