Edmund Burke – ojciec konserwatyzmu

burke 2.jpg
Jako termin polityczny słowo konserwatysta pojawiło się we Francji po erze napoleońskiej. Konserwatyzm oznaczał politykę umiarkowania zmierzającą do pogodzenia tego, co, w starym porządku najlepsze z ostrożną aplikacją zmian wiążących się z nadejściem nowej epoki. Francuscy pisarze polityczni używali terminu „conservateur”, oznaczającego strażnika dziedzictwa cywilizacji i zasad sprawiedliwości.

Pod tym tytułem wydawane było zresztą w latach dwudziestych XIX stulecia znane wówczas we Francji pismo polityczne. Stamtąd termin ten trafił do Anglii. Wydawcy „Quarterly Review” w 1830 roku po raz pierwszy użyli słowa „konserwatyści” na oznaczenie partii Torysów. Powszechnie uznaje się jednak, iż niemal wszyscy XIX-wieczni europejscy myśliciele i politycy uważani wówczas bądź później za konserwatywnych pozostawali pod mniej lub bardziej świadomym wpływem Edmunda Burke’a, urodzonego w Irlandii (matka była nota bene katoliczką) angielskiego pisarza i wieloletniego członka Izby Gmin z ramienia stronnictwa Wigów.

Międzynarodową renomę Burke uzyskał w 1790 roku dzięki opublikowaniu pracy „Refleksje nad rewolucją we Francji”, napisanej w formie korespondencji do francuskiego przyjaciela. Burke nie użył w niej jeszcze słowa „konserwatyzm”, jednak zawarte tam idee szybko zdobyły sobie popularność na kontynencie (zwłaszcza w Niemczech), będąc swoistą biblią dla europejskich zachowawców i kontrrewolucjonistów. Warto więc przypomnieć zasadnicze programowe tezy tego pierwszego podręcznika konserwatyzmu; podręcznika, który dla wielu konserwatystów do dziś pozostaje podstawową lekturą polityczną.

„Wolność jest energią dla państwa, które ma w sobie dokładnie tyle życia i wigoru, ile jest w nim wolności”. Burke zaznacza jednak, iż „ekstremum wolności (które jest jej abstrakcyjnym ideałem, ale rzeczywistym wypaczeniem) nie istnieje nigdzie (...) zaś wolność również musi być ograniczana by być zachowaną. Stopień jej ograniczenia nie jest w żadnym przypadku możliwy do dokładnego ustalenia”. Powinno być jednak zadaniem mądrych polityków, by za pomocą prób i błędów ustalać optymalny stopień tego ograniczenia. Nie można zarazem ocenić wolności w danym państwie na podstawie samych deklaracji ustawodawców, bowiem niezależnie od zapisów na papierze „warunki są tym, co czyni każdy polityczny i społeczny system korzystnym lub wstrętnym ludziom. Mówiąc bowiem abstrakcyjnie rząd tak samo jak wolność jest rzeczą dobrą”.

By zaznaczyć różnicę między teorią a praktyką Burke dalej zapytuje: „Ale czyż mógłbym, ze zdrowym rozsądkiem, dziesięć lat temu pogratulować Francji rządu bez sprawdzenia jaki był charakter tegoż rządu, jaka była jego administracja? Czyż mogę więc teraz pogratulować temu samemu narodowi jego wolności?” Będąc orędownikiem angielskiego systemu parlamentarnego Burke podkreśla, iż wolność rozumiana jako przyjęcie współodpowiedzialności za kraj jest wszakże przywilejem, którego nie można rozdawać zbyt pochopnie bowiem w rękach ludzi jest ona mocą, z której nie wszyscy umieją właściwie korzystać „zwłaszcza, gdy jest to nowa moc, w rękach nowych osób, którzy w jej zasadach i w swych uprawnieniach nie mają doświadczenia”.

Kpiąc z utopii „umowy społecznej” Burke zaznaczał, iż od zasady numero plures (więksi liczbą) bliższa jest mu zasada „virtute et honore majores” (więksi cnotą i honorem) zaś „pełna demokracja jest najbardziej bezwstydną rzeczą na świecie”, gdyż odrzucając wszelkie autorytety nie uznaje żadnych ograniczeń. Odpowiedzialność za rządy winna zdaniem Burke’a spoczywać na barkach przygotowanej do nich elity – wielorako rozumianej „naturalnej arystokracji”, bez której nie może istnieć żaden naród i której interes jest nierozerwalny z interesem państwa. Doświadczenie uczy, iż tylko w tak naturalnie zorganizowanych społeczeństwach, wyposażonych w sprawdzone przez stulecia nawyki i instytucje rozwijać się może prawdziwa wolność. Burke przeciwstawia zadekretowanym jednym aktem przez francuskich rewolucjonistów papierowym „prawom człowieka” realne prawa i swobody, jakimi cieszy się każdy Anglik dzięki wyrosłym z tradycji sprawnym organom władzy, prawu zwyczajowemu oraz moralności.

