Czym jest konserwatyzm?

cat.jpg
Konserwatystą (wolnościowym) jestem niemal całe swe dorosłe życie, ale dawniej – gdy nie byłem jeszcze tak flegmatyczny jak obecnie – usiłowałem znaleźć lub wyartykułować definicję postawy ideowej poglądów politycznych, z którymi się identyfikuję. Wydaje mi się, że „bezpiecznie precyzyjny” w opisie konserwatywnego „światopoglądu” był Ryszard Skrzyński w swej monografii poświęconej temu nurtowi. Podsumował go w następcy sposób:

„Konserwatyści
* ład statyczny lub powoli ewoluujący przeciwstawiają chaosowi i anarchii;
* wartości absolutne przeciwstawiają relatywizmowi;
* autorytet przeciwstawiają woli większości i emancypacji
* zobowiązanie przeciwstawiają uprawnieniom;
* zachowanie przeciwstawiają aktywności i planowaniu;
* zasadę legitymizmu przeciwstawiają zasadzie suwerenności ludu;
* ducha narodu albo społeczności lokalnej przeciwstawiają indywidualizmowi;
* całość przeciwstawiają autonomicznej części;
* mądrość zawartą w tradycjach, przesądach, doświadczeniach, a wreszcie i pewnych tajemnicach, przeciwstawiają racjonalizmowi, wiedzy jednostki ludzkiej i przekonaniu o możliwości pełnego – czy nawet zadawalającego – poznania rzeczywistości;
* to, co organiczne przeciwstawiają temu, co zatomizowane;
* hierarchię przeciwstawiają równości;
* wiarę przeciwstawiają refleksji”

Jednak nawet ta ostrożna definicja zaproponowana przez prof. Skrzyńskiego bywa chwilami – jak na mój gust – zbyt szeroka, chwilami zaś pozbawiona pewnych istotnych dla konserwatyzmu elementów. Np. jasnego stwierdzenia, że wartości absolutne i wiara dla zdecydowanej większości europejskich i amerykańskich konserwatystów opiera się na Biblii czy też dopowiedzenia, że podstawą ładu społecznego dla przedstawicieli tego nurtu jest własność prywatna. Czy takową podstawą jest również wolny rynek?

Prof. Adam Wielomski dowodził, ze stosunek konserwatystów do wolnego rynku ewoluował – od sceptycyzmu (co związane było po części ze sprzecznymi niegdyś interesami ziemiaństwa i mieszczaństwa) do afirmacji. Wskazywali na to również najwybitniejsi polscy konserwatyści ubiegłego wieku – Adolf Bocheński i Stanisław Cat-Mackiewicz. Zwłaszcza ten pierwszy jednoznacznie definiował się już jako zwolennik liberalizmu gospodarczego.

Warto nadto podkreślić, że nawet w krajach tej samej – naszej – cywilizacji konserwatyzm przybierał różne odcienie i odnosił się mniej do abstrakcyjnych idei a bardziej do konkretnych problemów. I to różni konserwatyzm od ideologii – liberalizmu czy socjalizmu, które mają jednakową odpowiedź na wszystko bez względu na okoliczności, czas i miejsce. Po prostu – konserwatyzm jest zbiorem pewnych ogólnych wartości i zasad oraz stylem politycznego myślenia, NIE jest zaś ideologią.

Natomiast liberalizm – mimo swych różnych odmian – ideologią niewątpliwie jest. Za ojca duchowego liberałów można chyba uznać tworzącego od koniec XVII stulecia angielskiego filozofa Jana Locka’a. Nie podejmuję się oceniać, jakim był filozofem, za to jego myśl polityczna nosiła wszelkie znamiona utopii. Owóż Locke twierdził, że państwo powstało w drodze umowy społecznej między wolnymi jednostkami, wyłącznie po to, by bronić ich życia, wolności i mienia. Gdzie Locke znalazł takie państwo i jak dociekł jego genezy – tego już nie napisał.

Wspominał za to o wrodzonych naturalnych prawach jednostek oraz o trójpodziale władzy, przy czym kluczową rolę odgrywała dla niego władza ustawodawcza wybierana przez ogół uczestników „umowy społecznej”. Był zatem Locke skrajnym demokratą, co udzieliło się później większości liberałów (z istotnymi wyjątkami jak np. Benjamin Constant, Aleksy hr. de Touqueville czy Fryderyk von Hayek. Dwóch pierwszych skłaniało się ku konstytucyjnej monarchii zaś Tocqueville – na podstawie obserwacji poczynionych w USA – demokrację uważał za przykrą, acz nieuniknioną przyszłość, przy czym jej zasadność dostrzegał jedynie na poziomie lokalnym.

Co ciekawe – dla liberałów orężem w walce o trójpodział władz stała się również twórczość barona Karola Ludwika de Secondat (znanego u nas jako Monteskiusz), tworzącego kilkadziesiąt lat po Locke’u, tyle, że Francuz odnosił się głównie do podziwianej przez siebie parlamentarnej monarchii angielskiej, opartej również na niezależnym sądownictwie. Nadto, Monteskiusz dostrzegał różnorodność obyczajów i kultur, co powodowało, że nie przedstawiał jednakowych recept ustrojowych dla wszystkich. Ale to wśród liberałów były wyjątki.

Jeszcze większą intelektualną dewiacją jest jednak ideologia socjalistyczna, która zasadniczo miała trzy stadia – najpierw oddolno – syndykalistyczne (socjalizm utopijny), następnie zamordystyczne (komunizm) zaś w drugiej połowie ubiegłego stulecia zaczęło dominować stadium socjaldemokratyczne. O społecznym i ekonomicznym nonsensie tej ideologii napisano już tyle, że szkoda czasu na to, by zadręczać Czytelnika dywagacjami na ten temat w tym miejscu. Trzeba oddać liberałom, iż wnieśli spory wkład w obnażanie socjalistycznych absurdów. Z argumentacji liberalnej często w tym zakresie korzystali zresztą konserwatyści.

Czy co ostatni mogą zatem w rozsądnej formule współpracować z liberałami? Naturalnie, że tak, pod warunkiem jednak, że są to liberałowie potrafiący dostrzec, że demokracja może być dla wolności zagrożeniem, zaś moralność i obyczaj – podporą. A cóż począć z napięciem na linii konserwatyzm – socjalizm? Byli tacy, którzy usiłowali dokonywać jakiś mariaży tych nurtów w ramach partii czy ruchów chrześcijańsko – demokratycznych. Mariaże te okazały się jednak często mezaliansami, których płodem stawała się na ogół socjaldemokracja.

Starczy przyjrzeć się współczesnym europejskim partiom chadeckim. W zasadzie z szacunkiem należy odnieść się jedynie do niemiecko – bawarskiej koalicji CDU-CSU, dzięki której dokonała się cywilizacyjna i gospodarcza odbudowa Niemiec po II wojnie światowej. Podobnie trudne okazywały się próby tworzenia ugrupowań konserwatywno – nacjonalistycznych, wszak nacjonalizm rodził się najczęściej w opozycji do monarchii. Z drugiej strony – konserwatystom trudno było w demokratycznej rzeczywistości odnaleźć się pod własnym sztandarem.

Chlubnym wyjątkiem są tu brytyjscy Torysi, którzy od XVII wieku nieprzerwanie należą do wiodących sił politycznych w Zjednoczonym Królestwie, najpierw jako luźna frakcja parlamentarna, później – dzięki takim osobowościom jak Robert Peel czy Benjamin Disraeli - jako świetnie zorganizowana Partia Konserwatywna. W ubiegłym stuleniu znakiem firmowym tej partii byli m.in. Winston Churchill i Małgorzata Thatcher, zaś dzisiaj brytyjscy konserwatyści znów święcą triumfy w krajowych wyborach i skutecznie wyprowadzają Wielką Brytanię z Unii Europejskiej.

Demokracja czy monarchia?

Przed konserwatystami stawało często pytanie – jeśli nie demokracja to co w zamian ? Otóż sama demokracja pojawiła się stosunkowo niedawno - w zamian ustrojów normalnych. Już najwybitniejsi myśliciele starożytni (Sokrates, Platon, Arystoteles) nie pozostawili na ateńskim demokratycznym eksperymencie suchej nitki, swą niechęć przerzucając generalne na demokrację jako stan umysłu, metodę wyłaniania rządów i stanowienia praw. Podobną niechęć do władzy ludu żywili wybitni filozofowie nowożytni, często reprezentujący przeciwstawne poglądy jak np. konserwatysta Dawid Hume i modernista Franciszek Maria Arouet (Wolter). Dlatego ogromna część konserwatystów skłaniała się ( i nadal skłania) ku restauracji lub utrzymaniu monarchii. Można wymienić jej cztery zasadnicze typy:

* Monarchia tradycyjna – patriarchalna (np. Polska Piastów), lub patrymonialna/stanowa (np. Polska Jagiellonów)
* Monarcha absolutna (np. XVIII- wieczne Austria, Francja i Prusy,
* Monarchia konstytucyjna (w której uprawnienia monarchy są ograniczone i regulowane ustawą zasadniczą)
* Monarchia parlamentarna (w której władza należy de facto wyłącznie do wyłanianego przez parlamentarną większość rządową a monarcha jest ozdobą)

Sądzę, iż większość konserwatystów skłaniałaby się ku modelom a) lub c). Powie ktoś – to nierealne. Ale czyż w XIX stuleciu – wieku monarchii i Świętego Przymierza pomyślałby ktoś, że stulecie kolejne będzie pasmem triumfów demokracji i komunizmu? Dlatego nie stawiajmy znaku równości między tym, co trudne dziś do wyobrażenia a tym, co niemożliwe. Nie do pomyślenia wydawała się również być rewolucja (anty)francuska.

A jednak niemal wywróciła do góry nogami dotychczasowy świat i sprawiła, że nawet myśliciele kojarzeni wcześniej raczej z nurtem liberalnym (np. Anglik/Irlandczyk Edmund Burke czy Sabaudczyk Józef hr. de Maistre) wpadli w przerażenie, które zaskutkowało dziełami czyniącymi Ich patronami konserwatyzmu. Trzeba w tym miejscu jednakowoż odnotować, że odrodzenie tradycji monarchicznej w Polsce będzie trudne, zważywszy na fakt, iż takowej nie mieliśmy od czasów Jagiellonów, a w pewnym sensie już od Unii Lubelskiej, która przygotowała grunt pod wolną elekcję. Demokracja szlachecka nie stanowi zaś dobrego wzorca monarchicznego. Podobnie monarchie państw ościennych, które opisywane są w historii jako „zaborcy” (częściowo słusznie, ale raczej z perspektywy doktrynalnej „państwa narodowego”, która raczej konserwatystom jest obca, choć w naszych warunkach muszą brać ją pod uwagę).

Co oznacza to dziś?

Nie chce wdawać się w tym miejscu w bieżące polityczne dywagacje, uczyniłem to zresztą niedawno na tych łamach, określając mianem konserwatywnej tworzoną dziś przez PSL Koalicję Polską. Ale nasza scena polityczna wciąż jest labilna, przytoczę zatem słowa jednego w najwybitniejszych polskich konserwatystów dwudziestolecia międzywojennego – Jana Bobrzyńskiego. Słowa, które mogłyby w mym mniemaniu być pewną ogólną wskazówką dla konserwatystów w Polsce AD 2020:

„Realizm polityczny, stanowiący jedną z podstaw konserwatywnej myśli i taktyki, zabrania bujać w fikcjach i porywach, ale nakazuje pracować dla państwa zawsze tam, gdzie istnieją warunki tej pracy i jakieś realne perspektywy rezultatów. Dlatego też konserwatyzm musi się zawsze liczyć z faktycznym stanem rzeczy w państwie, z tym, co jest, a nie z tym, co w czyjeś fantazji być powinno i dlatego musi dostosowywać swą akcję do realnych czynników twórczych rządzących państwem, bo nie może po doktrynersku pracować w próżni”.

Moje wnioski z nauk Bobrzyńskiego są następujące – należy, w zależności od chęci i predyspozycji, angażować się w działalność publicystyczną, ale też polityczną, od szczebla lokalnego poczynając. Nic tak nie uczy realizmu i hierarchizacji problemów, jak praca w samorządzie terytorialnym. Ale również w fundacjach, stowarzyszeniach czy innych lokalnych inicjatywach. Kto przejdzie tą szkołę – niech realizuje swe talenty i ambicje na kolejnych szczeblach politycznej kariery. Albo niech zadowoli się rolą ideologa czy recenzenta, nawet wówczas pamiętając jednak o odpowiedzialności za słowo. I o unikaniu pułapki miraży, które konserwatyzmowi są z zasady obce.

Jacek Matusiewicz
Na zdjęciu: Stanisław Cat-Mackieiwcz w programie Ireny Dziedzic „Tele Echo”
Myśl Polska, nr 13-14 (29.03-5.04.2020)