GRU atakuje polskich maturzystów, czyli symetria głupoty

polityka_1.jpg
Parę lat temu w mediach systemowej, neoliberalnej opozycji toczyła się dyskusja na temat zjawiska tzw. symetryzmu. Chodziło o to, czy można traktować patologie PiS i PO w ten sam sposób, czy nie należy w sumie pozbyć się balastu obu tych formacji, by polską politykę uzdrowić. Przyglądałem się tej dyskusji i milczałem, mając mieszane uczucia.

Coraz częściej jednak wydaje mi się, że ów symetryzm jest postawą ze wszech miar uzasadnioną. W tym przekonaniu utwierdzają mnie publikacje, które można określić wyłącznie mianem symetrii kretynizmu. Wszystkim znane są kliniczne przypadki rusofobii i stosunek do Rosjan przypominający stosunek tygodnika „Der Stürmer” w III Rzeszy do Żydów, po stronie neokonserwatywno-neosanacyjnej hybrydy PiSowskiej i jej kombinatu propagandowego (od „Gazety Polskiej” po TVP).

Analogię po drugiej stronie tworzą wykwity indywiduów w rodzaju Tomasza Piątka czy Grzegorza Rzeczkowskiego podające się za dziennikarzy. Też ścigają kremlowskie spiski, demaskują agentów i ogólnie nurzają każdy wers w atramencie tępej nienawiści do wszystkiego, co rosyjskie. W zasadzie jedyna różnica pomiędzy nimi polega na tym, że ci pierwsi za „agenturę Moskwy” uznają opozycję, ci drudzy zaś obóz rządowy.

Dyskurs zwolenników teorii spiskowych jest może nawet interesującym kolorytem w każdym społeczeństwie, czasem można traktować ich wynurzenia w kategorii rozrywkowej. Robi się jednak przykro, gdy przenika on do głównego nurtu. Dziś leje się on strumieniami z mediów publicznych, ale zaczyna też przelewać się na łamach mediów neoliberalnej opozycji.

Przykładem niech będzie tu tygodnik „Polityka”, publikujący kolejne rewelacje wspomnianego Rzeczkowskiego. Przeszedł on długą drogę od jednego z niewielu wydawanych w Polsce w miarę profesjonalnie i nie należących do obcego kapitału periodyków, który – choć cały czas przestrzegał i sam brał nawet udział w ustanawianiu kanonów poprawności politycznej – to jednak dochowywał zazwyczaj wierności pewnym standardom dziennikarskim i publicystycznym do politycznego tabloidu. Dziś wśród autorów periodyku pojawiają się ludzie będący w zasadzie odpowiednikami Sakiewiczów, Lisiewiczów i Targalskich, tyle że sympatyzujący z obecną opozycją.

Wspomniany Rzeczkowski na łamach „Polityki” wypisuje historie o tym, jak to z serwerów GRU położonych w odległym Petersburgu prowadzono operację polegającą na kierowaniu fałszywych alarmów o zagrożeniu bombowym w polskich szkołach. Wcześniej ten kuriozalny news pojawił się w RMF FM, ale autor tekstu w tygodniku idzie dalej niż jego radiowi towarzysze drogi do szaleństwa. Stwierdza, że wzrost liczby odnotowanych w ostatnich latach alarmów tego rodzaju można właśnie wiązać z intensywną aktywnością rosyjskiego wywiadu wojskowego. Uruchamia więc złowrogi ciąg skojarzeń: „GRU” (pewnie nie FSB dlatego, że skrót brzmi mniej przerażająco) – Petersburg (choć mógł dla większego suspense użyć starej nazwy Leningrad) – „destabilizacja” (tak, alarmy bombowe to nie chuligański wybryk, lecz rozchwianie krytycznej infrastruktury państwowej!).

No i Rosja, która czyha i knuje. Jakimiż geniuszami muszą być oficerowie wspomnianego GRU, by za cel obrać sobie uczniów polskich szkół, zyskać poparcie wśród ubiegłorocznych nieprzygotowanych do egzaminów maturzystów, którym przesunęli egzaminy dojrzałości. Majstersztyk. Rzeczkowski i inni fantaści ze stajni wydawnictwa „Arbitror” wspomnianego Piątka powinni zostać zatrudnieni w charakterze konsultantów głupawych komedii kręconych za oceanem.

Nad upadkiem medialnego głównego nurtu III RP ubolewał niedawno w liście do tygodnika „Przegląd” prof. Andrzej Walicki. I chyba właśnie objęcie tego wielkiego intelektualisty nieformalną cenzurą w polskich mediach jest najbardziej symboliczne. Miejsce Walickiego zajęli przeróżni Rzeczkowscy i Piątkowie, Sakiewicze i Gargasy. Ich prosty przekaz ma odpowiadać duchowi czasów, odbiorcom sformatowanym pod tabloidy i kolorową plotkarską prasę. Tamte piszą jednak bardziej o celebrytach, nie czyniąc większych szkód w świadomości politycznej i obywatelskiej, a ci ostatni próbują kształtować opinie na temat spraw naprawdę ważnych. Kiedyś z czystej ciekawości zdarzało mi się sięgać po lewicująco-liberalną „Politykę”. Dziś tego już za żadną cenę nie zrobię. Z obrzydzenia.

Mateusz Piskorski
Rubryka: Myśl pod prąd
Myśl Polska, nr 23-24 (7-14.06.2020)