„Wszystko to” – według Burke’a - „są rzeczy dobre a bez nich wolność, póki trwa, korzyści żadnej nie przysporzy, ani też długo nie potrwa”. Warto przypomnieć, iż słowa te zostały napisane jeszcze przed nastaniem we Francji jakobińskiego terroru, gdy jeszcze „postępowa opinia publiczna” całej Europy wyła z zachwytu nad „rewolucyjnym zwycięstwem wolności nad tyranią”. Z perspektywy jakobińskich gilotyn czy temu podobnych późniejszych „wyzwoleń człowieka” znacząco brzmi też ostrzeżenie Burke’a skierowane pod adresem różnych uszczęśliwiaczy ludzkości: „Czymże jest wolność bez mądrości i cnoty? – jest największym złem z możliwych”.

Zdaniem angielskiego pisarza naród nie jest bynajmniej tylko matematyczną sumą tworzących go jednostek, lecz organizmem, na który składają się również tradycja, warunki geograficzne i jego mentalność. „Naród nie jest ideą o jedynie lokalnym rozprzestrzenieniu, chwilowym zespoleniem jednostek, lecz jest ideą ciągłości, rozciągającą się w czasie, liczbie, przestrzeni. Jest wyborem nie tylko jednego dnia, nie tylko jednej generacji ludzi, jest świadomym wyborem wieków i generacji. Jest ustrojem stworzonym przez to, co jest tysiąc razy lepsze od wyboru. Jest stworzonym przez szczególne warunki, okoliczności, temperament, dyspozycje oraz moralne, cywilne i społeczne zwyczaje ludu, które ujawniają się jedynie w długich okresach czasu”.

Ponieważ zaś naród nie może bezkarnie jednorazowo zerwać z całą swą tradycją i naturą przeto rewolucja jest sztucznym i zbrodniczym zakłóceniem naturalnego procesu dziejowego. Jest też żałosną próbą wcielenia w życie abstrakcyjnych teorii będących wymysłem jednostkowego rozumu, który ignorując doświadczenie wielu wieków i praktykę dnia codziennego ustawił się rzekomo ponad historią i przestrzenią (będąc przecież tylko drobnym ich elementem).

Jako przykład ewolucyjnego rozwoju Burke podaje Wielką Brytanię, w której mimo gwałtownych zmian we władzach zawsze obowiązywało „prawo dziedziczenia”, które stało się zasadą angielskiej niepisanej konstytucji. Ktokolwiek i jakkolwiek obejmował tam rządy, obojętnie czy nabywał koronę prawnie czy siłą, dziedziczna sukcesja była bądź bezpośrednio przedłużana bądź też odpowiednio adaptowana. „Mamy dziedziczną koronę, dziedziczną arystokrację, Izbę Gmin i lud dziedziczący przywileje, prawa obywatelskie, wolność od długiej linii przodków. System ten zdaje mi się rezultatem bogatej refleksji, a raczej szczęśliwym efektem podążania za naturą”.

Zdaniem Burke’a „duch zmieniania jest zwykle symptomem egoistycznego charakteru i ograniczonych horyzontów” zaś ludzie, którzy nie oglądają się na swoich przodków nie widzą także przed sobą swych potomków. Tymczasem dzięki wspomnianej tu angielskiej zasadzie konstytucyjnej „otrzymujemy, posiadamy i przekazujemy nasz rząd i nasze przywileje w ten sam sposób, w jaki przekazujemy naszą własność i nasze życie”.

W rewolucji francuskiej widział Burke objaw nadchodzącej epoki barbarzyństwa, w której nieznane już będą wartości takie jak godność, honor czy wierność. Oburzony na poniżenie królowej Marii Antoniny pisarz stwierdza, iż „Era rycerskości odchodzi (...) Nigdy, nigdy więcej nie ujrzymy już tej wspaniałomyślnej lojalności wobec pozycji i płci, tego dumnego poddania się, tego dostojnego posłuszeństwa, tej subordynacji serca, która ożywiała, nawet w niewoli, ducha wyniosłej wolności (...) To wszystko odchodzi, ta wrażliwość zasad, ta czystość honoru, która plamę odczuwała jak ranę, która pobudzała odwagę łagodząc okrucieństwo, która uszlachetniała wszystko, czego dotknęła i dzięki której nawet występek, z utratą ordynarności tracił część swego zła”.

