Ze Studnickim na Pawiaku

pawiak.jpg
Poniżej prezentujemy obszerny fragment wspomnień Jerzego Hagmajera (1913-1998), lekarza, przedwojennego działacza RNR-Falanga, w czasie okupacji kierownika pionu cywilnego Konfederacji Narodu, uczestnika powstania warszawskiego, a po wojnie działacza Stowarzyszenia PAX i bliskiego współpracownika Bolesława Piaseckiego.

Wspomnienia dotyczą dramatycznego epizodu w jego życiu jakim było uwiezienie na Pawiaku. Udało mu się szczęśliwie przeżyć, choć z tego samego więzienia na egzekucje i do Kl Auschwitz trafili jego koledzy z „Falangi” – Wojciech Kwasieborski, Tadeusz Lipkowski i Andrzej Świetlicki oraz tacy wybitni politycy Narodowej Demokracji, jak prof. Witold Teofil Staniszkis, prof. Roman Rybarski czy red. Stanisław Piasecki.

Wspomnienia przygotował do druku Robert Hasselbusch, pracownik Muzeum Więzienia Pawiak (oddział Muzeum Niepodległości w Warszawie). Ukażą się one w tym roku w kolejnych numerach pisma „Niepodległość i Pamięć”. Autor opracowania pisze:

„Historia warszawskiego więzienia Pawiak w latach 1939-1944 wiąże się z martyrologią około 100 tysięcy ludzi, którzy według szacunkowych danych byli osadzeni za jego murami. Kompleks więzienny funkcjonował wówczas jako Gefängnis der Sicherheitspolizei Dzielnastrasse 24. Podlegał niemieckiej, nazistowskiej policji bezpieczeństwa, zwłaszcza wchodzącej w jej skład części, którą tworzyło gestapo.

Poprzez bestialstwo gestapowców oraz transporty na egzekucje bądź do obozów koncentracyjnych, Pawiak stał się wtedy jednym z symboli okupacyjnego terroru. W czasie trwania Powstania Warszawskiego, latem 1944 roku, kompleks więzienny został wysadzony w powietrze. Po wojnie na jego gruzach powstało Muzeum Więzienia Pawiak, miejsce pamięci, które jest oddziałem Muzeum Niepodległości w Warszawie. Jednym z głównych zadań wymienionej placówki jest gromadzenie spuścizny po byłych więźniach.

Wśród tej są między innymi relacje wspomnieniowe. Tym cenniejsze, że z powodu likwidacji Pawiaka nie zachowała się kartoteka więzienna z lat 1939-19442. Relacje osadzonych dają nam obraz tego, co działo się wówczas za murami więzienia. Ukazują obowiązujący reżim więzienny, porządek dnia, warunki egzystencji w celach. Byli więźniowie opowiadają o postępowaniu esesmańskiej załogi. Niektórzy przypominają formy samopomocy więźniów i prowadzonej za więziennymi murami działalności konspiracyjnej. Nierzadko w opisie pojawiają się imiona i nazwiska osób, głównie współtowarzyszy niedoli, z którymi zetknął się autor wspomnień. Z powyższych względów relacje świadków tamtych wydarzeń są ważnym źródłem w badaniach historycznych nad losem przetrzymywanych na Pawiaku ludzi oraz funkcjonowaniem kompleksu pod komendą gestapo.

Przykładem mogą być wspomnienia jednego z byłych więźniów Gefängnis der Sicherheitspolizei Dzielnastrasse 24 – Jerzego Hagmajera. Relacja poświęcona uwięzieniu na Pawiaku stanowi część większej całości, nigdy wcześniej niepublikowanej. Została spisana w latach 90. ubiegłego wieku, a po śmierci autora znajdowała się w archiwum rodzinnym. Tekst do publikacji udostępnił syn Jerzego Hagmajera, Andrzej. Ukazanie się wspomnień Hagmajera jest kolejnym projektem, w ramach działalności naukowo-edukacyjnej Muzeum Więzienia Pawiak, który dotyczy tematu pawiackiego personelu medycznego w latach 1939-1944”.

A oto fragment wspomnień Jerzego Hagmajera:

"13 października 1941 r. dzień był słoneczny. Wykończyłem preparaty histopatologiczne i chwilę się zastanawiałem co zrobić z pistoletem, który mi dostarczono do miejsca pracy. Schowałem go do szuflady w małym stoliczku. Następnie wyszedłem wcześniej, gdyż pogoda była wspaniała.

