Dla kogo Dzień Zwycięstwa sprzed siedemdziesięciu pięciu laty był ostateczną klęską?

berlin 3.jpg
Zaabsorbowani bez reszty codziennością, w której niepodzielnie panują dwie królowe: Pani KWARANTANNA i Pani Kampania Wyborcza, nie dostrzegaliśmy jednej z dwóch najważniejszych okrągłych rocznic tego roku, czyli siedemdziesięciopięciolecia bezwarunkowej kapitulacji Niemiec w dniu 8 albo 9 maja 1945 r. Różnica dat wynika stąd, że według czasu środkowoeuropejskiego podpisanie kapitulacji nastąpiło jeszcze 8 maja, a według czasu moskiewskiego już następnego dnia.

W naszym kraju – nawet gdyby nie było epidemii – rocznica ta przeszłaby bez echa, bo obowiązywała poprawność historyczna (skazuje na niepamięć wszystkie daty związane z tamtym zwycięstwem, które jest przedstawiane na siłę jako klęska. Nie będzie również hucznych obchodów tej rocznicy we wszystkich stolicach byłej koalicji antyhitlerowskiej, bo wielkie i małe kraje pokonał koronawirus, który jest ojcem pierwszej królowej na literę K. Możemy więc bez zbędnej pompy mówić o tej dacie patrząc na nią z naszej perspektywy zachowując w tle obecny obraz stosunków polsko-rosyjskich.

Być może ktoś chce unieważnić tę datę zastępując ją nowotworzoną mitologią „podziemia antykomunistycznego”, a zwłaszcza ucieczki z okupowanej jeszcze w 1945 r. Polski tzw. Brygady Świętokrzyskiej Narodzonych Sił Zbrojnych, bo przecież historię piszą również politycy, którzy zawsze znajdą usłużnych historyków. Piszę to bez ironii i goryczy, bo mieliśmy w naszej przeszłości różne, nie zawsze chwalebne epizody. Pod koniec tamtej wojny Niemcy chcieli nawet powtórzyć eksperyment z lat 1916-1918 tworząc Polnische Wermacht, który miał stanąć u boku "Tysiącletniej Rzeszy” walcząc z Armią Radziecką. Szczęśliwie nic z tego nie wyszło, ale być może twórcy współczesnej polityki historycznej powinni odgrzebać w berlińskich archiwach nazwiska tych nielicznych „bohaterów” (było ich kilkuset), którzy chcieli przeciwstawić się „komunistycznemu zniewoleniu” walcząc z bronią w ręku w obronie „niemieckiego dzieła odbudowy Europy” lat 1939-1945. Może „dekomunizując przestrzeń publiczną” należy poświęcić im tablicę pamiątkową?

Nie posunę się dalej, bo gorzka ironia powinna mieć swoje granice. Czy obok Niemiec i ochotników do Polnische Wermacht możemy wymienić innych przegranych, którzy w ten czy inny sposób zaliczają się do naszej nie podlegającej zapomnieniu przeszłości? Ich lista nie jest długa, obejmując ludzi oraz środowiska mające jakieś znaczenie w tamtym czasie. Pierwszym przegranym byli postpiłsudczycy tworzący tzw. obóz sanacyjny. Od katastrofy wrześniowej z 1939 roku kończącej historię Drugiej Rzeczypospolitej, minęło wówczas ponad pięć lat, czyli z ówczesnej perspektywy było to dosłownie wczoraj. Co ważniejsze liderzy tego obozu, którzy wciąż mieli ambicje polityczne działając zarówno na terenie okupowanej Polski jak i londyńskiej emigracji, bardzo chcieli powrotu do władzy.

Zwycięstwo dopełnione w dniu 8 (9) maja 1945 r. przekreśliło ich szanse na zawsze. W ich głowach jeszcze w 1944 r. roiła się koncepcja powtórki roku 1918, a zwłaszcza wybuchu nowej rewolucji w Niemczech, która miała wyłonić nowych polityków niemieckich, a „nowe Niemcy” miały tylko powstrzymać radziecką ofensywę, ale również stworzyć polityczny parasol dla reaktywacji jakiegoś pseudopolskiego rządu, w którym byłoby miejsce dla postpiłsudczyków. Wbrew obecnej propagandzie historycznej byli sanatorzy nie byli jakkolwiek partnerami dla państw anglosaskich, podobnie jak ich nie żyjący już ich lider w latach 1916-1920.

Polscy politycy emigracyjni, dzierżący ster londyńskich rządów, byli od zawsze i na zawsze przeciwnikami sanacji, a premier ostatniego, uznawanego międzynarodowo rządu w Londynie, był działaczem ludowym wywodzącym się z sanacyjnej Wielkopolski. Dobrze pamiętał zorganizowany w 1938 r. antyrządowy strajk chłopski rozstrzelany w sensie dosłownym przez policję również przy pomocy ciężkich karabinów maszynowych. Dziś obowiązujące bajeczki na temat Drugiej Rzeczypospolitej wykreśliły te ofiary z naszej historii.

W 1945 roku byli sanatorzy nie po raz pierwszy okazali się równie kiepskimi politykami, tak jak wcześniej udowodnili brak wojskowych kwalifikacji, mimo że tak lubili przebierać się w mundury wojskowe. Dla nich zakończone w Berlinie wspólne zwycięstwo Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego nad Niemcami było najczarniejszym z możliwych scenariuszy. A my do dziś powtarzamy ich polityczne diagnozy (np. teorię dwóch wrogów), które – podobnie jak w przeszłości – mogą ściągnąć na nasz naród nic więcej oprócz upokorzeń i katastrof.

Witold Modzelewski
Profesor Uniwersytetu Warszawskiego
Instytut Studiów Podatkowych

21.05.2020