Zdaniem Burke’a ów odchodzący system wartości miał swe korzenie w ideałach średniowiecznego rycerstwa. Choć jego zewnętrzne formy zmieniały się wraz ze zmianami warunków życia ożywiał on Europę aż do czasów Rewolucji odróżniając ją np. od cywilizacji Wschodu. Lecz obecnie w obliczu „zwyciężającego imperium światła i rozumu” te uniwersalne, obowiązujące w równym stopniu królów i poddanych wartości tworzące „moralną wyobraźnię” każdego człowieka zostają określane jako „dziwaczna, absurdalna i przestarzała moda”.

Zgodnie z tą nową, pozbawioną serca i wyobraźni filozofią, prawa mają być chronione wyłącznie nagą siłą i odwoływać się jedynie do doraźnego interesu, jaki czerpać z nich może jednostka. Biorąc zaś pod uwagę, iż ani władca ani jego poddani nie będą już znali honoru, a władza nie będzie już poświęcona przez Kościół przeto rządy zostaną zmuszone do oparcia się na brutalnym terrorze mając przeciwko sobie dziki terror spiskowców. Na końcu drogi, którą wytaczają nowi filozofowie „nie widać nic oprócz szubienic” (w tym miejscu Burke pomylił się w przepowiedniach tylko co do narzędzia jakobińskich zbrodni). Ci niebezpieczni nowi zbawiciele ludzkości wykazują też kompletną nieznajomość natury ludzkiej sprowadzając ją do jakiegoś samotnie żyjącego dzikusa gdy tymczasem człowiek jest istotą społeczną.

„Sztuka jest naturą człowieka” i dlatego płótno tkacza jest tak samo naturalne jak sieć pająka. Człowiek jest również istotą z gruntu religijną, a ateizm sprzeciwia się nie tylko rozumowi ale także jego naturze. Burke obawiał się, że wskutek dzikiego, antyreligijnego szału, jaki ogarnął wielu Francuzów miejsce chrześcijaństwa (będącego podstawą naszej cywilizacji) zajmie jakiś „nieokrzesany, zgubny i upodlający przesąd”.

Zdaniem pisarza dwiema głównymi siłami ożywiającymi naszą cywilizację były duch gentlemana i duch religii. Nauka i kultura zawdzięczają swój rozkwit swym „naturalnym obrońcom” – arystokracji i duchowieństwu, bez których zostaną „rzucone w błoto i podeptane racicami świńskiej hałastry”. Handel i przemysł rozwinęły się również w cieniu „naturalnych obrońców” i upowszechnionych przez nich wartości, więc wraz z ich upadkiem może dojść do degeneracji także tej dziedziny życia. „Jeśli handel czy sztuki zgubią się w eksperymencie sprawdzającym czy państwo może obejść się bez tych starych, fundamentalnych zasad, jakim to tworem będzie naród głupich, ordynarnych, dzikich a zarazem biednych i obskurnych barbarzyńców, pozbawionych religii, honoru czy męskiej dumy, nie posiadających nic i nie marzących o niczym w przyszłości?”

Historia pokazała, iż angielski pisarz nie mylił się ani w przepowiedni finału francuskiej rewolty ani co do sukcesu wolności na gruncie konserwatywnych instytucji i obyczajów. Miał też rację uzależniając skuteczność praw i stan ekonomii od panującej w danym kraju moralności i politycznej stabilizacji. Będąc chlubą zarówno Wigów jak i Torysów Edmund Burke wywarł ogromny wpływ na przedstawicieli różnych nurtów szeroko pojętej myśli konserwatywnej - na klasycznych tradycjonalistów z Józefem de Maistre na czele, jak również na konserwatywnych liberałów – Aleksego de Tocqueville’a, a zwłaszcza na Fryderyka von Hayeka, który zresztą określał siebie samego jako „Starego Wiga”.

O dziwo, do Burke’a przyznaje się również część konserwatystów amerykańskich, mimo, iż z uwagi na genezę Stanów Zjednoczonych tamtejszy konserwatyzm sprowadza się na ogół do chrześcijańskiego liberalizmu. Czy koncepcje Burke’a nadają się do politycznej aplikacji jeszcze dziś? Dokonana de facto likwidacja stawianych przezeń na wzór fundamentów monarchii brytyjskiej, ostatnio symbolicznie wyrażona w pozbawieniu politycznego znaczenia dziedzicznych lordów, wskazuje na fakt, iż we współczesnym świecie zmiany zaszły dalej, niż Burke prawdopodobnie mógłby sobie tego życzyć. Nadal jednak można na ten świat spoglądać jego przenikliwym okiem, do czego rzecz jasna niezbędna jest uważna lektura jego publikacji. Tyle, że należy po nie sięgać już chyba nie jak po instruktaże lecz raczej dzieła uczące konserwatywnego stylu myślenia.

Jacek Matusiewicz
Rubryka: „Refleksje konserwatywnego zgreda”
Myśl Polska, nr 21-22 (24-31.05.2020)