Zaszedłem do drukarni i wziąłem egzemplarz „Nowej Polski” pachnący świeżością druku. Schowałem go do teczki i udałem się do domu. Jakież było moje zdumienie, gdy zastałem w przedpokoju 2 żandarmów. Wylegitymowali mnie i pozwolili pójść do stołowego, w którym siedziała Matka i przypadkowi pacjenci. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było schowanie teczki z „Nową Polską” pod tremo. Mama zakrzątnęła się, bym coś zjadł. Gosposia przygotowała kotlet z marchwią, ale nie bardzo mi się chciało jeść i odstawiłem talerz. Bardzo wspominałem tę chwilę na Pawiaku, wściekły, że nie dokończyłem dania. Tymczasem przyjechało 2 gestapowców, którzy pojechali do Zakładu Anatomii Patologicznej, aby tam mnie aresztować. Spytali który jest mój pokój. Zaprowadziłem ich do gabinetu Ojca i wskazałem na bibliotekę, która była „czysta”. Spędzili tam ponad 2 godziny, wykładając na bok to co im się wydawało podejrzane. Zabrali roczniki „Merkuriusza Polskiego” z powodu podpisów na stronie tytułowej. „Hitler, wódz który się kończy”, „Goering, wódz przyszłych Niemiec”. Poza tym 3 tomy „Polski jej dziejów i kultury”, opracowanie guzy sutka i poezje lekarskie pisane przeze mnie.

Hagmajer.jpg
Jerzy Hagmajer "Kiejstut" w okresie okupacji

Przejrzeli pobieżnie moje biureczko, w którym nic nie było. Wreszcie zmęczeni powiedzieli mi, iż mnie z sobą zabierają. Pożegnałem się z Rodzicami. Mama trzymała się dzielnie, aczkolwiek widziałem łzy w jej oczach, Ojciec zachował się spokojnie. Zeszliśmy do samochodu, który czekał przed bramą ul. Targowej. Ulokowałem się obok gestapowca i ruszyliśmy. Pilnie obserwowałem trasę, szczęśliwie nie skręciliśmy na Szucha. Gdy wjechaliśmy na teren getta, jasnym się stało, że jedziemy na Pawiak. Rzeczywiście, ul. Dzielna, krótkie oczekiwanie i otwarła się żelazna brama. Było około godziny 18-ej, ciemności zalegały Warszawę. Wszedłem do kancelarii. Milczący szczupły szatyn, więzień (później dowiedziałem się, że był to Leon Wanat) zebrał moje dane osobiste wpisując je do opasłej księgi, pięknym, kaligraficznym pismem. Po tym zażądał ode mnie zegarka i pieniędzy, zdawało mi się, że bacznie mi się przygląda.

Następnie zaprowadzono mnie, już wachtmajster z Pawiaka, do podziemi, gdzie na VII Oddziale zostałem dokładnie ostrzyżony i wygolony pod pachami i w pachwinach. Zamknęły się za mną drzwi do celi 206. W celi normalnie goszczącej 4 osoby przebywało osiem. Cisza zapadła gdy wszedłem, wreszcie padło pytanie, za co jestem aresztowany. „Za niewinność”. Było już po wydaniu „kolacji”, toteż zaraz ułożyłem się do snu, tuż obok „parachy” jako że przybyłem do celi jako ostatni. Krótkie rozważania o przyczynie aresztowania i zasnąłem kamiennym snem, wspominając niedokończony obiad.
O 6-ej rano pobudka i mój meldunek „ich melde zelle zwei hundert sechs mit neun häftlingen”, zbiórka i śniadanie, którego nie dostałem, gdyż dopiero rano podano moją obecność do kuchni. Dowiedziałem się, że jeden z häftingów [häftlingów – przyp. aut.], chłop spod Warszawy siedzi za „cołzek”. Ulokował w stodole tankietkę polską i przykrył sianem, mając nadzieję, że w przyszłości będzie mu służyła za traktor. W czasie przejścia do oborki zatrzymał mnie słynny Dudek, korytarzowy VII oddziału. Poinformował mnie, ze jestem wśród przyjaciół i że dziś lub jutro będę wezwany do lekarza.

