Limonow w Ałtaju

limonov_0.jpg
Eduard Limonow zmarł 17 marca. Pozostawił po sobie ogromną spuściznę literacką; jeszcze w tym roku ma ukazać się kolejna jego książka, której wydania nie doczekał. Pod koniec roku 2019 na świat wyszła ostatnia, którą mógł jeszcze osobiście promować.

„Przyjdzie czuły Wódz” opublikowana została nakładem moskiewskiego wydawnictwa Piatyj Rim i opowiada, jak niemal wszystkie dzieła autora, o jego własnych przeżyciach i doświadczeniach. Tym razem Limonow postanowił napisać o tych miesiącach swojego życia, które doprowadziły do jego aresztowania w 2001 roku, wyroku i dwuletniej odsiadki w rosyjskich więzieniach.

Fenomen Limonowa polega m.in. na tym, że całe swoje życie zdołał przekształcić w kanwę literatury. Opisuje coś, co nie jest fikcją literacką, lecz wydarzenia, które sam przeżył, momenty, które sam wykreował. Nie myli się wcale, gdy stwierdza: „Boże, jak bogate jest moje życie! Zajrzysz do jakiegoś jego kąta, a tam tyle tego wszystkiego! A jeśli by jeszcze pogrzebać w podszewce!” (s. 70). Pisarz opisywał wszystkie właściwie epizody tego bogatego życiorysu, przy czym robił to często niemal na bieżąco. Pisał o swoim dzieciństwie i młodości w Charkowie, o emigracji w Stanach Zjednoczonych, o swoich kobietach, o więzieniu, o działalności politycznej, o przyjaciołach i ludziach spotkanych w różnych miejscach.

Czasem pozostawiał znaki zapytania, do swoich opowieści dodając szczyptę fikcji, choć czytelnik nigdy nie był do końca pewien, czy dany fragment faktycznie został zmyślony. Przez wiele lat dyskutowano, czy sceny aktów homoseksualnych w jego znanej także na polskim rynku powieści „To ja, Ediczka” to również jego wspomnienia, czy już element fikcji literackiej (sam autor nie dawał jednoznacznej odpowiedzi, choć wielu jego znajomych twierdziło, że był to raczej zabieg promocyjny dla spragnionych obscenicznych sensacji czytelników zachodnich). „Przyjdzie czuły Wódz” to w przeważającej mierze nie fikcja, a relacja, poza samym zakończeniem powieści. Całe pisarstwo Limonowa nie jest jednak utrzymane w konwencji autobiografii, lecz właśnie powieści; bohaterem jego ostatniej książki jest nie lider Partii Narodowo-Bolszewickiej (PNB) Eduard Limonow, lecz nieokreślony z nazwiska wódz nacjonalistycznej organizacji, choć wszyscy czytelnicy doskonale wiedzą o kogo chodzi.

W 2014 roku Limonow ze swoją partią, której działalność w Rosji zakazana została w 2007 roku, dokonał strategicznej wolty. Przez kilka lat u boku liberalnej opozycji uczestniczył w najradykalniejszych protestach przeciwko rządzącym w Rosji elitom, nie szczędząc i samego Władimira Putina. Po referendum na Krymie w marcu 2014 roku uznał jednak, że Kreml realizuje w istocie jeden z jego najważniejszych przez lata postulatów: staje w obronie ludności rosyjskiej na terenie byłych radzieckich republik. Jego ludzie przez lata przeprowadzali akcje na rzecz mniejszości rosyjskiej w różnych zakątkach byłego ZSRR. Byli w czasie wojny 1992 roku w Naddniestrzu, organizowali operacje przeciwko ukraińskim nacjonalistom, działali na rzecz praw ludności rosyjskojęzycznej w krajach bałtyckich. Próbowali też zrealizować osobliwy plan w Kazachstanie, o czym traktuje właśnie omawiana powieść.

Niewiele mówi się o sytuacji tamtejszej mniejszości rosyjskiej, być może w związku z dość bliskimi relacjami na linii Moskwa – Nursułtan. Kazachstan to przecież jeden z najważniejszych uczestników realizowanej przez władze rosyjskie z różnym powodzeniem integracji eurazjatyckiej. Właściwie korzenie tej integracji, jej zainicjowanie to również dzieło pierwszego kazachstańskiego prezydenta Nursułtana Nazarbajewa. Jego wsparciem cieszyli się przecież także eurazjaci byłego partyjnego towarzysza Limonowa Aleksandra Dugina.

Nie zmienia to jednak faktu, że w Kazachstanie nadal istnieje jedna z największych diaspor rosyjskich na przestrzeni poradzieckiej. W czasach ZSRR stanowili oni 40% ludności republiki, według ostatniego spisu powszechnego niemal 20%, co daje jednak robiącą wrażenie liczbę ponad 3,5 mln obywateli. W pierwszych latach XXI wieku, w których toczy się akcja powieści, Rosjanie stanowili jeszcze niemal 30% ludności Kazachstanu, zamieszkując przy tym zwarcie określone regiony kraju (w obwodzie północno-kazachstańskim było ich 50%, we wschodnio-kazachstańskim – 45%, w karagandyjskim – 44%, w kustanajskim – 42%, duże skupiska zamieszkiwały też największe miasta – Ałma-Aty i stołeczną Astanę, dziś zwaną Nursułtan). Ocena ich sytuacji wymagałaby odrębnej analizy, jednak Limonow stwierdził, że na północnych i wschodnich obszarach republiki istnieje potencjał separatystyczny i przystąpił do realizacji dość surrealistycznie brzmiącego planu wywołania na tych terenach wojny partyzanckiej, która przyciągnąć miała do rewolucyjnych szeregów PNB miejscowych Rosjan.

„Przyjdzie czuły Wódz” opowiada o okresie od lata 2000 roku do wiosny 2001 roku.

To właśnie wtedy Limonow wraz z grupą kilku aktywistów zorganizował w odludnych górskich zakątkach Ałtaju bazę, która miała zainicjować całe przedsięwzięcie w pobliskim Kazachstanie. Wydarzenia rozgrywają się w Kraju Ałtajskim i jego stolicy Barnaule, skąd pochodzi miejscowy narodowo-bolszewicki aktywista Andriej Kolesniczenko ps. „Kolieso” oraz w trudno dostępnych rejonach Republiki Ałtaj. To właśnie wspomnianego Andrieja pisarz czyni narratorem powieści, czasami tylko przeplatając jego opowieść fragmentami dziennika Wodza, czyli samego lidera PNB. Podstawową częścią planu jest powstanie w przygranicznych górach bazy nacboli (tak nazywano działaczy partii), zakup i zgromadzenie broni i przerzucenie ich przez niespecjalnie strzeżoną, bezludną granicę.

Wódz znajduje sponsora w Krasnojarsku, który pomóc ma finansowo w całej awanturze. Zbiera chętnych do udziału w swoim planie i część z nich ściąga do ukrytej wśród gór pasterskiej szopy, oddalonej od najbliższej wsi Bannoje o 10 kilometrów. Broń wprawdzie do nich, wskutek różnych perypetii, nie dociera, jednak ćwiczą już piesze kilkudniowe wędrówki do Kazachstanu, docierając nawet do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Ust-Kamienogorska. Nie dowiadujemy się z kart powieści niczego na temat politycznych i militarnych szczegółów kazachstańskiej wyprawy. Nie wiemy, jak Limonow widział realizację planu wzniecenia separatystycznych działań partyzanckich. Wódz z kart jego powieści wydaje się sam nie mieć w tym zakresie pomysłu. Istotne jest zatem przede wszystkim co innego: rewolucyjna wola i entuzjazm przeważnie młodych ludzi gotowych do życia w surowych warunkach.

Kim są osławieni nacbole?

Wybuchową mieszanką sierot po radzieckim imperium, intelektualistów i ofiar jelcynowskiej transformacji. Ludźmi, którzy w latach 90-tych znaleźli się na marginesie, podobnie zresztą, jak zdecydowana większość Rosjan. Jest „Major”, który służył w radzieckich wojskach pogranicznych, „Dersu Uzala” z Barnaułu, podstarzały niebieski ptak i włóczęga znający tajniki gór Ałtaju i służący całej grupie za przewodnika. Przede wszystkim są jednak młodzi ludzie, często wywodzący się z młodzieżowych subkultur, szukający sposobu wyrażenia protestu wobec otaczającej ich rzeczywistości.

„Trzeba powiedzieć, że nasz ruch stworzony został przez pokolenie punków. To nieformalne pokolenie, które nikomu poza nami nie było potrzebne, zjednoczyło biedną rosyjską młodzież. Biedną, prowincjonalną, pół-przestępczą, skrajnie hałaśliwą. To, że u boku Wodza stanął idol punków Jegor Lietow gwarantowało nam ciągły dopływ młodzieży. Wydawało nam się wtedy, że nieskończony” (s. 18-19) – czytamy w powieści.

okl limonow.jpg

Rzeczywiście, pochodzący z syberyjskiego Omska Lietow był jedną z najbardziej emblematycznych postaci kontrkultury późnego Związku Radzieckiego i pierwszych lat Federacji Rosyjskiej, stojąc m.in. na czele legendarnego zespołu Grażdanskaja Oborona. Realia epoki jelcynowskiej ukształtowały subkulturę dość wyjątkową, niespotykaną w zasadzie na innych szerokościach geograficznych. Jej bunt stanowił amalgamat różnych wątków ideowych, często teoretycznie sprzecznych; ani lewicową, ani prawicową w zachodnim rozumieniu tych terminów. Do jego wyrażenia idealnie nadawała się formuła międzywojennego narodowego bolszewizmu zaktualizowana przez Eduarda Limonowa, powieściowego Wodza.

O dylematach młodzieży lat 90-tych w Rosji ze znakomitym wyczuciem pisze właśnie w powieści Limonow, tym razem we fragmencie przytaczanym jako zapiski Wodza:

„Co się dzieje z młodzieżą? Zamknęli jej wstęp do polityki, a nawet do świata przestępczego. Kształcić się na nauczyciela, lekarza, inżyniera nie ma sensu, bo czeka cię nędza ‘budżetówki’. W nauce miejsc jest bardzo niewiele i trafią do niej nieliczni. Przed pokoleniem stoi otworem droga do milicji, bo tam państwo płaci. Inna droga to ta, do której zmuszają na siłę młodych ludzi z prowincji (z Ałtaju też) – armia i bezcelowa wojna w Czeczenii. Przypatrzmy się dokładniej tym ślepym uliczkom. W końcówce lat 80-tych i na początku 90-tych można było zostać drobnym handlarzem, otworzyć stragan i sprzedawać piwo, a nawet założyć własną firmę. Po 1992 roku państwo zacisnęło swoją pętlę na szyi drobnego biznesu i ograniczyło możliwości małego handlu. Biznesem od tamtej pory mogą zajmować się, za zgodą państwa, wyłącznie rekiny. Oni nie są spośród młodzieży. To ‘starzy Rosjanie’ – dawna KPZR, urzędnicy. Bandytów ukrócili, a ich funkcję ‘ochrony’ przejęła milicja. Odradza się dawne państwo autorytarne, które nie jest w stanie podnieść gospodarki (do tego potrzebny byłby entuzjazm mas lub niewolnicza praca), ale potrafi roztoczyć kontrolę nad społeczeństwem. Mamy państwo nic już niewytwarzające, z nienormalnie zaciskającymi się kleszczami, państwo-pasożyta. Większość społeczeństwa zatrudniła się w służbach mundurowych i urzędach, pozostali przeszli na emerytury, a pracuje tylko garstka. I właśnie tych ostatnich doją kilka razy dziennie. Parafrazując Sałtykowa-Szczedrina, u nas jeden chłop karmi dwóch generałów, budżetówkę, prokuratora, kompanię milicji i batalion wykidajłów z OMON. Warto zauważyć, że młodzieży w polityce nie chcieli od samego początku.

Co najwyżej brali chłopaków Barkaszowa jako ochronę Soboru Prawosławnego (i przecież to nie władza, lecz opozycja!). Rządząca partia władzy nie chciała widzieć młodych poza milicją i szeregowymi w armii. Samodzielnej roli dla pokolenia lat 70-tych i 80-tych żaden polityk w Rosji nie przewidział. Wszyscy mówili o technokratach, o tym, jak ich wykorzystać w ‘kwartecie’ (rządzie), żeby państwo zaczęło działać. Żaden z przywódców FR, żaden człowiek mediów czy przedstawiciel inteligencji nie zrozumiał i nie rozumie nadal, że problemem Rosji jest właśnie to, że ‘menedżerowie’ się zestarzeli, a wykonawcy przeszli na emeryturę, że trzeba wprowadzić na scenę (w skali całego kraju, od dołu do góry, od Kaliningradu po Władywostok) nowe pokolenia, ludzi urodzonych w latach 70-tych i 80-tych. To oni będą pracować pod hasłem ‘kto był nikim, ten będzie wszystkim’ za czapkę komisarza i generalskie pagony (nawiasem mówiąc, zlikwidujemy stopnie generalskie). Obietnice przyszłości, którymi mamiono w czasach pierestrojki i przewrotu sierpniowego 1991 roku, nie zostały spełnione. Młodzi bandyci, młodzi biznesmeni i młodzi politycy przetrwali tylko do 1993-1994 roku. Później wrócili znów ośmieleni panowie – towarzysze, ‘starzy Rosjanie’, w istocie radziecka nomenklatura” (s. 71-73).

W tych warunkach rodzi się właśnie polityczna kontrkultura protestu, której kształt nadaje Limonow, a której uczestnicy mają stać się bohaterami kazachstańskiej operacji.

Co proponuje PNB ówczesnym Rosjanom, tym kilku tysiącom aktywistów gotowych przygotowywać rewolucję pod kierownictwem Wodza? Eklektyczny program i radykalne hasła. W „Przyjdzie czuły Wódz” Limonow ich nie precyzuje, bo nie precyzował ich też w swoim życiu politycznym, nadając swej działalności formę artystycznego buntu. Jedyny fragment książki mówiący o jakichś założeniach programowych to fragment dziennika Wodza zatytułowany „Kontury przyszłości”. W rozmowach ze spotykanymi mieszkańcami Ałtaju Wódz i jego świta nie przeczą, że są nacjonalistami. Poza tą ogólnikową deklaracją raczej szerzej nie dyskutują o swoich poglądach, dlatego ich jedynym w powieści źródłem jest owa notatka w dzienniku samego Wodza.

W jego wizji przyszłej Rosji alkoholicy mieliby znaleźć się na robotach przymusowych (choć nie planuje się wprowadzenia prohibicji), kobiety mają obowiązek urodzenia co najmniej trójki dzieci przed ukończeniem 30 roku życia, miękkie narkotyki (marihuana) mają być zalegalizowane, a posiadanie twardych surowo karane; „imperialne dzieci” niekoniecznie będą musiały wychowywać się w tradycyjnej rodzinie – mogą trafić do specjalnych domów dziecka; chłopcy w wieku lat 14 i dziewczynki w wieku 15 objęte będą roczną obowiązkową służbą wojskową; dzieci od lat 7 uczyć będą się nauki wojskowości, geografii, historii i pisania wierszy; wzniesione zostaną gigantyczne kamienno-stalowe pomniki Chaosu Wszechświata oraz świątynie Nasienia Ludzkiego; surowo zakazane będzie przerywanie ciąży, a niechciane dzieci przechodzić będą na wychowanie państwa; w polityce mieszkaniowej powstanie system akademików i wynajmu mieszkań; kraj dokonywać będzie ciągłej ekspansji („Stolica? Nie będziemy mieli żadnej stolicy. Wykorzystamy cudze. Za każdym razem będzie nią sztab głównodowodzącego” (s. 74-75).

Oryginalność tak sformułowanych postulatów przypomina nieco futurystów we Włoszech lat 20-tych; raczej nie jest przecież to program typowego ruchu politycznego.

Ruch opisywany na kartach powieści przez Limonowa (czyli w istocie jego PNB) opiera się w dużej mierze na charyzmie i nimbie podziwu, jakim otaczany jest przez zwolenników jego Wódz. Postać Wodza naszkicowana jest zresztą dość dwuznacznie; w wielu sytuacjach okazuje się, że wcale nie sprawuje on władzy dyktatorskiej, a raczej po prostu jest jednym z partyjnych towarzyszy, przy czym tym mającym najwięcej do powiedzenia i rozmyślającym nad nieodgadnionymi przez otoczenie planami. Wódz nie otacza się, mimo niewątpliwego autorytetu, żadnym przepychem (choć chodzi z obstawą, ale to raczej z obawy przed służbami niż z chęci dystansowania się), je, śpi i trudzi się tak samo, jak szeregowi partyjni. Ma też swoje słabości, choć właściwie Limonow ich w charakterze słabości nie opisuje.

Sporo czasu spędza nad analizowaniem kobiecości we współczesnej Rosji:

„Rosyjskie dziewczyny urodzone w końcu lat 70-tych i początku lat 80-tych szybko nauczyły się owijać dusze wokół palca według najwyższych światowych standardów miłości. Czarne figi i pończochy, nabrzmiałe sutki, ładne twarzyczki, ten zlepek uniwersalnej kobiecości, tęsknoty i kapryśności. Te puste czarujące oczy, których wyraz poeta Blok określił jako ‘bezmyślny zachwyt żywej miłości’” (s. 77).

Nie potrafi Wódz przewidywać najprostszych nawet ruchów depczących po piętach partyjnym ochotnikom na partyzantów funkcjonariuszy FSB, nie podnosi alarmu, gdy w jeszcze w 2000 roku dochodzi do zatrzymań kilku osób, przeszukania moskiewskiej siedziby partii, a nawet wkrótce niewyjaśnionych zabójstw dwóch działaczy i jednego sympatyka, o które jednoznacznie podejrzewa służby. Nie zatrzymuje się jednak, nie rezygnuje z mglistego rewolucyjnego projektu.

Łotewski oddział partii dokonuje wówczas brawurowej akcji zajęcia i okupacji wieży katedry św. Piotra w Rydze, domagając się przestrzegania praw mniejszości rosyjskiej, ale też stając w obronie prześladowanych przez władze niepodległej republiki byłych oficerów radzieckich służb. Przygotowywana w ałtajskich górach akcja też nie dotyczy w żaden sposób Rosji, lecz sąsiedniego Kazachstanu. Wydaje się zatem, że Wódz i jego ludzie liczyć mogą na jakąś pobłażliwość ze strony rosyjskich służb, może nawet nieoficjalne ich wsparcie. Tak jednak nie jest. Wódz albo nie zdaje sobie z tego sprawy, albo świadomie kroczy ku przepaści, tym bardziej, że już wcześniej miał nie tylko spostrzeżenia, ale też niejasne i niepokojące przeczucia.

Ale właśnie na takim trzymaniu się do końca obranej drogi ma polegać, zdaniem pisarza, wyjątkowość Wodza: „przewidział, że to już koniec tej pieśni. Mimo to, przyszedł, przyjechał, dopełzł do swoich, by dzielić z nimi los. I dlatego Wódz jest wielki, a wy nawet do jego poziomu nie możecie się zbliżyć. Nie uciekał, choć mógł; obiecał, że to nich przyjedzie i proszę – pojawił się. To był triumf Woli, triumf Wodza” (s. 133). „Kolieso” przyznaje, podobnie jak wszyscy jego partyjni koledzy, że Wódz jest wyjątkowy. W świecie realnym takim był właśnie dla swoich zwolenników Limonow.

W szeregach PNB wychowało się całe pokolenie rosyjskich polityków, jak wspomniał po śmierci pisarza publicysta i polityk Maksim Szewczenko, ludzi z tej kuźni rewolucyjnego aktywizmu znaleźć można dziś jako ekspertów, działaczy, urzędników, dziennikarzy, i to po wszystkich stronach współczesnej politycznej barykady – od liberalnej opozycji poprzez elity władzy aż po środowiska komunistyczne. Limonow, przedstawiony w swojej własnej książce jako Wódz, odcisnął na Rosji niezatarte piętno.

Warto jeszcze dodać, że akcja powieści opartej na wydarzeniach z życia pisarza toczy się w niesamowitej scenerii ałtajskiej przyrody. Jej opisy są w książce dość ascetyczne, mniej kwieciste od tych znanych powszechnie z literatury rosyjskiej. Występuje w nich jednak wyraźna fascynacja autora pewnymi elementami panteizmu, ubóstwienia natury, a nawet przekonania, że daje nam ona czasem pewne znaki (w halucynacjach Wodza pojawiają się dźwięki szamańskiej ceremonii). W tym kontekście autor, ustami Wodza, dzieli się z czytelnikami ogólną refleksją na temat religii: „Religia była człowiekowi potrzebna w czasach, gdy znajdował się on sam na sam z przyrodą (naturą). Jej niezbędność zniknęła, jak tylko pojawiła się cywilizacja (czyli nagromadzenie przez ludzkość wiedzy o świecie, nawet jeśli miała ona formę błędnych przekonań). Ludzie zaczęli bardziej niż w Pana Boga wierzyć w stalowe szyny, elektryczność, telewizor, Marilyn Monroe. (…) Znamienne jest, że bardziej religijne są ludy żyjące bliżej przyrody, albo staruszkowie nie ogarniający uroków cywilizacji” (s. 91).

Książkowy Wódz przegrywa. Rzeczywisty Limonow po zatrzymaniu 7 kwietnia 2001 roku przez oddział antyterrorystyczny FSB oskarżony został o terroryzm, lecz ostatecznie skazany wyłącznie za posiadanie i gromadzenie broni na cztery lata więzienia.

Spędził w nich dwa lata, podczas których napisał kilka książek i zebrał tematy do kolejnych. Wódz w jego książce skończył znacznie gorzej. Rosyjska FSB przekazuje go w ręce służb kazachstańskich. Nikt go więcej nie widzi, ani o nim nie słyszy. Partyjni aktywiści domyślają się, że zginął gdzieś w Kazachstanie. To zakończenie książki jest swoistym oskarżeniem, które Limonow przez lata wypowiadał pod adresem rosyjskich władz, zarzutem bardzo poważnym, bo dotyczącym ich rzekomego działania nie w interesie Rosjan, lecz obcych państw. Zarzut ten zniknął z politycznej retoryki pisarza po 2014 roku. Nie znaczy to wcale, że lider PNB pozostawał wobec kół sprawujących władzę bezkrytyczny. Jego opozycyjność nabrała jednak innych barw, całkowicie odmiennych od oblicza liberalnej opozycji antyputinowskiej.

Eduard Limonow opisywaną w „Przyjdzie czuły Wódz” historią przywraca pamięć o ruchu politycznej awangardy, niepowtarzalnym i fascynującym nie tylko dla Rosjan. Sama postać pisarza powodowała spore zamieszanie w kręgach zachodnioeuropejskiej i amerykańskiej krytyki literackiej, co spowodowało chyba i to, że jego ostatnie książki nie są już na liberalnych salonach wcale zauważane, a z rzadka tylko tłumaczone i wydawane poza strefą rosyjskojęzyczną. Z jednej strony był przecież dla nich radzieckim dysydentem i utalentowanym prozaikiem i poetą, a z drugiej głosił przez lata poglądy otwarcie klasyfikowane jako przeciwstawne wobec wielbionego przez nich mitu społeczeństwa otwartego.

Ten problem z Limonowem obecny jest na kartach jego powieściowej biografii autorstwa Francuza Emmanuela Carrerre’a ("Limonow", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012), w której autor regularnie rytualnie potępia głoszone przez Rosjanina poglądy. Ta sama kwestia stanie przed polskim reżyserem Pawłem Pawlikowskim, który tworzy film na podstawie książki Carrere’a. Rzecz w tym, że granicy pomiędzy sztuką a polityką w przypadku Ediczki nie da się wyznaczyć, tak jak nie sposób nakreślić linii granicznej pomiędzy nim a powieściowym Wodzem.

Nie da się go też przyporządkować do jakiegoś konkretnego obozu politycznego; niektórzy będą przywoływali przy jego nazwisku Władimira Majakowskiego czy Wielimira Chlebnikowa (futurystów rosyjskich bliskich komunizmowi), inni Gabriele d’Annunzio czy Filippo Marinettiego (futurystów włoskich bliskich faszyzmowi). Pewne jest tylko to, że rosyjska literatura i polityka wraz z jego śmiercią poniosły ogromną stratę, co w Rosji zdaje się rozumieć zdecydowana większość, niezależnie od poglądów. Lektura „Przyjdzie czuły Wódz” tylko utwierdza w tym przekonaniu.

Mateusz Piskorski
Eduard Limonov, Budiet` łaskawyj Wożd`, Wyd. Piatyj Rim, Moskowa 2010, ss 156
Myśl Polska, nr 17-18 (26.04-3,05.2020)

Dzial: