Wybory w cieniu urny

Maksymowicz.jpg
Kiedy wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego Wojciech Maksymowicz (na zdjęciu) oświadczył, że wyborów nie należy przeprowadzać 10 maja ze względu na pandemię, było to gorzkim przyznaniem racji tym, którzy od dłuższego czasu uważali, że jest to termin nie do obrony.

Być może pan minister dostrzegł, iż twarda zasada Naczelnika mówiąca, że władzy raz zdobytej, żaden koronawirus mu nie odbierze, jest w dłuższej perspektywie nie do utrzymania. To oczywiście racjonalna kalkulacja, bo koronawirus w odróżnieniu od jękliwej opozycji zaatakował rząd kompleksowo, rwąc tekturowe państwo na całej długości, choć owa tektura miała być przecież betonem zbrojonym.
Głos ministra Maksymowicza mógł być także niczym innym, jak szukaniem przysłowiowego „dupochronu” na wypadek, gdyby trup wyborczy wyścielił się zbyt gęsto. Wszak pan wiceminister jest najpierw lekarzem, co skwapliwie zaznacza, a dopiero potem zastępcą Jarosława Gowina. Doskonale zatem wie, co o całej tej sytuacji sądzą medycy, których ze względu na zbytnią dosadność sądów, nie wypada tutaj cytować.

Głosy te musiały zapewne dotrzeć na ulicę Nowogrodzką, gdzie postanowiono koronawirusa obejść. Drogą do tego ma być głosowanie korespondencyjne, które od strony logistycznej przeprowadzi Poczta Polska. By żadna nieprzewidziana okoliczność nie udaremniła genialnego manewru, przezornie wymieniono dyrektora poczty na wiceministra obrony. To oznacza, że sprawa jest poważna i przesądzona.

Wprawdzie larum od razu podnieśli listonosze, a w zasadzie ich związek zawodowy, który przytomnie zauważył, że już teraz dwadzieścia procent doręczycieli jest na L4 i jest niemal pewne, że w zaistniałych okolicznościach absencja chorobowa się zwiększy. To oczywiście dla władzy żaden problem, bo pocztę na czas wyborów można przecież zmilitaryzować, a do roznoszenia pakietów wyborczych zagnać np. terytorialsów.

Nie po to przecież na jej czele stoi były wiceminister obrony narodowej, żeby nie obronić teraz narodu i wyborów przed koronawirusem. Doświadczenia wojskowe związane z procedurami mobilizacyjnymi, będą tutaj jak znalazł. Prace logistyczne idą więc pełną parą bez względu na to, czy się to opozycji podoba czy nie. Tej zresztą nic się nie podoba, więc tym bardziej PiS pozostanie głuchy na jej pohukiwania.

Oczywiście swoje trzy grosze, obok ciskającej się opozycji, dorzucają tutaj liberalne media, konstytucjonaliści i adwokaci-celebryci, grzmiący o zamachu na niezależność wyborów oraz łamanie prawa wyborczego. Są to jednak głosy, co zrozumiałe, wołające na puszczy. Głosy nie rozumiejące, że PiS nie zamierza żegnać się z władzą. Nie po to przecież przemeblowało państwo na swoją modłę, by teraz ktokolwiek lub cokolwiek im ją odebrało. Nawet jeśli znajdzie się jakiś Rejtan, rzucający się im pod nogi, przejdą po nim bezceremonialnie.

W międzyczasie pojawiła się wprawdzie propozycja ministra Gowina, zmierzająca do zmiany konstytucji i wydłużenia kadencji Andrzeja Dudy do siedmiu lat, ale poza krótkotrwałą egzaltacją opozycji i irytacją Naczelnika, szkód PiS-owi nie narobiła żadnych, choć trzeba przyznać, że hałasu było sporo. Co tam w tym hałasie minister Gowin dla siebie wywalczył, wie tylko on i Naczelnik. Podejrzewam jednak, że wywalczył niewiele.

Wymowne w całej tej sprawie było zachowanie obecnego prezydenta. Zamiast huknąć, jak na głowę państwa przystało w myśl zasady „nic o mnie, beze mnie”, milczał jak zaklęty. Pokazuje to, emblematycznie wręcz, z jakim prezydentem mamy do czynienia. Zresztą wśród konkurentów trudno szukać, poza Kosiniakiem-Kamyszem, jakiegokolwiek jasnego punktu odniesienia. Ale to temat na osobny artykuł.

Tak więc szykujmy się na listowne wybory. Kto wie, czy nie przyjdzie nam się do nich przyzwyczaić, bo jeśli okaże się, że nieważne, co elektorat w listach pisze, ale kto listy nosi, to urny wyborcze będziemy wspominać z rozrzewnieniem. No chyba, że koronawirus w maju tak jeszcze bryknie, że urn – nomen omen – dla elektoratu dosłownie zabraknie. Co gorsze, trudno powiedzieć. I z tym dylematem pozwolę sobie Państwa zostawić.

Być może trzeźwy głos wiceministra Maksymowicza jest także rezultatem szerszego spojrzenia, obejmującego pozamedyczny aspekt całej sytuacji, z którego wynika, że w obecnych warunkach kampania prezydencka jest jej karykaturą. Może wiceminister Maksymowicz dostrzegł, że władza uzyskana (lub utrzymana) w ten sposób, będzie władzą kaleką i cherlawą, pozbawioną należnej jej siły i powagi.

Władza strasząca z jednej strony pandemią, zaciskająca rygory epidemiczne, apelująca z każdego miejsca o pozostawanie w domach, a z drugiej strony utrzymująca termin wyborów, podczas których nadal będą pozamykane szkoły i instytucje publiczne, jawić się może, jako władza schizofreniczna. Tak nie jest. To nie schizofrenia. To cynizm władzy i jakkolwiek nie zabrzmi to ponuro – taka jest właśnie polityka. Tyle tylko, że cynizm, w zależności od tego, kto sprawuje władzę, może mieć różne oblicza. Ten jaki jest, każdy widzi.

Maciej Eckardt
Fot. Wikipedia Commons
Myśl Polska, nr 15-16 (12-19.2020)