Rzeczywiście następnego dnia przyszło wezwanie. Udałem się w towarzystwie wachtmajstra do bloku, w którym mieścił się szpital. Wachtmajster oddał mnie pod opiekę więźnia sprzątającego ambulatorium. Po dłuższym oczekiwaniu pojawił się Felek Loth. Rzuciliśmy się sobie na szyję. Okazało się, że ponad pół roku minęło od jego aresztowania i od trzech miesięcy jest na funkcji. Dowiedziałem się od niego, że został uwięziony również Jurek Zański i Jan Perkowski, ktoś nas sypnął jako agentów Intelligence Service. Felek zapowiedział, że weźmie mnie na Izbę Chorych, ale musi upłynąć 2 tygodnie kwarantanny i muszę trochę pobyć na innym oddziale. Obiecał zawiadomić rodziców, że jestem w dobrej formie. Felek przeszedł ciężkie śledztwo, nikogo nie sypnął, ale otrzymał wyrok śmierci.

Po 2 tygodniach pobytu w VII Oddziale, zostałem przeniesiony na VI Oddział, gdzie ku mojej radości spotkałem się z Jurkiem Zańskim. Na szóstce przebywałem około 2 tygodni. Pod koniec tam pobytu Jurek został zwolniony na skutek uporczywych starań ze strony Państwowego Zakładu Higieny, po krótkim przesłuchaniu na Szucha. W czasie mego pobytu w więzieniu, nawiązał kontakt z PZH i zdobył zarazki tyfusu plamistego i szczepionkę Veigla. Tak więc spotkałem się po raz pierwszy ze sprawnie działającą siatką konspiracyjną, utrzymującą łączność z miastem.

BP 1.jpg
Jerzy Hagmajer i Bolesław Piasecki (1975)

Pewnego dnia zostałem wezwany na Izbę Chorych. Warunki były tam o niebo lepsze niż w Oddziale. Przede wszystkim nie było ohydnej parachy, której smród zakłócał spokój więźniom. W Izbie Chorych przebywało ponad 40 osób, wyłącznie inteligencja. W ciągu mego pobytu był tam generał [Edward] Szpakowski, kmdr Sokołowski, płk Gilewicz, płk Stamirowski, dr Czuperski, Józef (”Jacek”) Wolski, komisarz Wykowski, przodownik Netzel, Jędrzej Cierniak i wielu, wielu innych. Codzienny obchód robił w towarzystwie lekarzy funkcyjnych dr Baczewski, lekarz urzędowy. Poza Felkiem Lothem, czołową rolę odgrywał dr Zygmunt Śliwicki, jak się okazało szef siatki konspiracyjnej. Zaprzyjaźniliśmy się bardzo.

Siatka obejmowała inż. Jerzego Porazińskiego, który pełnił funkcję kierownika laboratorium, Leszka Torchalskiego, pracującego w aptece, dr Czuperską z Serbii plus jej koleżanki: Nono Kononowicz, dr Ossowską Dering, dr Sipowicz – dentystkę, Wandę Wilczańską. Prócz tego kolumna sanitarna pod kierunkiem więźnia Tomaszewskiego, dzielnie i walnie przyczyniała się do utrzymania łączności między więźniami. Zwłaszcza dotyczyło to więźniów przebywających w izolatkach.

Bardzo odczuwałem brak Mszału Benedyktyńskiego o. Levebre. W 1938 r. byłem razem z Antkiem Gawrońskim na trzydniowych rekolekcjach w Laskach. Prowadził je, dla młodzieży akademickiej dominikanin, o. Czartoryski. Wspólne modlitwy po łacinie w oparciu o Mszał stanowiły niezapomniane przeżycia. Również nauki i dyskusje z o. Czartoryskim. Po zakończeniu rekolekcji namówiłem Ojca (mojego) by dał mi 15 zł.

W księgarni „Verbum” zakupiłem Mszał, który stał się od tej pory moim towarzyszem we wszelkich trudnościach i radościach życia. Molestowałem p. Łepkowską, pracownicę Patronatu, a matkę mojego kolegi od Zamoyskiego, by mi go dostarczyła. Po wielu tygodniach, które upłynęły od mego aresztowania, wreszcie w grudniu otrzymałem upragnioną przesyłkę. Co za radość. Wgłębiłem się w teksty liturgiczne i psalmy znajdując w nich pokrzepienie i pewność, że wszystko się dobrze zakończy. Kiedyś szpital odwiedził gestapowiec Tschechowsky. Był znany z tego, że na widok emblematów religijnych wpadał w szał. Tak było i tym razem. Na widok zawieszonego w Izbie krzyża, wspiął się po łóżku i urwał go ze ściany. Zapomniał nawet, że ukrywał się ze znajomością polskiego i straszliwie bluźniąc podeptał krzyż nogami. Cała Izba oniemiała. Staliśmy bez ruchu i nikt nie reagował. Małość ludzka. Tschechowsky, 2 tygodnie po swym wystąpieniu uległ katastrofie samochodowej, w której zginął na skutek urazu kręgosłupa. Jeszcze się męczył parę dni w szpitalu. Zmarł wściekły pies, w pełni świadomości że umiera.

Monotonia upływających dni ułożyła się w pewien schemat. Rano, po meldunku stanu chorych, następowało mycie, sprzątanie, wynoszenie śmieci. W ciągu dnia grupami, coraz bardziej zaprzyjaźnieni, dyskutowaliśmy o wszystkim. Na parę dni zjawił się politruk z Armii Czerwonej, który wiedział, że czeka go rozwałka. Krzepił nas wiadomościami z frontu, twierdził że duch wojska jest nie złamany, przewidywał kontrofensywę spod Moskwy. Twierdził, że za Uralem są miasta nie istniejące na mapach, dokąd przeniesiono wyposażenia fabryk.

Wspaniały człowiek, Jędrzej Cierniak uczył nas pieśni ludowych wśród nich „Cyraneczka nie ptak, dziewczyna nie ludzie”, oraz z uwago na zbliżające się Święta, niezliczonych znanych i nie znanych kolęd. Wspólnie z kapitanem KOP Jackiem Wolskim przystąpiliśmy do wykonania wiekopomnego dzieła „Koziołka-Matołka na Pawiaku”, gdzie rysunki obrazujące życie więźniów były ozdobione moim tekstem. Wieczorna modlitwa była prowadzona przeze mnie, zwykle odczytywałem z Mszału 2-3 psalmy. Po zgaszeniu światła wysłuchiwaliśmy barwnych opowieści gen. Szpakowskiego lub w 5-6 osób dyskutowaliśmy. Pamiętam kiedyś miałem referat o cnotach żołnierskich. Wśród nich wymieniłem umiejętność zabijania w imię Ojczyzny. Wojtek Kubicki – poeta ludowy bardzo się oburzył na mnie i część dyskutantów go poparła.

Dni mijały, skład Izby Chorych się zmieniał. Znikali ludzie powołani na przesłuchania, przychodzili nowi. Kiedyś wieczorem dostarczono więźnia Jakubowskiego. Był potwornie zbity. Plecy i pośladki były czarne. Jądra również. Na ciele ślady po oparzeniach papierosami. Zygmunt Śliwicki zlecił mi nad nim opiekę. Nie na wiele ona się zdała. Nad ranem Jakubowski zmarł.

Nadeszły święta. Rozpoczęła się Wigilia. Każdy złożył się na wieczerzę. Dr Baczyński i wszyscy funkcyjni lekarze złożyli nam życzenia, po czym otrzymali od nas „Koziołka Matołka na Pawiaku”. Odśpiewaliśmy kolędy ku wielkiemu zadowoleniu kolegów-lekarzy. Nagle z budynku Pawiaka, najpierw po cichu, potem coraz głośniej, wreszcie potężnie, zapierając dech w piersi popłynęło „Bóg się rodzi, moc truchleje”. Pawiak śpiewa…

***

Opowieści gen. [Edwarda] Szapakowskiego [ojca działacza „Falangi” Olgierda Szpakowskiego]. Pragnął służyć w marynarce. Ojciec generała wyraził zgodę, pod warunkiem, że wpierw skończy studia wyższe. Wobec tego, zapisał się na studia matematyczne, które ukończył cum laude. Wtedy wstąpił do marynarki. Po pewnym czasie młody marynarz Szpakowski, postanowił skończyć studia prawnicze. W Akademii Juridicznej wszystko zdawało się być w porządku aż do czasu kiedy stwierdzono, że jest katolikiem. Wtedy odmówiono mu przyjęcia. Kiedy wściekły i smutny szedł z powrotem, natknął się na komendanta Akademii.

Zainteresowany marynarzem zaprosił go do swego gabinetu. Tam, dowiedziawszy się o przyczynie nieprzyjęcia do Akademii zaproponował mu zmianę wyznania. Szpakowski ogromnie się oburzył, że dla kariery ma być prawosławnym. Wtedy komendant powiedział: „niech Pan wybaczy staremu człowiekowi, ale nie chciałem Pana obrazić. Niech Pan pisze podanie do cara”. Szpakowski z miejsca napisał podanie i wręczył komendantowi Akademii. Po 2 tygodniach zgłosił się do kancelarii. Stary urzędnik odszukał jego papiery, podniósł się z krzesła i drżącymi rękami pokazał mu osobisty podpis cara: „przyjąć, Nikołaj Wtaroj”. Dopełnił przepisanych formalności i rozpoczął studia.

Był jedynym marynarzem wśród studiujących i cieszył się wyjątkową sympatią. Zaprzyjaźnił się z jednym z oficerów, z którym wychodził razem po wykładach. Pewnego razu, gdy czekał na tego oficera, ten oświadczył mu, że idzie w przeciwną stronę, wyraźnie okazując mu swą niechęć. Szpakowski zbulwersowany zapytał go o co chodzi. Oficer odpowiedział: „powiem Panu, ale nie będzie to dla Pana miłe”. Szpakowski w dalszym ciągu nalegał na towarzysza, którego bardzo cenił. W końcu dowiedział się, że przyczyną niechęci było uznanie go za renegata, gdyż zmienił wyznanie, aby dostać się do Akademii. Szpakowski roześmiawszy się powiedział, że miał osobistą zgodę cara. Od tej pory stosunki koleżeńskie stały się z powrotem przyjacielskie.

Druga opowieść dotyczyła roku 1920. Szpakowski, jako kapitan I rangi (odpowiednik pułkownika w Armii Polskiej), był zatrudniony w Ministerstwie Spraw Wojskowych, jako szef gabinetu. W okresie załamania się frontu, w sierpniu 1920 r. pojechał z niesłychanie przygnębionym Piłsudskim do Witosa. Tam Piłsudski namawiał gorąco Witosa by rząd opuścił Warszawę, a on sam złożył dymisję. Premier rządu oświadczył, że Warszawy w żadnym wypadku nie opuści, zaś dymisji nie przyjmuje. Naczelny Wódz wstał i w krótkich słowach podziękował Witosowi za decyzję, po czym wyszedł. Szpakowski chwilę pozostał i przejęty, pocałował Witosa w rękę.

Na Pawiaku przebywał w charakterze internowanego, Władysław Studnicki. Ten zaprzysiężony zwolennik ugody z Niemcami pojechał do Berlina, gdzie na ręce Goeringa złożył uroczysty protest przeciwko bestialstwu Niemców dokonywanych wobec Polaków. Goering wysłuchał Studnickiego, po czym kazał go internować w Berlinie. Studnicki z humorem opowiadał, że na koszt Kancelarii Rzeszy kazał sobie zrobić nową protezę zębową, po czym został odesłany do Warszawy, również w charakterze internowanego. Mieszkał sam w celi nie zamkniętej i miał swobodę ruchu po całym Pawiaku. Często zachodził do Izby Chorych, gdzie konferował między innymi z generałem. Dowiedziawszy się o spotkaniu Piłsudski – Witos, oświadczył generałowi, że umieści ten fragment w swoich pamiętnikach. Doszło do ostrego starcia, gdyż Szpakowski zaprotestował twierdząc, że ma prawo pierwszeństwa. Obaj starsi panowie pokłócili się na zabój i rozstali bez podania ręki.

Gen. Szpakowski był aresztowany we wrześniu 1941 roku, gdy jako inspektor RGO, miał dokonać kontroli jakiegoś obiektu. Złapany w czasie przypadkowej łapanki, siedział bez przesłuchania na Pawiaku. W marcu 1942 r. został wezwany na przesłuchanie. Gestapowcy przyjęli go bardzo sympatycznie. Kazali sobie opowiedzieć o 1926 r., kiedy w czasie zamachu majowego Generał dowodził obroną MSWojsk. W czasie przesłuchania grało radio, akurat Sonatę Księżycową Beethovena. Widząc zainteresowanie Generała muzyka, któryś z gestapowców przekręcił guzik, by lepiej było słychać. Dnia 10 marca, gen. Szpakowski został rozstrzelany.

***

Mijały dnie, podobne do siebie. W dalszym ciągu nie było mowy o przesłuchaniu mnie. Dodatkowym urozmaiceniem mego pobytu były wieczorne spotkania z Felkiem Lothem, Zygmuntem Śliwickim, Jerzym Porazińskim i Leszkiem Torchalskim. Odbywały się na parterze budynku szpitalnego i często zakrapiane. W początkach stycznia nagle zdjęto z funkcji inż. Porazińskiego i następnego dnia wysłano do Oświęcimia, gdzie wkrótce go rozstrzelano.

Myśl Polska, nr 21-22 (24-31.05.2020)

Dzial: