Trzeba porzucić kult „wyklętych”

smiech 1_0.jpg
Łódzki ruch narodowy przechodził od końca lat 80-tych XX wieku różne koleje losu. W dużej mierze dzielił upadki i wzloty ruchu narodowego w całym kraju, jednak z silnym rysem prowincjonalnym. Nic na miarę Polski jako całości tu się nie wydarzyło – próby Kolegów z Tomaszowa Mazowieckiego, czy niżej podpisanego w ramach grupy działającej w czasach Ligi Polskich Rodzin, zakończyły się ostatecznie niepowodzeniem.

Region nie wykreował nikogo na miarę prezesa Kazimierza Kowalskiego (któremu przed wojną także dawano odczuć w Warszawie, że pochodzi z prowincji i ostatecznie, jak wiemy, tuż przed wybuchem wojny wyeliminowano go wraz z grupą współpracowników z realnego wpływu na Stronnictwo Narodowe). Był odbiorcą dyrektyw przychodzących z Warszawy, w miarę upływu czasu, od coraz większej ilości stronnictw narodowych i ich prezesów. Po podziale LPR w 2005 i upadku znaczenia politycznego tej partii po 2007 r., nastała era mniej lub bardziej lokalnych stronnictw narodowych im. Romana Dmowskiego ewentualnie Dmowskiego Romana, gdzieś działała, lepiej lub gorzej MW, próbował Ruch Narodowy, zawsze obecni byli też radykalni nacjonaliści.

Na tym tle rozpoczęta kilka dobrych lat temu działalność kol. Kamila Klimczaka, który też ma za sobą epizod w MW, stworzenie Klubu im. Romana Dmowskiego, jako organizacji kształtującej pod względem ideowym i historycznym, czy medium internetowego w postaci strony i wydawanego w pdf magazynu „Chrobry Szlak” oraz zaangażowanie w internetową telewizję prowadzoną przez kol. Piotra Korczarowskiego „eMisja TV”, wygląda naprawdę imponująco i daje (dawała?) nadzieję na coś więcej niż tylko kolejną efemerydę.

Jednak dziś w związku z tegorocznymi obchodami „Dnia wyklętych”, zmuszony jestem z młodszym Kolegą publicznie polemizować. Robię to nie tylko jako ten, który należał do pierwszej fali MW w Łodzi (1989/90) i jako szary członek podzielił los jej pierwszego zarządu wyciętego przez znanego wszystkim ówczesnego szefa MW, ale jako długoletni działacz i publicysta narodowy, który z kol. Kamilem przegadał wiele godzin na temat tego, czym jest, czym powinien być ruch narodowy, jakie jest jego miejsce na mapie politycznej Polski i jakie powinny być jego oceny historyczne i propozycje na teraz, i na przyszłość. Wskazywałem przede wszystkim na fakt, że ruch narodowy nie skończył się w 1945 r., czy kilka lat później, lecz istniał i rozwijał swoją myśl przede wszystkim na emigracji, ale również w Polsce.

Oczywiście podziały w ruchu narodowym kierunku Dmowskiego (a więc chodzi w zasadzie tylko o podziały wewnątrz Stronnictwa Narodowego; rewizjonistów i tych, którzy odeszli z SN, bo nie zgadzali się z linią Dmowskiego, nie uwzględniam) istniały już i były bardzo poważne przed wojną (starzy – generalnie zwolennicy demokratycznego parlamentaryzmu, a młodzi, zwolennicy katolickiego totalizmu). W czasie wojny ujawniły się nie tylko w kraju (pozostałości grupy Kowalskiego a SN Bieleckiego; także starzy, jak Kozicki, Rymar - zwolennicy jednolitego frontu w ramach Polski Podziemnej), ale i na emigracji, gdzie starzy (Seyda, Komarnicki, Winiarski i inni) weszli do rządu Sikorskiego i Mikołajczyka, wspierali te rządy (a więc rządy opozycji antysanacyjnej), zaś SN Bieleckiego co do zasady te rządy atakował, sprzymierzając się w końcu nawet z sanacją.

Podziały te pozostały ważne w okresie powojennym, gdzie duża część starych w kraju uznała za konieczne – w zgodzie z linią twardego realizmu Dmowskiego – włączyć się w budowę nowej Polski wobec wydarzenia o znaczeniu tysiącletnim – powrotu Polski nad szerokie wybrzeże Bałtyku, na linię Odry i Nysy Łużyckiej, i likwidację gniazda Niemczyzny w Prusach, i wobec ukształtowania Polski jako kraju stricte narodowego. Nawet dominująca do pewnego czasu w SN na emigracji linia Wasiutyńskiego – linia konfrontacji z ZSRR (a co za tym idzie, też z Polską Ludową) i szukania opieki dla polskich aspiracji politycznych na emigracji w Stanach Zjednoczonych, z czasem złagodniała, ewoluując w kierunku myśli emigracyjnych „rewizjonistów” z Witoldem Olszewskim i Jędrzejem Giertychem na czele („Horyzonty”, „Opoka”). Obaj w pierwszych latach po wojnie podzielali na ogół poglądy emigracji, używali słowa „okupacja” na określenie ówczesnej sytuacji Polski, oczekiwali na III wojnę światową. A jednak wydarzenia związane ze śmiercią Stalina, wojną koreańską (która nie przekształciła się w III wojnę światową), polskim czerwcem 1956 r., tragicznym powstaniem węgierskim i polskimi przemianami październikowymi, sprawiły, że w ich myśleniu dokonał się wielki przełom i zasadnicze przesunięcie akcentów.

Ogłosili (wydawałoby się, że truizm, ale na ówczesnej emigracji truizmem to nie było), że Polska jest tylko jedna, istnieje między Odrą a Bugiem, żyje tam gros narodu polskiego, który to naród tylko w tej Polsce może żyć i rozwijać się, i który w dziedzinie rozwoju ma wcale nie tak małe osiągnięcia, a co za tym wszystkim idzie, zwalczanie tej Polski, która istnieje „tu i teraz” jest uderzeniem w poważną wartość jaką stanowi i jest przede wszystkim uderzeniem w naród. Wobec niemożności zmiany sytuacji międzynarodowej w sposób gwałtowny (III wojna światowa), należy zaakceptować pozycję geopolityczną Polski, jako wyraz nie tylko imperializmu ZSRR, ale układu pomiędzy ZSRR a mocarstwami Zachodu, a co za tym idzie porzucić mrzonki o związaniu polskiej polityki (siła rzeczy na zasadzie wasalnej, a nawet agenturalnej) z USA. System jałtański, a później system Zimnej Wojny podlega erozji i to główne mocarstwa – USA i ZSRR z biegiem czasu doprowadzą do jego upadku/rozkładu. Stanie się to jednak drogą ewolucji. Dlatego, jeżeli chodzi o walkę narodu w kraju z władzą komunistyczną, należy prowadzić ją ostrożnie, bez nierozważnych wybuchów, mogących sprowadzić sytuację rewolucyjną na Polskę i zachęcić ZSRR do rozwiązań gwałtownych.

Było to myślenie, które narodowcy spod znaku „Horyzontów” ukształtowali w II poł. lat 50-tych i w latach 60-tych XX wieku. Myślenie przenikliwe, a przede wszystkim, co do głównych stwierdzeń, słuszne i właściwe. Myślenie, którego przewidywania, prawie dwadzieścia lat po zamknięciu czasopisma, sprawdziły się w rzeczywistości lat 80-tych. Ewolucja myśli narodowej w trudnych warunkach PRL doprowadziła krajowych narodowców – oczywiście pod wpływem własnych doświadczeń, obserwacji tego jak spełnia się ich przedwojenne, wydawać by się mogło wówczas, nieziszczalne marzenie o polskości Wrocławia, Szczecina i Olsztyna, jak powszechnie edukuje się polska młodzież, jak wreszcie Polska przekształca się w kraj przemysłowy; ale również pod wpływem myśli emigracyjnych narodowców, „Horyzontów” i potem „Opoki” Jędrzeja Giertycha – do daleko idącej identyfikacji z PRL, co zaowocowało słynnym stwierdzeniem prof. Macieja Giertycha o rozpoznawaniu się narodowców po 1981 r. wg kryterium poparcia dla stanu wojennego.

Z takim bagażem ideowego dorobku wszedł ruch narodowy w nową rzeczywistość III RP. I powiedzmy sobie szczerze – nie poradził sobie ani z tym dorobkiem, który nagle w ramach nieograniczonego wyścigu na patriotyzm stał się niewygodny a może nawet wstydliwy, jak i z zaszłościami sprzed wojny – w niektórych środowiskach czas cofnął się do 1939, zwłaszcza w kwestii żydowskiej. Ale, czym mogę zaświadczyć osobiście, przynajmniej w pierwszej łódzkiej Młodzieży Wszechpolskiej, wychowywani byliśmy w ideowej ciągłości myśli narodowej, z uwzględnieniem okresu emigracyjnego. Pamiętam, że lata 1990-93, to lata niezwykłych prób wyrwania z bibliotecznych cymeliów dostępnych numerów „Opok” i „Horyzontów”, które potem kserowało się na okropnym jakościowo sprzęcie i pochłaniało łapczywie od nagłówka po spis treści. Ileż poglądów i ocen człowiek wtedy przewartościował, czasami czytając po kilka razy i weryfikując gdzie indziej uderzające jak młotem w prosty uczuciowy patriotyzm słowa Jędrzeja Giertycha.

I ten moment, kiedy niepostrzeżenie człowiek zaczął te poglądy podzielać i zaczął myśleć ich kategoriami… Tamte lata nauczyły nas także, że ruch narodowy to nie jest jakaś tam część obozu prawicowego, obozu patriotycznego czy opozycyjnego. I że w całkiem licznych aspektach, w ocenie najnowszej historii PRL, stoimy raczej po stronie władzy, a nie opozycji, czy jakiegoś bliżej nieokreślonego obozu prawicowego, którego prawicowość wyznaczała nienawiść do ZSRR/Rosji. Byliśmy nauczeni spojrzenia refleksyjnego, dokonywania rewizji ocen narzucanych przez opozycje i tzw. obóz ustanowiony na emigracji (eks-sanacja z przyległościami). To właśnie brak tego myślenia jest przyczyną dzisiejszych problemów tzw. młodych narodowców z najnowszą historią Polski.

Pamiętam, jak kilka lat po tym, jak stałem się, na skutek szeregu rozłamów i innych zawirowań, endeckim „wolnym strzelcem”, i spotkałem nową falę ludzi z MW, z końca XX wieku, te falę, która stała się podstawą siły Romana Giertycha w LPR, i przy pomocy której zawładnął on tą partią. Nie chcę być nieobiektywny – byli tam ludzie, którzy znali historię ruchu narodowego, i dla których okres 1945-89, to nie była tabula rasa – do dziś są to czynni publicyści, działacze o bardzo dużych dokonaniach, koledzy także z łam „Myśli Polskiej” (pozwolę sobie nie wymieniać ich nazwisk). Ale co do zasady, większość tamtej ilościowo bogatej fali MW nie miała pojęcia o dokonaniach myśli narodowej na emigracji, co więcej, nikt ich o tym nie zamierzał informować i edukować w kierunku realizmu politycznego i zdrowego rozsądku.

To tam odrodził się neoromantyzm młodych narodowców z lat 30-tych, to tam narodził się kult podziemia narodowego z czasów II wojny i po niej.

Neoromantyzm przyniósł – chcąc nie chcąc – taka jest jego istota – myślenie kategoriami „wszystko albo nic”, mesjanizm, a nawet prometeizm. Kult podziemia doskonale się w to wpisywał. Dano pożywkę dla uczuciowego patriotyzmu tych młodych ludzi, pożywkę, która została przyjęta przez większość bezrefleksyjnie. Przerzucono niewidzialny most pomiędzy rokiem 1945 a 1989, a nawet początkiem XXI wieku i powiedziano, że pomiędzy to czarna dziura w naszej historii, że wszystko było złe, że wszystko należy potępić, że bohaterami byli tylko ci, co walczyli z nową okupacją do końca (na ogół śmiertelnego). To tam narodził się dzisiejszy kult wyklętych. Odpowiada za to ówczesne kierownictwo MW, ale przede wszystkim, patronujący mu Roman Giertych. Później kult został zinstytucjonalizowany przez dawną solidarnościową opozycję, najpierw przez prezydenta Bronisława Komorowskiego, który formalnie odpowiada za początek tego obłędu, a później przez PiS, który po mistrzowsku rozgrywa temat, grając zmianami nazw ulic, rozbijaniem pomników, stawianiem na piedestał zdrajcy-szpiega amerykańskiego i trzymając w istocie na wodzy te wszystkie środowiska, które dzisiaj są spadkobiercami tamtej fali MW.

Kol. Kamil Klimczak kilka lat temu wydawał się być bardzo przekonany do kultu wyklętych. A jednak pod wpływem innych głosów (może pośrednio i mojego), przy współpracy biura poselskiego ówczesnego posła do PE p. Michała Marusika i Kongresu Nowej Prawicy, kol. Klimczak zorganizował 4 marca 2017 r. bardzo cenne spotkanie – dyskusję publiczną nt. kultu wyklętych (do dzisiaj wisi na You Tube) z moim oraz kol. Tomasza Kostyły udziałem. Konkluzją dyskusji było zgodne stwierdzenie uczestników, że odpowiedzią na forsowaną przez środowisko „Gazety Wyborczej” pedagogikę wstydu w spojrzeniu na historię Polski i Polaków, jest równie szkodliwa pedagogika klęski, stawiająca na piedestał, jako wzorzec patriotyzmu, postawę straceńczą, a więc powstania i właśnie beznadziejną walkę żołnierzy wyklętych.

Przyznaję, że wydawało mi się, że wydarzenie to spowoduje u kol. Klimczaka trwałą zmianę w spojrzeniu na problem wyklętych. Niestety, w bieżącym roku kol. Klimczak i jego Klub im. Romana Dmowskiego został organizatorem marszu wyklętych, podczas gdy wcześniej był tylko uczestnikiem. 13 marca 2020 r. na stronie Chrobrego Szlaku ukazał się (jako film) Komentarz Narodowy kol. Klimczaka odnoszący się do krytyki kultu wyklętych ze strony narodowej, czyli przede wszystkim ze strony „Myśli Polskiej”. (wymieniony został kol. Jan Engelgard, zaś moja osoba bez nazwiska w kontekście wydarzenia w jakim brałem udział). Wypowiedź kol. Klimczaka, zresztą spokojna i na ogół wyważona, wymaga odpowiedzi. Ograniczę się jedynie do kwestii najważniejszych.

Po pierwsze – kol. Klimczak wskazuje, że nawet Dmowski zdecydował się na manifestację na cześć wystąpienia Jana Kilińskiego w 1794 r. To prawda, choć Klimczak łączy w jedną dwie manifestacje narodowe, a mianowicie z 3 maja 1891 r. i 17 kwietnia 1894 r. To po pierwszej Dmowski był więźniem Cytadeli i został skazany na trzy lata zesłania do Mitawy, natomiast po drugiej, represje rosyjskie dotknęły m.in. Jana Ludwika Popławskiego, Władysława Jabłonowskiego, Józefa Hłaskę i Jana Załuskę. Dmowski po latach, w swej relacji o Lidze Narodowej dla prof. Zygmunta Wojciechowskiego tak mówił o przyczynach zorganizowania tej pierwszej: „Wszędzie jednak ulega ona [młodzież zrzeszona w Związku Młodzieży Polskiej „Zet” – AŚ] silnie w tym młodym początkującym obozie narodowym ideologii socjalistycznej. (…) Widząc, że panowanie ideologii socjalistycznej w obozie młodzieży narodowej w znacznej mierze pochodzi stąd, że socjaliści imponują młodzieży swym czynem rewolucyjnym, swą walką z rządami, ergo, swym bohaterstwem, Dmowski postanowił stworzyć czyn narodowy. W tym celu wystąpił z inicjatywą zorganizowania obchodu setnej rocznicy Trzeciego Maja” [Dmowski mówi o sobie w trzeciej osobie – AŚ].

Być może to pierwszy przykład znanego pragmatyzmu Dmowskiego. No i naturalnie czyn wyklętych imponuje dzisiejszym młodym narodowcom z podobnych powodów. Komentując sytuację w Lidze Narodowej w 1906 r. stwierdzał: „Trzeba wziąć pod uwagę, że sposób myślenia Popławskiego i (…) Dmowskiego wyrażony w jego „Myślach nowoczesnego Polaka”, był przyswojony należycie tylko przez część członków Ligi. Większość żyła w znacznej mierze, tradycyjnym patriotyzmem porozbiorowym (…). Różnice nie tylko poglądów, ile skłonności groziły czasami wykolejeniem polityki z jej otrzymywanej konsekwentnie linii”. A cóż dopiero powiedzieć o stosunku skłonności „Burych” i „Żubrydów”, nie mających nic wspólnego z obozem narodowym, czy ich często równie przypadkowych żołnierzy do idei wypracowanych w ciągu z górą półwiecza w obrębie myśli narodowej! Myślę, że nawet najwięksi wrogowie wyklętych nie kwestionują ich szczerego patriotyzmu, takiego, jakim go rozumieli, ale to jeszcze nie powód do kultu, tak jak patriotyzm Bora-Komorowskiego i jego współpracowników nie uzasadnia i nie usprawiedliwia szaleństwa powstania warszawskiego.

Po drugie – kol. Klimczak mówi, że narodowcy nie wypracowali własnego autonomicznego antykomunizmu i posiłkują się antykomunizmem ogólnie prawicowym. Nie zgodzę się z tym. Przed wojną antykomunizm endecji był jednoznaczny atakując kosmopolityzm ówczesnego komunizmu polskiego, a co za tym idzie, jego antypaństwową postawę oraz, co równie ważne, jego niepolską elitę, warstwę przywódczą, złożoną głównie z mniej lub więcej zasymilowanych Żydów (nawiasem mówiąc, sami komuniści zdawali sobie sprawę z tego problemu w latach 30-tych). Jednak co innego sytuacja przed wojną, w czasie wojny i po wojnie. Największym błędem nie tylko narodowców, jest przenoszenie ocen przedwojennych na okres późniejszy.

W końcu, wbrew przewidywaniom przedwojennym (wówczas uzasadnionym), komuniści nawet w okresie stalinowskim nie uczynili z Polski 17 republiki, zaś po 1956 r., a zwłaszcza po 1968 r. partia komunistyczna uległa niemal całkowitej polonizacji (proces unarodowienia partii komunistycznych zaszedł zresztą w latach 60-tych niemal w całym bloku). Każdy człowiek rozsądny i uczciwy musi zmienić wcześniej wyznawany pogląd na komunizm, jeśli spotka się z takimi czynnikami, jak patriotyzm reprezentowany przez np. Gomułkę, czy jeśli spojrzy na całokształt okresu Polski Ludowej i pragnie dokonać uczciwej oceny, a nie tylko wygłosić prymitywny frazes zerojedynkowy.

Dlatego dzisiaj nie potrzeba ruchowi narodowemu własnej formuły antykomunizmu, ale przypomnienia przeciwieństwa idei narodowej z teoretycznymi założeniami komunizmu, przypomnienia ocen emigracyjnych narodowców formułowanych na gorąco oraz podjęcia własnego wysiłku dokonania pogłębionej i powtarzam, uczciwej oceny okresu tzw. komunizmu w Polsce. I to bez zaślepienia i zacietrzewienia, które skończyło się m.in. tragiczną śmiercią wspominanego przez kol. Klimczaka Jana Mosdorfa, na którego donieśli Niemcom ci, co to bardziej nienawidzili Żydów, niż kochali Polskę.

Po trzecie – kol. Klimczak konfrontując porażkę wyklętych (co do której się zgadzamy, co mnie cieszy), na pograniczu kpiny wypowiada się nt. np. działalności Bolesława Piaseckiego. Oczywiście nie chodzi o to, że dzisiaj nie zostało z niej wiele. Ale właśnie wskazane przykłady działań Piaseckiego (uratowanie wielu ludzi przed śmiercią w okresie stalinowskim, działalność wydawnicza i gospodarcza później, pomoc byłym żołnierzom podziemia itd.), wyraźnie niedowartościowane przez kol. Klimczaka, pokazują istotną różnicę światopoglądową w spojrzeniu na patriotyzm i pracę dla Polski. Piasecki reprezentował myślenie pozytywne, to co zrobił, to były pozytywy. Niepisany program wyklętych, to była czysta negacja rzeczywistości. W trudnym okresie dla państwa i narodu z czystym sumieniem można zaproponować postawę Piaseckiego jako wzorzec. Nie można tego samego powiedzieć o postawie wyklętych.

Po czwarte – tak, Kolego Kamilu, byłem na konferencji lewicy w sejmie zaproszony przez tygodnik „Przegląd”. Tygodnik ten głosi bardzo interesujące poglądy jeżeli chodzi o historię Polski, które w wielu miejscach zbieżne ze stanowiskiem „Myśli Polskiej”. Kontakty z tym tygodnikiem są rzeczą normalną, co więcej, w imię porozumienia narodowego, należy takich kontaktów szukać i je hołubić zwłaszcza u tych, którym niektórzy z góry przylepiają łatkę wrogów. Co nie znaczy, że zgoda w niektórych kwestiach historycznych oznacza zgodę w innych kwestiach. A co do samej konferencji w sejmie – cztery czy pięć wystąpień jakie wysłuchałem w wykonaniu redaktora „Przeglądu” oraz naukowców, profesorów i doktorów, mieściło się zdecydowanie w granicach naukowego i publicystycznego obiektywizmu. Życzyłbym sobie i innym, aby ewentualne kwestionowanie ich zawartości merytorycznej odbywało się również na drodze poważnej dyskusji naukowej i publicystycznej, nie zaś sprowadzało się do klimczakowego stwierdzenia, że to lewactwo. Sugerowanie mi zdrady (bez użycia tego słowa) pozostawiam bez komentarza. Jestem przyzwyczajony do tego, jako swego czasu gość na rosyjskim Krymie, czy w abchaskiej Abchazji.

Po piąte – ostatnie i najważniejsze. Kol. Klimczak pyta, czy mamy wygumkować wyklętych z historii Polski? Oczywiście, nie. Ja, jako człowiek ostro sprzeciwiający się poprawianiu historii i pisaniu jej na nowo przez PiS i IPN (ulice, pomniki, niedoszłe degradacje itd.), naturalnie nie mógłbym być za usunięciem wyklętych z historii. Bo, „wszystko, co polskie, jest moje, niczego wyrzec się nie mogę”. To jasne. Natomiast na pytanie, czy mamy porzucić kult wyklętych i ich czczenie odpowiadam równie jasno – tak, oczywiście należy porzucić kult i czczenie! Bo kult, to wg słownika PWN „cześć religijna oddawana (…) osobom lub rzeczom”, a także „szacunek i uwielbienie okazywane komuś lub czemuś”. I z taką definicją współgrają przytoczone przeze mnie uprzednio wypowiedzi współczesnych członków MW – „brak alternatywy dla oddania życia za Ojczyznę”, „atak na polskie patriotyczne świętości”, „dla prawdziwego Polaka wyklęci zawsze będą bohaterami”, „kult niepodważalny”, „dogmat”. Te wypowiedzi same wystarczają za odpowiedź. Właśnie dlatego należy porzucić kult wyklętych. Bo należy oceniać ich zgodnie ze sztuką nauk historycznych i ocena ta nie może być blokowana przez „dogmat”, bądź stać pod pręgierzem „kultu niepodważalnego”. Ile będzie wówczas warta? Zero, czyli nic. Jaka jest rzeczywista, normalna, zdroworozsądkowa alternatywa dla kultu? Bardzo prosta. Należy pamiętać o ofierze życia zamordowanych przez oprawców w czasie śledztw lub w drodze mordu sądowego, także o ofierze życia leśnych, którym nikt z dojrzalszych (a leśni byli to głównie ludzie młodzi) nie podał ręki, nie wyciągnął z sytuacji bez wyjścia i bez perspektyw. Nad tym też warto się zadumać. Ale trzeba również oddzielić ziarno od plew, przegranych bohaterów od bandytów, o których Zofia Kossak pisała: „Bilans [lat wojny - AŚ] był niewesoły. (…) Najlepsza, najszlachetniejsza młodzież poległa. Bohaterowie nie żyli, za to wyroili się masowo szabrownicy. Łobuzy i rzezimieszki podszywali się pod żołnierzy AK, prezentując legitymacje zrabowane zmarłym. „Las” partyzancki przekształcił się w las bandycki” „Życie” (londyńskie) nr 21-22, 1950.

Kol. Klimczak nawołuje do uwzględnienia w ocenach, że świat nigdy nie jest czarno-biały. Słusznie. Nie pamiętam ile razy sam używałem tego argumentu. Tak, świat mieni się nie tylko różnymi odcieniami szarości, ale i całą paletą kolorów.

Zdradzonym po wojnie leśnym połóżmy biało-czerwoną wiązankę, ale bez całej otoczki kultu i czci, bez egzaltacji, w prawdzie.

Pamiętajmy także o ofiarach leśnych, tych, którzy prowadzili beznadziejną walkę i tych, którzy byli zwykłymi bandytami. I im połóżmy biało-czerwoną wiązankę. Ogromna większość tych ofiar to nie byli funkcjonariusze MBP i UB, ale zwykli ludzie, niewinni tego, że możni tego świata podzielili się nim nad ich głowami. I – na Boga! – nie poróżniajmy dzisiejszych Polaków-Białorusinów z Polską w imię kultu „Burego”.

Upływ lat powinien sprzyjać refleksji i przewartościowaniem ocen. W imię polskiej wspólnoty, do której należą i polscy Białorusini, mający swoją piękną etniczną tradycję, ale i dekady życia w Polsce i myślenia po polsku. Zamiast na siłę usprawiedliwiać zbrodnię, powiedzmy przepraszam, w imię przyszłości. Ani włos nam z tego powodu nie spadnie, ani nie ucierpi honor i duma polska.

Adam Śmiech
Myśl Polska, nr 17-18 (26.04.3.05.2020)

Dzial: